Zapewne łamy tego numeru uginają się od świątecznych refleksji. Cóż ja jednak mogę dodać do teologicznych interpretacji dzielącego ze mną łamy Wielebnego. Co powiem mądrzejszego niż ci, którzy – rozdarci między Ameryką a Polską – podkreślają w tych dnia swoje mocne spoiwo: katolickiej wiary?

Napiszę więc o rodzinie, bo święta wiążą się nie tylko z przeżyciem religijnym ale i wartościami patriotycznymi i – właśnie – rodzinnymi.

Zostawmy na boku powiązanie w Polsce świąt chrześcijańskich z naszą historią, więc i polityką. Uważny czytelnik moich felietonów – więc taki czytający między wierszami – doskonale wie, co o takim wiązaniu uniwersalnego chrześcijaństwa z polskością uważam.
Co wobec tego myślę o wartościach rodzinnych? Mam o nich bardzo dobre zdanie.
Rodzina jest podstawową komórką społeczną – głoszono w socjalistycznej Polsce. Dziś wyszydzamy to jako kolejny przykład durnej i niezdarnej propagandy, ale przede wszystkim śmiejemy się z pompatyczności i drętwoty samego sformułowania. Bawiła nas ta nowomowa niczym z filmów Barei. Powątpiewaliśmy też w szczerość tych haseł, jak wszystkich innych głoszonych przez tę władzę.

Abstrahując od formy wypowiedzi, komuniści mieli tu – choć raz! – rację. Rodzina jest najważniejsza.

I kto to pisze? Ktoś, kto sam nie ma żony i dzieci? Może jak się czegoś nie ma, bardziej się tego pragnie i bardziej odczuwa tego brak?

Zresztą, nie trzeba zawsze coś mieć i osobiście przeżyć, żeby rozumieć i doceniać. Praca pisarza i jego nieudacznego brata – dziennikarza, polega przecież na obserwowaniu i opisie cudzych losów i życia, a więc także miłosnego i rodzinnego.

Wielkanoc kojarzy się z rodziną, podobnie zresztą jak Boże Narodzenie. Przygotowania do tych świąt mogą być indywidualne, gdy każdy ma przydzielone inne zadania. Ktoś idzie ze święconką do kościoła, ktoś inny kupuje (kiedyś wystawał w kolejkach) szynkę na śniadanie i kaczkę na obiad. Babcia piecze baby, mama gotuje żurek, tata trzepie dywany, dzieci udają, że pomagają. Przed Bożym Narodzeniem dzieci pomagają w najmniej wdzięcznym, najtrudniejszym projekcie: dekorowania choinki. Przed Wielkanocą bywają zaganiane do malowania pisanek. Czyż to nie jest okrutna eksploatacja nieletnich?
To są jednak przygotowania. Gdy święta już się zaczną, po wspólnym albo i nie wspólnym (zawsze zdarzą się jakieś czarne owce) wyjściu do kościoła, rodzina zasiada przy stole.
Z tym mi się święta kojarzą – z biesiadowaniem, z jedzeniem przy wspólnym stole. W wigilię jest to sekwencja kilkunastu dziwnych potraw, wstęp do kulminacyjnego momentu rozdawania prezentów. Na Wielkanoc niestety takiej kulminacji nie ma: zaczyna się od razu od mocnego uderzenia, orgii wędlin, jaj, żurów, galaretek, sałatek, potem ciast i mazurków. A to wszystko do żołądka wyposzczonego człowieka.

Po wielogodzinnym śniadaniu rodzina ledwo powstaje od stołu; może przejdzie się po osiedlu. Pora jednak wracać aby znowu usiąść razem przy stole, tym razem na obiad. A potem na kolację.

I to samo w drugim dniu świąt.

Wiele osób, zwłaszcza młodych, źle znosi taką nasiadówkę ze starszyzną. Rozmowy bywają prozaiczne, a atmosfera nie zawsze jest sielska. Nie ma bowiem idealnych rodzin, a kłótnie zdarzają się i w święta, i to nawet często. Może dlatego, że tylko wtedy rodziny spotykają sie w komplecie? Może dlatego, że siedzą ze sobą tyle godzin? I piją do tego alkohol?
Ja mam jednak bardzo miłe wspomnienia z wielkanocnych (i bożonarodzeniowych) uczt. U nas akurat alkoholu się wtedy nie piło, nie zasiadali też z nami krewni, z którymi nie potrafilibyśmy się zgodzić. Nie było też przy świątecznym stole kłótni politycznych (które i w tym roku będą w Polsce leitmotivem świąt).

Ale to wszystko nieważne – ważne, że spotyka się rodzina! W Ameryce te więzi nie są takie bliskie – odwiedza się rodziców co najwyżej kilka razy w roku. W Polsce, może też dlatego, że odległości są mniejsze, młodzi ambitni studenci, typy „korpo”, biznesmeni, wszyscy, jadą do swoich mam, cioć, babć albo je zapraszają do siebie.

Nie jesteśmy w takim podejściu odosobnieni. Wiele narodów stawia na pierwszym miejscu rodzinę i szczególnie widać to w czasie świąt. Wspólne siedzenie przy stole to rodzinna tradycja od Argentyny po Chiny. Mogą się różnić daty, nazwy świąt, religie, potrawy, stroje biesiadników, czy siedzą przy stole w salonie z telewizorem, czy po turecku wokół niskiego stołu ustawionego w namiocie – nie ma znaczenia. Rodzina jest najważniejsza i to rodzina wspólnie je.

W wielu krajach: Tajlandii, Filipinach, Meksyku, Włoszech, Gruzji (widzicie, jaki rozrzut?) rodzina jest najważniejsza. Dobro rodziny jest najpierw, potem kariera, miłość, pieniądze. Barowe dziewczyny w Tajlandii zarabiają, by posyłać pieniądze rodzicom i rodzeństwu. Filipinka poślubia Amerykanina, by ten potem ściągnął do Stanów całą jej wioskę. Hindusi słuchają się poleceń seniorów rodziny, meksykańscy imigranci w USA posyłają każdy grosz swoim żonom i dzieciom w kraju.

W tych kulturach dobro rodziny jest ważniejsze niż zauroczenie mężczyzną/ kobietą, a zajmowanie się staruszkami nie jest traktowane jako poświęcenie, lecz oczywistość.
Ten refren: najważniejsza jest rodzina, jest powtarzany przez Arabów, Hindusów, Latynosów, zwłaszcza jeśli przez ich kraje przechodzi wojenna zawierucha albo gdy dotyka ich ekonomiczny kryzys. Rodzina wypełnia tym ludziom życie, zdejmuje brzemię samotnego zmagania się z demonami niewiary w siebie, depresji, braku sensu życia.
W zachodnich, sytych cywilizacjach więzy rodzinne bywają rozluźnione. Tam rodzice sami chętnie załatwiają sobie domy starców, dzieci mają osobne pokoje, a na święta kto chce wyjeżdża sobie na narty albo na ryby.

Brzydzę się przesadnym ostatnio w Polsce konserwatyzmem, wymachiwaniem tradycją, podpieraniem się wybiórczo traktowaną historią. Lecz to, że wszyscy usiądą w święta przy stole, to akurat dobra rzecz. I szansa, że może – jako społeczeństwo – zaczniemy się znowu uczyć ze sobą rozmawiać.

Wesołych Świąt!

 

Jan Latus