Na balkonie mam mrowisko. Na 15-tym piętrze! W środku Manhattanu! Kto by się spodziewał? Mrówki w ogóle się mną nie przejmują i jak gdyby nigdy nic mrowią się między doniczkami z drzewkami i kwiatami. Łażą sobie po ścianach i parapetach, chętnie też gromadzą się pod moim rowerem i nad czymś deliberują. Kiedy w kuchni zaczynam coś jeść, przybiegają i zaglądają mi do talerza. A i podjadają. Niektóre nawet przeganiają się nawzajem w wyścigu do jedzenia. Nie boją się mnie nic a nic. Na szczęście nie wchodzą do szafek i zamkniętych pomieszczeń. Nie wiem jeszcze, gdzie nocują. W owych doniczkach? Powinienem się ich pozbyć, ale jakoś mi żal. Prawdę mówiąc przywykłem do nich. A i one do mnie. Teraz czekam na biedronki, które pojawią się lada dzień na tymże balkonie i w tejże kuchni. Bardzo je lubię. Traktuję je jako dobry znak.
$
Gościłem dr hab. Jana Szumskiego – znakomitego znawcę losu Polaków w carskiej Rosji i w dawnym Związku Sowieckim. W nowojorskim Instytucie Piłsudskiego wygłosił on ciekawy wykład o polityce komunistycznego Kremla wobec Polaków zamieszkałych w Związku Sowieckim. Wciąż wiemy o niej zbyt mało. Wciąż nieznana jest w pełni także tragedia naszych rodaków na terenach tzw. Marchlewszczyzny i Dzierżyńszczyzny w latach 1937-39. Pisałem o niej parokrotnie, m.in. w kontekście prac Timothy’ego Snydera; teraz dzięki Janowi Szumskiemu jestem wzbogacony o nowe fakty. Zna on temat jak mało kto, ponieważ urodził się, wychował i wykształcił na Grodzieńszczyźnie. I twierdzi, że i dziś nie jest łatwo być Polakiem na tych ziemiach, nie mówiąc już o reszcie Białorusi oraz o Ukrainie i Rosji. Przegadaliśmy na ten temat wiele godzin. Podziwiałem olbrzymią wiedzę i piękną literacką polszczyznę mego gościa. Doskonale się stało, że zostały one „zagospodarowane” m.in. przez Polską Akademię Nauk, Instytut Pamięci Narodowej i warszawski Uniwersytet im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jego monografia „Sowietyzacja Zachodniej Białorusi 1944 – 1953. Propaganda i edukacja w służbie ideologii” oraz książka „Polityka a historia ZSRR wobec nauki historycznej w Polsce w latach 1945-1964” są kamieniami milowymi w dotychczasowych badaniach historyków. Jan jest nie tylko świetnym uczonym, ale również człowiekiem ujmującym skromnością i umiejętnością życia wedle najcenniejszych wartości. Byliśmy zgodni w ocenie wielu obecnych przejawów polskiego i amerykańskiego życia politycznego i społecznego.
$
Wspomniany Instytut Piłsudskiego stał się obecnie główną polską placówką intelektualną w Nowym Jorku. Co dwa tygodnie odbywają się w nim wykłady naukowców i osób mających coś istotnego do powiedzenia w dziedzinie szeroko pojętej historii, nie wyłączając historii kultury polskiej. Do nowej siedziby Instytutu mieszczącej się w samym centrum Greenpointu przychodzi jeszcze więcej słuchaczy niż poprzednio, kiedy Instytut mieścił się na East Village na Manhattanie.
$
Nie sądziłem, że dożyję czasów, kiedy odżyją i rozwiną działalność tak koszmarne relikty z przedwojennej przeszłości jak Obóz Narodowo-Radykalny, czyli upiorny ONR i Młodzież Wszechpolska, o której poziomie umysłowym mówi już sama nazwa. Obie te nacjonalistyczne organizacje nawiązują do haniebnej przeszłości i tak, jak przed wojną stylizują się na formacje hitlerowskie. Aktywowały się przy pomocy rodzimej prawicy, nie wyłącząjąc neoendeków proPiSowskich Klubów „Gazety Polskiej”. Dzisiaj taż prawica obłudnie udaje, że z odrodzeniem ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej nie miała nic wspólnego. Obłudnie też wmawia, że po cichu nie popiera ich programu. Nacjonalistyczne okrzyki u stóp Jasnej Góry i w pamięthej Hali Stoczni Gdańskiej przywołują jak najgorsze skojarzenia i budzą moje obrzydzenie.
