Piszę te słowa w przeszklonym apartamencie na 40. piętrze, z fenomenalnym widokiem na Manhattan. Ludziom ten widok najbardziej podoba się w nocy – ściana świateł, choinki Empire State Building i Chrysler Building, a wszystko to odbijające się od lustra wody East River.

Jednak Manhattan wygląda pięknie o każdej porze dnia. O świcie słońce oświetla wieżowce na czerwono; wyglądają jak jakieś góry skaliste. W południe słońce iskrzy się na tafli wody, pomarszczonej, stale wzburzanej przez statki wycieczkowe, barki, promy pasażerskie, motorówki i skutery wodne. Nad tym widowiskiem latają helikoptery, a na wodzie okazjonalnie lądują małe awionetki.

Wszystko to wygląda jak na malunku dziecka, które na jednym arkuszu chciało pokazać cały świat.

Mieszkanie wysoko w chmurach napędza człowieka energią. Przede wszystkim jest zawsze dużo światła. Nawet gdy jest ulewa lub pada śnieg, niebo nieustannie przykuwa uwagę, tworzy spektakl. Zarazem jest się odizolowanym od przyziemnego życia ulicznego, zgiełku, bieganiny.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – trudno się więc dziwić, że jestem w świetnym nastroju. Jestem panem świata. Doszedłem na sam szczyt, skąd patrzę na uwijające się po ulicach mrówki pracowników biur, budów, sklepów.

Miałem przez 20 lat mieszkanie w tym budynku, choć na niższym piętrze. Do sąsiadów mieszkających wyżej chodziło się z gośćmi z Polski, aby się zachwycili panoramą i zrobili zdjęcia. No i oczywiście przychodziło się oglądać fajerwerki.

Nawet jednak jeśli mój widok z okna nie był tak imponujący, mogłem przejść sto metrów do pięknego parku wzdłuż brzegu Wschodniej Rzeki. Już tam byłem – jest pięknie jak zawsze.

 

Miło wrócić na stare śmieci. Ze starego składu pozostało trzech portierów – pamiętali moje imię, ucieszyli się, że składam wizytę. Lubią mnie bo byłem miłym lokatorem – bez fochów, zarabiającym tyle co oni.

Nawet jednak bogatsi ode mnie lokatorzy uśmiechali się powitalnie. – Welcome back! – mówili widząc mnie ciągnącego walizkę z nalepkami linii lotniczej. Inni jednak nie byli tacy pewni, czy zniknąłem z budynku 19 miesięcy temu, czy kiedy indziej. A może wyjechałem na krótko? Wynająłem swoje mieszkanie? Byłem w więzieniu? Przeniosłem się do innego stanu? Nie każdy przecież był ze mną blisko – pamiętają więc moją twarz, lecz nie zauważyli mojego zniknięcia.

W nocy odwiedzam zaprzyjaźnione bary w Long Island City, przy Vernon Boulevard. Przypominam sobie wtedy, że w tym kraju, a zwłaszcza w tym mieście, mało rzeczy zostaje bez zmian. Ludzie przeprowadzają się do innej dzielnicy, bo kogoś poznali i teraz wynajmują wspólnie. Wracają do rodzinnego stanu, gdyż byli zmęczeni Nowym Jorkiem. Przenoszą się na południowy Brooklyn, bo jest tam jednak trochę taniej.

W ulubionym barze pochodzący z Włoch barman Vinnie ożenił się barmanką z Kalifornii Jessiką, ale ona już za barem nie stoi. Ze stałych bywalców ostały się dwie osoby. Reszta wyprowadziła się z miasta. Podobnie jest w innych miejscach – restauracjach, sklepach.
Wynika z tego, że nie należy za bardzo się przywiązywać do miejsca, ludzi, nawet miasta i kraju.

Łatwo jednak tak powiedzieć, co jednak począć gdy ktoś jest samotny, a przy tym sentymentalny? Przecież trzeba mieć jakieś punkty zaczepienia, stałe miejsca, trwałe znajomości, kontynuację życia.

Polacy w Ameryce, jeśli mają partnerów, rodzinę, trwają przy nich. Wzajemnie się wspierają, nawet tworzą czasem koalicję przeciw zewnętrznemu, obcemu, amerykańskiemu światu. Podobne zadanie spełniają etniczne dzielnice. Tam można znaleźć znajomych, bywać w tych samych miejscach. Często jest to próba odtworzenia stałości świata zapamiętanej z Bogoty, Pragi, Krakowa.

Te starania nie kończą się jednoznacznym sukcesem. Przecież imigranci też włączają się do wielkiego, amerykańskiego strumienia ludzi szukających pieniędzy, wędrujących za pracą, wynoszących się w miejsca ładniejsze, tańsze, bezpieczniejsze.

 

Znamy ten scenariusz choćby z Greenpointu, który kiedyś był jak zatrzymane w czasie polskie miasteczko (tyle że z dykty). Mieszkańcy i bywalcy automatycznie wędrowali od zaprzyjaźnionej agencji do ulubionej stołówki, z księgarni do sklepu z kaszanką.
Większości tych firm już nie ma. Mieszkańcy i bywalcy pokonują większe dystanse, odwiedzając w desperackim uporze coraz to rzadziej rozmieszczone polskie miejsca.
Czego mnie uczą te dni, spędzane jakże miło w penthouse z widokiem na ONZ? Ano tego, że nawet jeśli tęskniłem za Nowym Jorkiem i nawet jeśli dobrze się tu poczułem, jak w domu, zauważyłem, że ten dom jest trochę inny. Zmienił się wewnątrz i zewnątrz, zmienili się lokatorzy, menu w kuchni, filmy na ekranie telewizora. Nic na to nie poradzę – a im prędzej pogodzę się z tym, że zmieniam się i ja i świat wokół mnie, że ludzie odzwyczajają się ode mnie, że starzeją się i umierają, że zakochują się, zakładają rodziny i od tego momentu żyją głównie dla siebie – gdy to wszystko naprawdę przyjmę do wiadomości, tym łatwiejsze, mniej bolesne, będą kolejne przenosiny, podróże, emigracje.
Czyżbym więc wreszcie nabrał dystansu, zmądrzał poniewczasie? To się okaże. Łatwo patrzeć z ciepłym dystansem na świat z balkonu na 40. piętrze. Zobaczymy co ze mną będzie, gdy już za kilka dni, w warszawskim mieszkaniu, będę spozierał przez grube firanki, na obleczony szarym smogiem śmietnik i trzepak. I przechodzących marudnie chodnikami ludzi starych i młodych, zgarbionych od ciężaru życia w Polsce, które cierpiętniczo znoszą.

Wtedy pora będzie rozejrzeć się za kolejnym tanim biletem do Nowego Jorku.

I wszystko ad rem.

 

Jan Latus