Roman ZdebPrzez 12 lat sprzedawał samochody w New Jersey. Pewnego dnia uznał, że przyszedł czas na zmiany – wsiadł na motocykl i zaczął zwiedzać świat. W rok przejechał obie Ameryki od Patagonii aż po najdalsze krańce Alaski, kilka lat później objechał całą Afrykę a potem żył dwa miesiące w namiocie na plaży w Izraelu. Zwiedzania świata wciąż jednak mu mało. O tym, co znaczą podróże w jego życiu z Romanem Zdebem rozmawia Marek Rygielski.

 

Romana poznaję w czasie pieszej pielgrzymki z Nowego Jorku do Amerykańskiej Częstochowy. W swoim, utrzymanym w stylu „kawalerskim”, domu, przyjmuje mnie jak członka rodziny. Rozmawiamy o wszystkim dzieląc się wspomnieniami, radami – poznając się coraz bliżej. Najbardziej interesuje mnie jednak jego podróż dokooła świata, która zaczęła się dziewięć lat temu i tak naprawdę – wciąż trwa.

 

– Opowiedz, jak to się zaczęło.

– W 2005 roku, przez kolegę poznałem Mirmila z Mielca, który mieszkał w Burlington, NJ. Mirmil miał plan, by pojechać motorem z Polski do Chin i z powrotem. Szukał entuzjastów, podróżników motocyklowych z którymi mógłby się wybrać. Pamiętam, jak rozwinął dużą mapę Europy i Azji i pokazał mi trasę, którą zaplanował. Od tego momentu byłem zafascynowany tą wyprawą, zarażony podróżami na motocyklu. Mirmil miał już na koncie wiele wypraw. Od młodych lat – na przykład rowerem z Polski do Włoch, albo kiedy przepłynął całą Wisłę na tratwie zbudowanej z plastikowych butelek. Zmęczony pracą, długimi godzinami oraz coraz gorszym rynkiem (kryzys 2008 r.) postanowiłem zobaczyć świat.

 

Planując podróż po Amerykach liczyłeś się z tym, że potrwa ona wiele miesięcy. Ile czasu zajęło ci jej zaplanowanie, czy trudno było zdecydować się, by wreszcie to zrobić?
W 2009 roku, po wyprawie Polska-Chiny-Polska byłem urzeczony dalekimi podróżami i rozglądałem się za następną. Byłem więc gotów przyłączyć się do Mirmila, który właśnie planował pierwszą wyprawę do Ameryki Południowej. Pożegnałem na dobre 14 lat pracy w salonie samochodowym – bardzo stresująca praca – tak więc czasu miałem do oporu.
Plan był taki, żeby odwiedzić polskiego księdza Roberta w Arue w Brazylii, który przez kolegę Jarka osobiście zaprosił mnie, bym odwiedził polską osadę w południowej Brazylii.

 

– Gdzie spałeś? Czy organizowanie wszystkiego samemu dzień w dzień jest trudne?

– Noclegi to pikuś, spało się gdzie popadnie. W większości na dziko, z dala od cywilizacji, cicho, spokojnie na łonie natury. Na plażach, na łąkach, lasach, polach. Jak dzień się kończył i słonko zachodziło to była pora na znalezienie miejsca na nocleg. Jak nie było gdzie, to zaraz przy granicach miast, z tyłu obiektów państwowych, w straży pożarnej, na policji, u rolników na podwórku lub w misjach katolickich. Organizowanie wyprawy było bardzo łatwe, przynajmniej w Amerykach, bo nie trzeba było załatwiać wiz. Lepiej nie planować za dużo.

 

– Couchsurfing to obejmująca cały świat sieć ludzi, którzy goszczą w swoich domach podróżników. Opowiedz trochę o tym.

Bardzo polecam członkostwo w tej organizacji (jest bezpłatne, przyp. mr). Można ugościć ciekawego podróżnika ze świata lub być gościem u kogoś w dowolnym miejscu na świecie. Kilka razy miałem okazję być takim gościem w Argentynie, w RPA. W większości są to podróżnicy, którzy chcą poznać nowych ludzi, pomóc, podzielić się czymś. Robią to bezinteresownie. Ty byłeś pierwszym polskim gościem w moim domu w New Jersey. Przy korzystaniu z coachsurfing trzeba pamiętać o pozostawieniu referencji – to ważne zarówno wtedy, gdy korzysta się z noclegu u kogoś, jak i wtedy, kiedy kogoś się do siebie przyjmuje.

