Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swe życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Kto chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw mnie od tej godziny. Ależ właśnie, dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław imię Twoje! Wtem rozległ się głos z nieba: „Już wsławiłem i jeszcze wsławię. „Stojący tłum usłyszał i mówił: „Zagrzmiało.” Inni mówili: „Anioł przemówił do Niego.” Na to rzekł Jezus: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was.”
 J 12, 24-30
Wiele lat temu stałem, nie z nabożności, ale ciekawości na Placu Czerwonym w Moskwie w długiej kolejce do mauzoleum „wiecznie żywego”, ale zabalsamowanego Lenina. Kilka tygodni temu wraz z podróżnikami z Nowojorskiego Klubu Podróżnika stałem na placu Ba Dì nh w Hanoi w jeszcze dłuższej kolejce do mauzoleum zbudowanego na wzór moskiewskiego z typowymi elementami wietnamskiej architektury. Spoczywa w nim zabalsamowany komunistyczny przywódca Wietnamu Ho Chí Minh. Na frontonie mauzoleum umieszczono olbrzymi napis: „Ho Chí Minh wiecznie pozostanie żywy w naszych sercach”. Budowla liczy 21,6 m wysokości i 41,2 m szerokości. Plac przed mauzoleum podzielony jest na 240 zielonych kwadratów, w których rośnie prawie 250 gatunków roślin i kwiatów, które pochodzą z różnych regionów Wietnamu.
Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami. Aby wejść do mauzoleum trzeba mieć zakryte ramiona i nogi, nie można robić zdjęć, rozmawiać, wskazywać palcem, a nawet mieć odpowiednio złożone ręce. Jednej z uczestniczek naszej wycieczki, strażnik pomagali w odpowiednim ułożeniu rąk. A najlepiej to zachować smutną twarz i ronić łzy, jak to czynią niektórzy z odwiedzających. Chyba w żadnej świątyni świata nie ma tak wymuszonej nabożnej powagi, jak w tym mauzoleum.
Dla wielu Wietnamczyków mauzoleum jest pewnego rodzaju świątynią, gdzie spoczywa „wiecznie żywy w ich sercach” przywódca narodu nazywany często wujkiem. Stał się on symbolem wyzwolenia i szczęśliwego życia, które ma spełnić ludzkie pragnienia szczęśliwej wieczności. Zapytałem przewodnika, czy rzeczywiście Wietnamczycy są szczęśliwi w komunistycznym państwie. Bez wahania odpowiedział, że tak. Mają kawałek pola, mogą produkować żywność, nie są głodni, mają się w co ubrać. I jak tu nie być szczęśliwym. Niektórzy w tych komunistycznych celebracjach odnajdują namiastkę religii, coś co przekracza szarzyznę życia. Chociażby te podniosłe skoncentrowane wokół mauzoleum Ho Chí Minha ceremonie. Mauzoleum odwiedzają ogromne rzesze Wietnamczyków. Dominująca grupą wśród odwiedzających są dzieci. Wystrojone w szkole mundurki z nabożną czcią procesjonalnie nawiedzają mauzoleum. Później uczestniczą w sesjach zdjęciowych i poczęstunku, który ma wiele wspólnego z odpustowym rozgardiaszem.
Także celebrowanie wspomnień wojny z Amerykanami i ich sojusznikami stało się pewnego rodzaju religią. Wspomnienie tamtych wydarzeń pielęgnowane jest z niebywałą pieczołowitością. Oczywiście cała ta wojenna historia przedstawiona jest jako zmaganie się sil szatańskich, tzn. amerykańskich z siłami dobra, które prezentują komuniści z Ho Chí Minhem na czele. W muzeach przedstawiane jest okrucieństwo żołnierzy amerykańskich i niewyobrażalne cierpienie narodu wietnamskiego, ze szczególnym uwypukleniem cierpienia niewinnych dzieci. W jednej z licznych ekspozycji wojennych można dopatrzeć się ewangelicznej nuty: „Wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną”. Jest nią sala przedstawiająca pułapki jakie zastawiano w dżungli na amerykańskich żołnierzy. Na samą myśl, że można wpaść do takiej pułapki dreszcz przenika ciało. Żołnierz wpadając do tej pułapki nie ginął od razu, ale jego ciało przeszywały różnego rodzaju metalowe szpikulce, które bardzo często były wykonywane z bomb, jakie Amerykanie zrzucali na wioski i miasta wietnamskie. Amerykanie nadziewali się na metal, który sami „dostarczali” Wietnamczykom. Odnosiłem wrażenie, że te celebracje są wyrazem szukania piękniejszego świata, który ma wypełnić pragnienie człowieka za szczęśliwym życiem wiecznym.
W czasie tego samego wyjazdu do Wietnamu odwiedziliśmy także miejsce, które wskazuje na trudną, ale prawdziwą drogę spełnienia naszych snów o szczęśliwej wieczności. Celebrowaliśmy Mszę św. i odprawialiśmy Drogę Krzyżową w Sajgonie w kościele pod wezwaniem wietnamskich męczenników św. Andrzeja Dung-Lac i 116 towarzyszy. 18 czerwca w 1988 roku, podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej przed bazyliką św. Piotra w Rzymie, św. Jan Paweł II wyniósł ich na ołtarze. Umierali oni w swojej Ojczyźnie w latach 1773-1862 za to, że publicznie wyznawali swoją wiarę w Jezusa Chrystusa. Obok misjonarzy przybyłych z Europy i miejscowych kapłanów ginęli także katechiści i ludzie świeccy, m. in. Agnieszka Le Thi Than, matka sześciorga dzieci. Woleli oni raczej umrzeć aniżeli wyprzeć się Chrystusa. W świątyni są relikwie męczenników, a w głównym ołtarzu wisi ogromny krzyż, u stóp którego jest olbrzymia rzeźba przedstawiająca świętych męczenników wietnamskich. Scena z ołtarza świetnie ilustruje słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Kto chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa”. Męczennicy wietnamscy służyli Chrystusowi do ostatniego tchnienia i na tej drodze osiągnęli wieczną chwałę, otrzymali życie wieczne. W nich spełniły się słowa z dzisiejszej Ewangelii: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemie nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity”. Tym obfitym plonem jest chwała zbawionych. Autor Listu do Hebrajczyków w drugim czytaniu upewnia nas, że Chrystus przez cierpienie i śmierć prowadzi ku szczęśliwej wieczności: „Chrystus z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają”.
Jeśli jesteśmy otwarci na światło spływające z nieba wtedy nasze, nawet trudne ziemskie doświadczenia upewniają nas o życiu wiecznym a Chrystus staje się niezawodną drogą prowadzącą do zbawiennej wieczności.
ks. Ryszard Koper