$
Biskup Tadeusz Pieronek – „Można dużo mówić, ale trzeba najpierw pokazać, że się przeciwdziała neofaszystom. Gdyby wcześniej w sposób zdecydowany reagowano na radykałów z ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej, dziś nie byłoby neonazistów oddających hołd Hitlerowi. Polscy naziści nie pojawili się dopiero w materiale TVN.
Nie można udawać, że jak coś śmierdzi, to się nie czuje smrodu, i oskarżać tych, którym ten smród przeszkadza. W Polsce robi się duszny klimat. Trzeba mówić głośno, gdy czuje się smród faszyzmu, rasizmu, komunizmu i źle pojętego nacjonalizmu. Inaczej wszyscy pewnego dnia się podusimy. Nie można milczeć”. Ano nie można! Czterema kończynami się pod tym podpisuję. I milczeć nie zamierzam.
$
Leszek Kołakowski o wrogach i obcych:
„We wszystkich konfliktach politycznych pożytki z wroga dają się śledzić, są tu jednak istotne różnice stopnia. Widzimy codziennie, że najbardziej prymitywne, najciemniejsze ruchy czy partie polityczne mówią bezustannie o spiskach wymierzonych w naród czy państwo i na tym wyczerpuje się ich ideologiczna siła. W różnych krajach rozmaicie są te spiski wymyślone: często są to Żydzi albo Żydo-masoni, albo liberałowie, albo komuno-liberałowie (tak, to też się zdarza, nie ma dna głupocie), albo wreszcie imigranci. Wszędzie są duże kłopoty i są segmenty ludności, które się czują pokrzywdzone. Dobrze jest budować sobie poparcie krzykiem, który tłumaczy, że upośledzeniu czy biedzie winien jest zawsze jakiś „obcy”, istota nie całkiem ludzka”. („Mini-wykłady o maxi-sprawach. Seria trzecia i ostatnia”, Kraków 2000, s. 75)
$
„Król Lear” przywieziony do BAM-u przez londyński Royal Shakespeare Theatre nie wniósł niczego nowego w moje rozumienie tego dramatu Szekspira. Ba, coraz częściej tytułowy bohater wydaje mi się postacią niemądrą. Oczywiście, jak zwykle w tekście mistrza Williama, tak i w tym spektaklu świetnie wybrzmiewają sceny o niewdzięczności, o rywalizacji w walce o władzę, o zawiedzionych nadziejach i uczuciach. I jak zawsze przekonywające jest przesłanie, że ludzi i życia uczymy się aż do śmierci. Niemniej wciąż odnoszę wrażenie, że Król Lear nie wie co czyni, dzieląc swe królestwo w zależności od wyników konkursu na najlepszą mowę hołdowniczą wygłoszoną na jego cześć. Postać ta zawsze była zagadką i pozostała nią także i w tej inscenizacji
$
Odwiedzili mnie młodzi aktorzy – Ewa Szewczyk i Maksymilian Kubiś oraz para równie młodych filmowców – Ewelina Jasińska i Mariusz Mrożek, którzy przenieśli się właśnie z Kanady do Nowego Jorku. Tematów mieliśmy co niemiara. Humory dopisywały, żartom i wesołościom nie było końca. Czułem, że młodnieję. W środku nocy zaczęły się śpiewy, m.in. piosenek Agnieszki Osieckiej. Ich teksty jak na zawołanie młodzi ludzie wyszukiwali w swoich komórkach. Maks świetnie gra na gitarze, sam sobie coś układa i w dodatku równie świetnie tańczy. Oboje z Ewą są bardzo uzdolnieni aktorsko. Ewelina i Mariusz mają już na koncie ciekawe filmy krótkometrażowe i równie ciekawe kolejne pomysły. Nasze spotkanie było tak sympatyczne, że poprawiny będą nieodzowne.
Andrzej Józef Dąbrowski