 

– Jakieś niebezpieczne przygody? Słyszałem od Twojej kuzynki, że gdzieś w dżungli ratowało Cię wojsko, a kiedy indziej – policja wyrwała z rąk gangu narkotykowego?

– Miałem wywrotkę na motocyklu, dosyć poważną, w Kolumbii, w rejonie, jak się później okazało, który słynie z porywania ludzi dla okupu. Na szczęście niedaleko stacjonowała brygada wojskowa, która zajmowała się niszczeniem plantacji koki. Był tam medyk, który uratował mi życie, miałem ponad 20 szwów na głowie. Z Mirmilem spędziliśmy tam parę dni. Żołnierze podsłuchiwali rozmowy telefoniczne partyzantów, którzy zajmowali się uprawą i przetwarzaniem kokainy a także porywaniem ludzi. Prawdopodobnie rozmawiali również o tym, żeby nas porwać.

Którejś nocy zabrało nas wojsko. Helikopterem przewieźli nas i nasze motocykle do bazy, zabrali paszporty w których mieliśmy m.in. wizy z Chin, Kazachstanu i Kirgistanu. Wzięli odciski palców i długo przesłuchiwali dopytując się skąd, dokąd i po co. Trzymali nas pięć dni a potem wywieźli do odległej o 500 kilometrów stolicy i kazali podpisać dokument, w którym musieliśmy przyrzec, że będziemy trzymać się z daleka od tamtej okolicy (Florencia). Dużo zdjęć i fajny opis tej przygody mój przyjaciel Mirmil zostawił na forum www.africatwin.pl w artykule „Meksyk, a może dalej”.

W Afryce też miałem przygody – do Kongo wjechałem przez zieloną granicę bo nie miałem wizy, i w Izraelu, kiedy okazało się, że mój kemping był za blisko granicy z Egiptem. Ale dzięki Bogu obyło się bez helikoptera i bez odcisków palców.

 

– Czy obywatelstwo USA w takich podróżach pomaga?
– Podczas wyjazdu do Ameryk nie miałem jeszcze paszportu USA, ale i tak lepiej było jechać na polskim ze względu na ceny wiz. Na przykład do Boliwii lub Brazylii Amerykanie muszą płacić po 150 dolarów za wizę, a Polacy nie muszą płacić nic. Niestety, nie w każdym kraju Amerykanie są mile widziani, więc dwa paszporty mogą okazać się pomocne.

 

– Jesteś wierzący? Jaką rolę w trudnych sytuacjach odgrywa modlitwa?

– Jestem katolikiem, regularnie chodzę do kościoła i wierzę, że modlitwa pomaga mi w każdej sytuacji. Miałem mnóstwo niebezpiecznych przygód, kilka wypadków i nie raz zamykałem oczy prosząc „Boże, ratuj”. I Bóg zawsze wysłuchiwał moich próśb. Na przykład kiedy miałem wypadek w Kolumbii – odkręciła się śruba, która trzyma przednie amortyzatory. To była moja wina, bo powinienem był to sprawdzić jeszcze przed wyjazdem. Ta śruba mogła się odkręcić w każdym momencie, ale stało się to w rejonie, gdzie była pomoc. Gdybyśmy pojechali choć trochę dalej, znaleźlibyśmy się w rejonie opanowanym przez partyzantów, którzy chętni byli nas porwać.

Albo gdy wracałem z Alaski – nocowałem w parku Yellowstone gdzie grasował niedźwiedź, który zabił trzy osoby pod namiotem… Ksiądz proboszcz Roberto mawiał, że mam Anioła Stróża na motocyklu.

 

– Czy podróżując czujesz się bliżej Boga?

– Trudne pytanie. Moje podróże w 80 procentach były samotne. Pogłębiłem więc swoją wiarę w Boga w samotności, jadąc przez 60 państw na pięciu kontynentach. Modlitwa otworzyła mi umysł i oczy na świat, którego nie da się zobaczyć w telewizji czy w internecie. Wszystko trzeba przeżyć samemu.

 

– Twoim zdaniem – po co jesteśmy na tym świecie?

– Dobre pytanie. Moim zdaniem jesteśmy tu po to, żeby miłować, pomagać, dzielić się i szanować. Widzieć Boga w absolutnie każdym napotkanym człowieku. To nie jest łatwe w świecie, w którym jest tyle zła.

– Jak planowałeś następne etapy wyprawy? Chodzi mi o mapy, GPSy, internet – zajmowało Ci to dużo czasu, czy też wolałeś dać się ponieść okolicznościom?

