Pamiętam czasy, w końcu nie tak bardzo odległe, kiedy nazwisko Jacka Malczewskiego stanowiło synonim pacykarza, malarza złego smaku i dziwacznego, artystycznego gustu. W najlepszym z najgorszych przypadków – epigona minionej, młodopolskiej maniery. I pamiętam też okres, kiedy sztuka Malczewskiego służyła jako przykład najlepszych osiągnięć estetyki Młodej Polski. Nie pogrobowiec, ale odważna awangarda.

 

Dwa przeciwstawne stanowiska w ciągu krótkiego czasu. Jak to się mogło stać? Oznaka głębokich przemian kulturowych. „Thanatos i Polska”, rozprawa Kazimierza Wyki oraz „Brzezina”, film Andrzeja Wajdy, wprowadziły ponownie Malczewskiego do czołówki polskich twórców. Były to lata sześćdziesiąte i od tego czasu patrzymy na jego obrazy inaczej. Nie jako na niemądrą fanaberię, dziwactwo artysty, który nie potrafi iść z nurtem współczesności, nie umie malować zgodnie z nową estetyką. Wyobraźnia niesłychana i niewidziana, a odwaga wprost szaleńcza, aby malować te dziwożony, mitologiczne i fantastyczne figury o słowiańskim wyglądzie w rodzimym krajobrazie, biblijnego Tobiasza wędrującego z aniołem polną drogą między olchami i rokitami. Niemal teatralnie sceniczne postaci jakby blachą pokryte – lśniące, sztywne, nieruchome.

„Sztuka w zaścianku” z Muzeum Narodowego w Warszawie mieści się doskonale w nurcie malarskim Malczewskiego. Przedstawia małego fauna, bożka greckiego, mieszkańca antycznych lasów; rozpoznajemy go po koźlich nogach. Gra na fujarce (flecie Pana) dziewczynce z polskiego zaścianka. Za słuchaczy ma tylko ją i stadko indyków, z którymi dziecko wyruszyło na wypas. Niektóre ptaki wyraźnie zainteresowane są jego muzyką. Nikogo poza tym w obejściu zadbanego dworku wiejskiego. Bezludne miejsce, chyba wcześnie rano; drób musi zacząć jeść, wtedy też przychodzą zjawy, fantomy dawnego świata, wygnane z rzeczywistości, zepchnięte na margines. Za dnia chowają się gdzieś po lasach, szuwarach, lękliwie wychodzą, kiedy nikt nie patrzy.

Podobny motyw możemy naleźć u Ezry Pounda w urzekającym wierszu „Return” (Powrót)

Patrz, wracają; aha, widzisz te ostrożne
Ruchy i stąpanie powolne
Ten trud kroku i niepewne
Wahanie!

Widzisz, wracają, jeden za drugim
Z lękiem, jak na wpół przebudzeni

I tak dalej…

 

Wiersz jest krótki, podaję początek we własnym, bardzo pobieżnym tłumaczeniu. Greccy bogowie wracają, przegnani z chrześcijańskiego świata, wyszczuci przez techniczny rozum królujący od wieków, nie dopuszczający do głosu, do życia, innej rzeczywistości ponad rzeczywistość, jaką akceptuje codzienny zdrowy rozsądek. Ale powoli, stopniowo znajdą i u nas, w naszej teraźniejszości, zamieszkanie.

„Powrót” mógłby być słownym uzupełnieniem do malarstwa Malczewskiego. Tamten świat, zdawałoby się dawno wyparty i zepchnięty między bajki, żyje, istnieje i powoli, ukradkiem wraca. Nie jest to bynajmniej wyznanie wiary ze strony malarza, ale deklaracja ciągłości kulturowej, jakby sztucznie zerwanej przez środowisko uczonych, akademików, a także, a może przede wszystkim – przez Kościół. Słowiańska dziwożona, starogrecki satyr i chrześcijański anioł, nie mówiąc już o średniowiecznych rycerzach z legend i baśniowych opowieści, często obecnych w scenach przedstawianych przez Malczewskiego, współegzystują ze sobą, zaludniają – by się tak wyrazić – ten sam obszar; obszar twórczej wyobraźni, pole naszej fantazji. Wszystkie te istoty są więc dla nas jednako realne.
Pan, antyczny bożek muzyki, grał nie tylko w górach starożytnej Grecji; gra także na polskiej wsi. Skąd-że by bowiem czerpał natchnienie, jak nie z tego krajobrazu, sielskiego życia w zaścianku, od indyków, czy innego ptactwa domowego? Skąd by później artyści brali naukę, gotowe wzorce, melodie i motywy do swej sztuki? Kto gra ludziom na polach, łąkach i w lasach, tak że słyszą muzykę, którą następnie wkładają w swoje instrumenty? Bez pomocy, bez natchnienia, bez inspiracji (z zewnątrz) nie byłoby sztuki, artyzmu.
Jak zwykle, możemy podać wiele różnych interpretacji. I na tym polega, między innymi, wielkość sztuki – wszelkiej: malarstwa, literatury, muzyki. Widz, słuchacz, odbiorca uruchamia swobodną grę wyobraźni w kontakcie z dziełem sztuki, wysubtelnia wrażliwość, doskonali intelekt, poszerza granice inwencji. Wszelkiej, naukowej czy artystycznej.

Obraz jest prosty: satyrek stoi tyłem do widza, dziewczynka w czerwonej sukience przypatruje się mu bez specjalnej ciekawości jakby to nie było ich pierwsze spotkanie; podobnie indyki – nie boją się przybysza (nie traktują go jak obcego), wyciągają szyje, patrzą, słuchają. W dali budynek gospodarczy – stodoła? Gdyby nie mityczny gość, byłby to zwyczajny widoczek rodzajowy, pejzaż wiejski. Obecność fauna zmienia całkowicie charakter sceny. Nabiera ona i wymiaru ponad-prowincjonalnego, i głębi intelektualnej. Zaskakuje nieoczekiwanym zderzeniem na płótnie dwóch zdawałoby się nieprzystawalnych światów; dwie mitologie – słowiańska i grecka – wchodzą we wzajemny kontakt z sobą. Współistnieją.

 

Czesław Karkowski