Po blisko roku od zaprzysiężenia 40-letni prezydent Francji Emmanuel Macron notuje rekordowo niskie poparcie społeczne. Nie słabnie za to w zapale do reform.

 

Macron dostał się na szczyty francuskiej polityki przebojem. Pomogły mu w tym dobre studia. Pochodzący z zamożnej rodziny Emmanuel przez dziesięć lat pobierał lekcję gry na fortepianie, szykując się do kariery pianisty. Ostatecznie wybrał filozofię, którą po ukończeniu tego kierunku zajmował się całkiem poważnie. Przez kilka lat był nawet asystentem Paula Riceura, jednego z najsłynniejszych filozofów francuskich XX wieku. Macron postanowił jednak także skończyć bardziej praktyczne studia i w 2004 roku został absolwentem paryskiej École nationale d’administration, założonej przez Charles’a de Gaulle’a, słynnej kuźni francuskich polityków. Uczelnię tę kończyło kilku późniejszych prezydentów (Valéry Giscard d’Estaing, Jacques Chirac i François Hollande), a także ministrów m.in. Ségolene Royal, minister środowiska i energii (była żona Hollande’a), czy Pierre Moscovici, minister gospodarki i były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.

Macron był także przez dwa lata (2012-14) ministrem gospodarki i przemysłu i właśnie to stanowisko sprawiło, że stał się szerzej znany. Popularność przyniosły mu śmiałe pomysły gospodarcze, które co rusz natrafiały na potężny opór ze strony związków zawodowych. Marcon toczył z nimi zacięte spory i dzięki temu trafił na czołówki francuskich gazet i do telewizji. Wkrótce też zaczęto brać go pod uwagę w sondażach do wyborów prezydenckich.
Zdolny polityk wiedział, że jako urzędujący minister w administracji niepopularnego Françoisa Hollande’a, nie będzie miał większych szans na wybór i odpowiednio wcześnie złożył dymisję. Nie chciał również ubiegać się o urząd jako kandydat Partii Socjalistycznej, której był członkiem w latach 2006-2009. Wystartował więc jako… Emannuel Macron, zakładając własną partię, En Marche! Okazało się to posunięciem niezwykle udanym. Ugrupowanie powołane do życia zaledwie na rok przed wyborami prezydenckimi szybko zdobyło popularność, co zawdzięcza oczywiście głównie swojemu liderowi. Francuzi znużeni marazmem dotychczasowej polityki i kandydatami establishmentowymi wybrali na swojego prezydenta młodego, energicznego Macrona, który zaproponował również nowy program, niemieszczący się w żadnej z dotychczasowych politycznych szufladek. Ściślejsza niż dotychczas integracja europejska i jednocześnie wolnorynkowe reformy gospodarki francuskiej, polegające najogólniej mówiąc na ograniczeniu praw pracowniczych i związkowych, zmniejszeniu podatków dla najbogatszych (we Francji wyjątkowo wysokich) i ułatwień dla biznesu. Macron wygrał bezapelacyjnie, zdobywając w drugiej turze wyborów prezydenckich ponad 66 proc. głosów.

W Europie okrzyknięto go nadzieją na ocalenie Unii Europejskiej i zastopowanie przących w przeciwnym kierunku nacjonalistów. W Francji rownież przez pierwsze miesiące nie cichły wiwaty na cześć Macrona, którego popularność sprawiła, że En Marche! zdobyła 3/4 miejsc w parlamencie.

Prezydent ma więc sytuację komfortową. Przychylne, by nie powiedzieć spolegliwe Zgromadzenie Narodowe i rozbitą opozycję. Marine Le Pen nie może się pozbierać z porażki w wyborach i walczy o swoją pozycję we Froncie Narodowym, który wkrótce, by bardziej przypodobać się wyborcom, ma zmienić nazwę. Były lider Republikanów Nicolas Sarkozy myśli raczej nie o powrocie do polityki, co o uchronieniu się przed więzieniem w związku z zarzutami korupcyjnymi. Laurent Wauquiez, jego następca na stanowisku prezesa partii Republikanie na razie dopiero zdobywa szerszą popularność. Podobnie Florian Philippot, była prawa ręka Marine Le Pen, który założył własną partię pod nazwą Patrioci. Partia Socjalistyczna, przez dziesięciolecia dominujące we Francji ugrupowanie polityczne, szuka szefa. Jej prezes, Jean-Christophe Cambadélis, który odpadł w pierwszej turze wyborów prezydenckich, przegrywając nawet we własnym okręgu wyborczym, odszedł ze stanowiska.

Macron ma więc duże szanse wprowadzić w życie swoje reformy i korzystając z dobrej sytuacji próbuje to robić. Ograniczył już przywileje pracownicze, dając biznesom szersze prawa do zatrudniania i zwalniania pracowników, zmniejszając przy okazji wysokość ustawowych odpraw. Obniżył podatki najbogatszym, a teraz zabrał się za reformę kolei państwowej, jednego z najważniejszych pracodawców we Francji. Tam również chce ograniczyć przywileje i zmniejszyć nieco horrendalny deficyt firmy, ciążący na budżecie państwa.

Wszystko to dzieje się praktycznie bez debat w parlamencie, który szybko uchwala to czego chce Macron. Prezydent czasem też całkiem pomija Zgromadzenie Narodowe korzystając z dekretów. Prasa we Francji rutynowo porównuje go w związku z tym do Napoleona lub króla Ludwika XIV, który zasłynął wydawaniem edyktów szeroko reformujących Francję.

Polityka Macrona nie podoba się naturalnie związkom zawodowym. Kolej zapowiedziała ogólnokrajowy strajk rotacyjny, na ulice francuskich miast wyszły miliony protestujących pracowników, a popularność prezydenta znacząco spadła. Emmanuel Macron na razie może się jednak nie przejmować. Kadencja prezydenta Francji trwa pięć lat.

 

Tomasz Bagnowski