Wystawa zorganizowana przez Krzysztofa Drabickiego w „Kurierze Plus” jest trzecią z kolei ekspozycją wirtualną polskiego tygodnika. Znak czasu Ameryki i świata ogarniętego epidemią.

„On line” mamy teraz koncerty, przedstawienia, lekcje w szkole i wykłady na uczelniach, nawet towarzyskie spotkania. Przenosimy się do internetu. Życie elektroniczne miast bezpośredniej rzeczywistości.
Sugeruję sympatykom Kuriera Plus, aby miast czytać poniższy tekst, obejrzeli wystawę wirtualną i posłuchali tego, co sam artysta ma do powiedzenia na temat swojego malarstwa oraz kondycji sztuki w dzisiejszym świecie.
Autor zatytułował swoją prezentację „Sztuka, sztuczki i rzemiosło”. Używam określenia „prezentacja”, bo nie jest to wystawa w tradycyjnym sensie. Nie tylko dlatego, iż jej częścią składową jest bialutka muszla klozetowa przed fortepianem oraz rower, który zgodnie z surrealistyczną zasadą „dziwi się” swojej obecności w tym miejscu.
Ludzi (wirtualnych) już jednak nic nie zdziwi, bo w obliczu pełnego szaleństwa współczesnej sztuki, kiedy praktycznie wszystko uchodzić może za dzieło artystyczne, byle tylko znalazło się w galerii i zostało nazwane (wybitnym) osiągnięciem niezwykłej, niekonwencjonalnej wyobraźni twórcy, wszystko ujdzie. Wybitnym jest Mona Lisa i koło rowerowe Marcela Duchampa; to drugie nawet wybitniejsze.
Nie ma wątpliwości, iż Drabicki dość szyderczo potraktował współczesne praktyki artystyczne, z których ostatnim najwybitniejszym osiągnięciem wprawiającym w nieopisany zachwyt krytyków był banan przyklejony srebrną taśmą (duct tape) do ściany.
Gdybym był wybitnym krytykiem, a nim niestety, nie jestem, rozwodziłbym się nad śmiałością i innowacyjną rolą polskiej (artystycznej) kiełbasy zawieszonej u sufitu Galerii „Kuriera Plus”. Choć tu zaznaczę, żeby się popisać, iż lata temu polską kiełbasę twórczo wykorzystał już Adam Niklewicz. Zrobił z niej fujarkę, a znany muzyk na tym instrumencie odegrał rzewny utwór ludowy. Muszę przyznać, że melodia kiełbasiana robiła wrażenie.
Nic dziwnego, że w tytule wystawy mamy określenie „sztuczki”. Bo dzisiaj twórcy zdolni są do wszystkiego, gotowi na wszelki nonsens, byle zwrócić na siebie uwagę i zyskać poklask znudzonych ekspertów.
Czy te ich fortele – dostojnie nazywane prowokacjami pod adresem powszechnego gustu) -mają sens? Zdrowy rozsądek burzy się przed tym, ale od czasu (a było to dość dawno), gdy autorytet w świecie sztuki, profesor i znawca Arthur Danto, podniósł do rangi największego osiągnięcia w świecie sztuki znane dzieło Andy Warhola „Brillo Box”, otworzył tamy dla napływu nieokiełznanego głupstwa w sztuce. Rozumowanie Danto, trzeba przyznać, że bardzo finezyjne, błyskotliwe, sprowadzić można do twierdzenia: jeśli dzieło Warhola wygląda dokładnie jak karton pudełka po poduszeczkach do szorowania, tedy sztuka zeszła się, pokryła, z rzeczywistością. Więcej już nic nie można w tej dziedzinie zrobić, nastąpił koniec sztuki przedstawiającej. Dalej w tym kierunku iść nie sposób.

