Moim największym przyjacielem nie jest już Włodek – to było przecież w podstawówce. Od tej pory poznałem nowych przyjaciół. Największym jest młody, popularny w całym świecie Amerykanin Facebook, w Polsce zwany fejsem.
Fejs jest kimś więcej niż przyjacielem. To ktoś, kto ma zdolność poznawania ze sobą ludzi, swatania ich, uprawiania networking. Jak określił taki typ człowieka pisarz Malcolm Gladwell, to enabler.

Większość ludzi ma najwyżej kilku przyjaciół. Psychologowią twierdzą, że tak jesteśmy zbudowani: bliskie relacje możemy mieć najwyżej z dwoma do pięciu osób. Poza tym ma się luźniejszych znajomych, kolegów z firmy, współpracowników. W miarę starzenia się, potrzeba posiadania przyjaciół – oraz umiejętność ich zdobywania – słabnie.

Nie każdy ma łatwość poznawania ludzi. Introwertycy nie angażują się w small talk na przyjęciu, ludzie nieśmiali nie zawrą znajomości w barze. Zdaniem Gladwella istnieje grupa osób, które są doskonałe w pośredniczeniu. Może to być człowiek od PR, organizator imprez kulturalnych, promotor czy po prostu ktoś, kto „zna wszystkich” i lubi robić wielkie przyjęcia, na których, bezinteresownie, ludzi ze sobą kojarzy.

Z racji mojej pracy dziennikarskiej (ale też i temperamentu, dziś niestety utemperowanego), poznawałem mnóstwo ludzi: działaczy polonijnych, dziennikarzy amerykańskich, biznesmenów, artystów z Polski na gościnnych występach, młodych ludzi próbujących sił jako dziennikarze czy fotografowie. Wiele osób poznałem pisząc o nich. Reporter wchodzi do czyjegoś domu, poznaje człowieka, zadaje mu pytania, próbuje stworzyć jego profil. A pisało się zarówno o stuletniej uroczej pani, jak i 18-letnim obiecującym uczniu. W moim notesie pozostawały adresy i telefony tych osób. W Ameryce mawiało się, jak wielkim atutem jest czyjś rolodex. Ktoś to pamięta? Kołowrotek z nanizanymi w porządku alfabetycznym tekturowymi fiszkami. To były kontakty tej osoby, a więc jej siła. Dziś jest to baza kontaktów w komputerze i telefonie.

Fejs daje fantasktyczną łatwość gromadzenia kontaktów. Kiedyś można było do kogoś napisać list (żmudne), zadzwonić do domu (krępujące lub kosztowne), wysłać email na adres służbowy. Fejs zintegrował te formy kontaktów.
Gdy kiedyś prosiłem dziewczynę o numer telefonu, dawała albo i nie (coraz częściej nie). Oznaczało to, że w pewnym stopniu jest otwarta na pogłębienie znajomości. Ciągle jednak wiedziałbym o niej mało, musiałbym się wypytywać znajomych.

Wpisanie kogoś do swoich przyjaciół na fejsie nic nie znaczy. Nie rozstrząsajcie, czy ci friends na fejsie to naprawdę przyjaciele. To tylko nazwa. Kontakt na fejsie jest mniej osobisty niż zapisany szminką na serwetce numer komórki. To bardziej wymiana business cards. Dlatego też prawie nigdy nie spotykam się z odmową kontaktu na Facebooku. Zrobił się z tego rodzaj public record: wizerunek jakiejś osoby z podstawowymi danymi o niej: z jakiego jest miasta i kraju, gdzie mieszka teraz, co studiowała, co robi, czy jest w związku, czy ma rodzinę, gdzie jeździ na wakacje. Można też sobie obejrzeć jej zdjęcia i przekonać się, czy czasem wzrok nas w nocy w barze nie mylił.

Zbaczam jednak od wątku. Fejsbuka lubię za to, że jest plastrem na samotność. Pozwala dzielić się z innymi swoimi doświadczeniami, pochwalić podróżą.

Tyle razy słyszeliśmy, że fejs rozbudza w nas narcyzm. Istotnie, ludzie przechwalają się wizytą w egzotycznym miejscu i drogiej restauracji. Próbują pokazać innym, że ich życie jest ciekawe, intensywne, a nawet zmysłowe.

Dla mnie jest to dzielenie się sobą ze światem. Kim jestem, żeby to krytykować, skoro sam to robiłem przez lata? W felietonach dzieliłem się spostrzeżeniami, zwierzałem z nastrojów. A jeśli wyjeżdżałem za granicę, pisałem okraszone zdjęciami relacje. Ludzie to czytali, komentowali, gratulowali podróży, zazdrościli znajomości.

Teraz robią to wszyscy na fejsie. Dlaczego miałbym im tego zabronić? Z zazdrości? Ponieważ nie mają dyplomu z dziennikarstwa?

Już nie piszę zagranicznych reportaży dla szerokiego grona czytelników. Nie mam więc zawodowego kanału dzielenia się przeżyciami.

Ostatnio dużo jeżdżę po Europie. Smutno mi się robi nie wtedy, kiedy np. w Wilnie kompletnie zamokłem w ulewie ale w Neapolu, gdy jechałem sam turystycznym autobusem i podziwiałem widoki albo nocowałem w uroczym hotelu-barce w Sztokholmie. Jako osoba samotna, a teraz już i bez najbliższej rodziny, nie miałem się z kim podzielić pięknem, które widziałem wokół.

Zawsze dzieliliśmy się z innymi, także gdy spotkało nas coś radosnego. Wydzwanialiśmy do kolegów, informowaliśmy rodziców, urządzaliśmy przyjęcia celebrujące czyjąś rocznicę lub urodziny.

Nie każdy ma u boku partnera, rodzinę, wielu przyjaciół (patrz: uwagi powyżej o maksymalnej ich liczbie). Fejsbuk pozwala się podzielić, pochwalić się, także przed dawnwymi znajomi. Kobieta w średnim wieku zamieści swoje zdjęcie – i zawsze kilka koleżanek sprawi jej przyjemność: Ale z ciebie laska! W ogóle się nie starzejesz! What a princess! I od razu pani czuje się ze sobą lepiej. Także gdy zamieści z dumą zdjęcie odbierającego dyplom syna, nowego psa, udanych wakacji. To okazja, żeby powiedzieć innym – wszystkim – co u mnie, żeby wyjść z ukrycia i anonimowości.

Fejsbuk jest telewizją i wielkonakładową gazetą w jednym, gdzie relacjonujemy swoje życie a wszyscy mogę to zobaczyć, przeczytać, a nawet skomentować i z nami porozmawiać.

Może powinienem otrząsnąć się, powrócić do dziennikarskich nawyków i zacząć relacjonować w tym medium nowych czasów moje życie w Polsce na wideo, podróże na atrakcyjnych zdjęciach; codziennie publikować przemyślenia?
Tyle osób się dowie, pogratuluje, „polubi”… co w tym złego? Przecież jako dziennikarz też nie znałem dobrze większości odbiorców.

Może więc pora powrócić do starych, zawodowych, narcystycznych nawyków? Może, w oczach tysięcy znajomych, moje obecne życie okaże się znacznie lepsze, niż skłonny byłbym sądzić?

 

Jan Latus