– W drodze do Chin Mirmil miał GPS i mapę. Był więc moim przewodnikiem i nie martwiłem się o kierunki. Ja miałem tylko książkę Lonely Planet z prostymi mapami, podstawowymi informacjami o zwiedzanych krajach, cenach, miejscach na nocleg i orientacyjnymi kursami wymiany walut. Wieczorami wypisywałem sobie na przymocowanej do baku kartce większe miasta, które miałem przed sobą. Dopiero w Afryce miałem stary GPS z nieaktualnymi mapami, dzięki którym zabłądziłem jadąc przez środek pustyni w Południowym Sudanie. Ale niczego nie żałuję – przygoda była odlotowa. Moja ulubiona dewiza to „dać się ponieść okolicznościom”. Wtedy zaczyna się prawdziwa wyprawa, można się zgubić, trzeba pytać lokalnych ludzi, w którą stronę jechać, ile kilometrów, ile godzin. Nie znając języka i z kalkulatorem w ręku.

 

– Opowiedz trochę o ludziach, których spotkałeś po drodze – przyjaźni, gościnni, wrodzy, niechętni? O przyjaźniach, emocjach, miłościach. Czy masz swoje ulubione kraje, albo czy jest takie miejsce na świecie, do którego chciałbyś wrócić na zawsze?

– W 95 procentach spotkałem dobrych ludzi. Lubiłem machać do nich ze swojego motoru. Reakcje były podobne w większości krajów. W Afryce były momenty, że ludzie uciekali w busz gubiąc po drodze wszystko, co nieśli, z kolei inni – skakali do góry z radości. Szczególnie dzieci, które często klaskały lub coś tam śpiewały. Jedynie w Etiopii, Sudanie i Egipcie dzieci rzucały w podróżników kamieniami. Bywało, że biegły za nimi przez parę kilometrów na bosaka (nic więc dziwnego, że są świetnymi maratończykami;).

Spotkałem motocyklistów z Brazylii, RPA. Mieszkałem u nich parę dni i do dziś mamy ze sobą kontakt. Oczywiście policja drogowa – w trzecim świecie i w Rosji zawsze się czepia i każe sięgać do kieszeni za nic. „No daj na kanapkę, na piwo”. Jest sposób, żeby nie płacić – czas i cierpliwość.

Podczas zimowania w Izraelu miałem okazję mieszkać z kobietą przez dwa miesiące w Tel-Awiwie. Dużo się od niej nauczyłem. Chodzi o zdrowe odżywianie się, jogę. Teraz zwracam uwagę na to, co jem i ćwiczę trzy godziny tygodniowo – gorąco wszystkim polecam.
Bardzo lubię Boliwię. Ale wciąż nie wiem, gdzie chciałbym zostać na zawsze, bo jeszcze zostało mi do objechania 60 krajów. Jak je objadę to się okaże.

 

– Co poczułeś na przylądku Horn?

– Ziemia Ognista to koniec drogi. Najdalszy punkt Ameryki Południowej. Byłem po pięciu miesiącach drogi i czteromiesięcznej przerwie zimowej. Pracy nie mam, dzieci też nie, pieniędzy wciąż pod dostatkiem. Zobaczyłem znak: Alaska – 18 tysięcy kilometrów. Więc pojechałem dalej.

 

– Powiedziałeś, że po tej podróży zmienił się Twój pogląd na świat – opowiedz o tym trochę szerzej?

– Nie bądźmy niewolnikami pieniędzy. Naprawdę nie potrzeba nam dużo do życia i do tego, by być szczęśliwym. Codzienna gonitwa za rzeczami, które nam i przyrodzie szkodzą. Na przykład bo nowy model mojego starego samochodu jest do kupienia. Promocja zero procent czyli okazja – biorę! Ludzie kupują na kredyt, wydają pieniądze, których nie mają tylko po to, żeby się pokazać. Że mam taką furę, że mam taką torebkę. Natomiast spotykając bardzo różnych ludzi po drodze odczułem, że im byli uboźsi, tym bardziej byli szczęśliwi, hojni, gościnni. Nic nie mają, niczym się nie martwią. Wiele razy chciałem dać im pieniądze, ale nie przyjęli. Z kolei kilka razy próbowałem rozbić namiot u bogatych ludzi – za płotem, za drutami pod wysokim napięciem i ze znaczkiem z trupią czaszką. Że śmierć, że nie wolno się zbliżać, że zły pies. Pukam, dzwonię i pytam: „Czy mogę rozbić namiot na waszym podwórku?”. W większości przypadków właściciel posyłał służbę domową z odpowiedzią „NIE. To nie hotel. Pole namiotowe jest po drugiej stronie miasta”.

