Kazimier Deyna tytuł króla strzelców zdobył na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium w 1972 r. W siedmiu meczach strzelił dziewięć goli. Po mundialu ‘74 został wybrany trzecim piłkarzem świata.
Odpowiedź była natychmiastowa. – Bierzemy wszystko co pan ma. A później przyszło zaproszenie na uroczystości.
Skanowałem, powiekszałem, oprawiałem te zdjęcia sprzed ponad 25 lat. I przypominał mi się czas spędzony z Kaziem i lata w San Diego. Był moim najlepszym przyjacielem. Dobrze, że chociaż taki prezent mogłem mu zrobić. Szkoda, wielka szkoda, że już go nie ma. Tak sobie myślałem, podczas uroczystości w Starogardzie Gdańskim, że pewnie Kazio patrzy na nas z góry i uśmiecha się. Pewnie gra tam w jakieś drużynie trenowanej przez Pana Boga.
W San Diego, w niedziele, chodziliśmy na mszę do polskiego kościoła. Kościół był dla Kazia ważny. A później na brunche do historycznego Coronado Hotel. To było jego ulubione miejsce. Siadaliśmy przy stoliku z widokiem na Pacyfik. Kazio lubił żyć z rozmachem.
*
Jaki był Deyna, dlaczego jego niezwykła, sportowa kariera zatrzymała się w USA? Zdobył tutaj, co prawda, pięciokrotnie tytuł halowego mistrza Stanów Zjednoczonych ale mógł osiągnąć znacznie więcej.
Te pytania nurtują ciągle specjalistów od sportu, przyjaciół Deyny z boiska i dziennikarzy.
Kiedy wyjeżdzał z Polski, w 1978 roku, aby grać w Menchesterze był międzynarodową gwiazdą. Znano go na wszystkich najważniejszych stadionach świata. „W Anglii przywitano go jak prawdziwego mistrza. 25 listopada 1978 roku włożył pierwszy raz błękitną koszulkę Manchester City. Nie upłynęło jednak wiele czasu, jak z czołówek gazet przeniósł się na ławkę rezerwowych” – czytamy w książce Stefana Szczepłka pt „Deyna”.
W Anglii jakoś mu nie wychodziło. Co prawda w lidze angielskiej zagrał 38 meczów. Strzelił 12 bramek. Ale to nie było to. Problemy z menedżerem, z trenerami. Ciągle był jednak gwiazdą.
Trzy lata później uległ namowom menedżera Teda Miodońskiego i podpisał kontrakt z amerykańską, zawodową drużyną piłkarską, San Diego Sockers. To był początek nowej drogi, ale jednocześnie koniec kariery w świecie prawdziwej piłki nożnej.
Wszystko zapowiadało się znakomicie. W San Diego znowu błyszczał! Był najlepszy. Lubili go kibice i prasa. Rozpoznawali go na ulicy, w restauracji, na plaży. Wszedzie, gdzie się pojawił. Ale za bardzo wyluzował. Za mało trenował, za dużo używał życia.
No i zaczęły się problemy finansowe. Wszystko co zarobił, a były to bardzo duże pieniądze przekazał w ręce menedżera Teda Miodońskiego, któremu ufał bezgranicznie. Ten miał inwestować i pomnażać majątek. Ale Miodoński okazał się oszustem i złodziejem. Deyna stracił wszystko. Załamanie psychiczne, alkohol, problemy rodzinne. Było coraz gorzej.
W San Diego Sockers rozegrał 256 meczów, strzelił w nich 152 bramki. Był rekordzistą North American Soccer League pod względem liczby punktów zdobytych w jednym meczu. Ciągle zdobywał tytuły i uznanie. Ale rozpoczęły się problemy z trenerem. Grał coraz mniej. W końcu nie przedłużonu mu kontraktu. Koledzy namawiali, żeby wrócił do Polski. Od dawna mawiał przcież – „mam w życiu jedno marzenie. Kiedy już się ustawię w tej Ameryce, wrócę do Polski i założę szkółkę piłkarską dla dzieci” – pisze w książce o Deynie Stefan Szczepłek.
Ale Deyna bał się wrócić. Zaczął trenować dzieci w San Diego. Rósł stres i problemy.
1 września 1989 wracał w nocy do domu. Uderzył w stojącą na autostradzie ciężarówkę. Zginął na miejscu.
Żegnały go tłumy. Podczas pogrzebu odegrano hymn amerykański i polski. A później z płyty zaśpiewał Elvis Presley. Bo Deyna kochał Presleya.
Pozostał po nim mit i dziesiątki pytań.
Małgorzata Kałuża