*
Przyglądam się obrazom wirtualnej wystawy. Na wielu widać postać do złudzenia przypominającą artystę. Czyżby malarska figura i rzeczywisty Krzysztof Drabicki tak się niebezpiecznie do siebie zbliżyli, jak „Brillo Box” i brillo box ze sklepu? Koniec malarstwa, koniec Drabickiego, koniec sztuki – z innej strony?
Ale jak koniec, skoro oglądamy obrazy przedstawiające – postać boso balansującą na rozciągniętym drucie kolczastym; na innym tę samą osobę (Drabickiego?) siedzącą na krześle na rozjeździe torów kolejowych – jeszcze niepełny, jak u Magritte’a, wymaga domalowania, uzupełnienia brakującego fragmentu. A co potem? Koniec postaci na rozdrożu, koniec Drabickiego? Dopadnie go ów spodziewany pociąg?
Na innym ta sama postać widziana od tyłu dźwiga ogromny, złoty, ciężki krzyż. Idzie swoją drogą, grunt załamuje się pod ciężarem brzemienia. Złoty, cenny, wspaniały, ale jednak krzyż.
Na kolejnym bohater obrazów Drabickiego zmaga się, jak Ursus z „Quo vadis”, z bykiem; ale to zwierzę fikcyjne, jest bykiem Picassa, a nie wizerunkiem rzeczywistego zwierzęcia. Walka z gigantem malarstwa XX wieku, walka ze sztuką „nowoczesną” jest daremna, skazana na porażkę. Z tyłu tym zmaganiom przygląda się Don Kichot. Bohater przegra na pewno, co nie znaczy, że nie należy podejmować wyzwania. Osławiona duct tape cenzuruje przyrodzenie byka.
Widz obejrzy sobie wszystkie pomysłowe, inteligentne i świetnie wykonane dzieła zaprezentowane na tej ekspozycji. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na jeszcze jedno, spoza tej autobiograficznej (?) serii w błękicie – i dalszej – w tonacji brązowej. Obraz przedstawia szereg świątków walących się jak klocki domina. Dlaczego upadają? Diabełki u dołu puszczają jak latawce małe aniołki. Rzeczywistość w ręku szatana? Nie w pełni wprawdzie Zło kontroluje Dobro, wystarczająco jednak, aby waliło się jeden po drugim wszystko, co dobre, pozytywne, uświęcone.
Może i artysta żywi taki pogląd na rzeczywistość przedstawioną w tak symboliczny sposób; myślę jednak, że jest to „barokowy koncept”, swoisty artystyczny żart, gra twórcy z tradycją malarską.

*
Obrazy Drabickiego przedstawiają wyglądy rzeczy, są anegdotyczne, z przesłaniem, reprezentują sprawność warsztatową twórcy. Czyli to wszystko, co w oczach postępowych krytyków stanowi największe wykroczenie przeciwko współczesnej estetyce. Jak się kiedyś wyraził jeden ze znawców o malarstwie Andrew Weytha, jednego z najwybitniejszych twórców amerykańskich: „on po prostu nie umie malować”. Co to znaczyło? Bo człowiek na jego obrazach przypomniał wyglądem człowieka, dom – dom, trawa – trawę. Dzieła te reprezentują więc sprawność techniczną, dowodzą umiejętności oddania na płótnie wyglądu rzeczywistości. Ale to w ich oczach nie jest sztuką, bo sztuką jest banan przyklejony do ściany. Nawet szkoły artystyczne nie wymagają od kandydatów umiejętności narysowania konia, kury, stołu. Nie musisz nic umieć, rzemiosło, jak mówią, nie jest potrzebne, aby zostać (wielkim) artystą. Zgodnie z ideologią praktycznie intronizowaną przez nieudolnych czytelników Arthura Danto, sztuka zaczyna się tam, gdzie kończy się od starożytności jeszcze obowiązująca zasada „mimesis”, czyli naśladownictwa.
Twórczość Krzysztofa Drabickiego jest wszystkim, co zgodne z wielowiekową tradycją malarską i wszystkim, co sprzeczne ze współczesnym kanonem artystycznym. „Rzemiosło” w tytule wystawy ironiczny komentarz do stanu dzisiejszej sztuki i własnej twórczości.
Czesław Karkowski