 

– Powrót do „cywilizowanego życia” po 12-miesięcznej podróży – ciężko było?

– Wszystko, co dobre musi się kiedyś skończyć, znowu pobudka itd. Od mojego wyjazdu do Afryki minęło już pięć lat, jednak do tej pory często wychodzę na ulicę przy zachodzie słońca i wspominam stare dobre czasy – jak się o tej porze dnia szukało miejscówki na rozbicie namiotu albo zastanawiało, gdzie zawiesić hamak.

 

– Afryka – ile przejechałeś kilometrów, ile krajów zwiedziłeś i jak długo to trwało?

– Około 35 tysięcy kilometrów. Odwiedziłem 22 kraje i łącznie z zimowaniem w Izraelu zajęło mi to 14 miesięcy. Miałem też trzymiesięczny postój w Kongo-Brazaville – ze względu na problemy z wizami do Angoli i do Kongo-DRC. Byłem u Ojca Darka w Kamerunie, widziałem wyniki jego pracy: w ciągu 30 lat wybudował dwa sierocińce i wychował po katolicku ponad 1000 dzieci.

Od powrotu z Afryki wszystkich gorąco namawiam do pomocy, do wpłacenia chociaż kilku złotych na cele sierocińca Misji Kamerun, www.facebook. com/misjakamerun. Wrażeń z Afryki nie da się przekazać. Mój dwutygodniowy pobyt w sierocińcu to najlepiej spędzony czas w Afryce.

Ojciec Darek zaprasza do Kamerunu, ma dwa motocykle i samochód na których jest możliwość zrobienia sobie wycieczki po tym pięknym kraju. Informacje są na stronie www.dziecislonca.org – przyp. mr).

 

– Czy spotkałeś wielu podróżników takich jak ty?

– Tak. Ludzie podróżują rowerami, jeepami, motorami, lokalnymi autobusami.

 

– Czy taki styl podróżowania wciąga?

– Mnie wciągnęło po same uszy. Ale wiem, że to nie dla kogoś, komu brakuje cierpliwości, lubi wygody, nie potrafi obniżyć standardów, jest wrażliwy na pogodę, wysokie lub niskie temperatury albo nie ma nerwów, by wciąż mieć do czynienia z finansami itd.

 

– Jak to robisz? Mam na myśli kwestię finansową Twoich podróży.

– W obu Amerykach udało mi się wydawać pięć dolarów dziennie na jedzenie. W Afryce było jeszcze taniej – jedzenie kosztowało mnie dwa dolary dziennie. Spanie było za darmo, woda z kranu za darmo, ale w Afryce wodę filtrowałem. Największy wydatek to paliwo i wizy.

 

– A szczególne marzenia?

Jednym z moich marzeń było nurkowanie z białym rekinem. Kiedy byłem w okolicy Cape Town w RPA, gdzie jest możliwość zobaczenia Great White Shark, pani z lokalnej gazety zobaczyła mój motor pod sklepem i zostawiła mi kartkę z pytaniem, czy mogłaby zrobić ze mną wywiad. Jak się później okazało, dziennikarka była dobrą znajomą „Lady Shark” – jedynej w RPA kobiety, która prowadzi nurkowanie w klatce z rekinami. Zgodziłem się na wywiad pod warunkiem, że załatwi mi u Lady Shark zniżkę na bilet na nurkowanie. Pojawił się jednak kolejny warunek – trzeba było zrobić fotkę na motocyklu przed sklepem Lady Shark. Skończyło się to tak, że dostałem bilet za darmo ($150), skorzystałem z noclegu w domu gościnnym oraz zostałem zaproszony na wystawną kolację, na której wino z RPA lało się wiadrami:).

 

– Dokąd planujesz następny wyjazd? Na jak długo i czy też motorem?

– Daleki Wschód, Syberia, Indie, Mongolia. Australia.

 

– Jeśli to nie jest zbyt osobiste – Twój tata jest chory do tego stopnia, że musisz opiekować się nim codziennie. Powiedz – czego teraz się od niego uczysz?

– Niestety, nasi rodzice nie mieli dostępu do informacji, którą mamy teraz: dieta, brak gimnastyki, nałogi, stres – są konsekwencje. Ja się staram o zdrowe jedzenie, gimnastyka – siedem godzin tygodniowo, relaks i jak najmniej stresu.

 

– Co twoim zdaniem jest w naszym życiu najważniejsze?

– Żyć w wierze, w zgodzie, spokoju i pomagać bezinteresownie innym.

 

 

Rozmawiał Marek Rygielski