Niedawne otwarcie mostu drogowego, który połączył Rosję z Krymem może uchodzić za symbol odradzania się potęgi tego kraju pod wodzą Władimira Putnia. 

 

Most nad Cieśniną Kerczeńską ma długość 19 kilometrów. Równolegle biegną nim trasy dla samochodów i tor kolejowy. Przeprawa nazywana powszechnie mostem Putina jest jedynym połączniem drogowym Rosji z Krymem, na który wcześniej trzeba było przepływać lub lecieć samolotem. Most otworzył osobiście Władimir Putin, który na tę okazję zmienił się w kierowcę ciężarówki. Prezydent Rosji w dżinsach i sportowej kurtce, w miniony wtorek, sprawnie przejechał kilkutonowym Kamazem z Rosji na Krym, gdzie gratulował budowniczym.
„Wcześniej tylko marzono o otwarciu tego mostu, dziś stało się to możliwe” – mówił m.in. rosyjski przywódca.
Przeprawa od początku była traktowana symbolicznie, rzucono też wszystkie siły, by most wybudować szybko i bez komplikacji, co rzeczywiście się udało. Otwarto go kilka miesięcy przed terminem. Jest tylko jeden, „mały” problem. Na wybudowanie mostu nie zgodziła się Ukraina, która uważa go za symbol rosyjskiej dominacji Krymu, zaanektowanego po nieuznawanym przez świat referendum w 2014 r., przeprowadzonym pod okiem rosyjskich służb specjalnych. Otwarcie mostu potępiła również Unia Europejska, która oficjalnie cały czas usilnie zabiega o przywracanie terytorialnej integralności Ukrainy. Na tych symbolicznych gestach zapewne się jednak skończy. Nikt w UE nie będzie dziś „umierał z Krym”, bo Rosja zrobiła się zbyt silna i jest Europie zbyt potrzebna.
*

 

Lata, które nastąpiły bezpośrednio po rozpadzie ZSRR w 1991 roku, były dla wielu Rosjan okresem szoku, ostrego kryzysu gospodarczego i niepokoju o przyszłość Rosji. Uosobieniem słabości kraju był ówczesny prezydent Borys Jelcyn, czasem wręcz zataczający się z powodu nadużywania alkoholu. Rosjanie czuli się poniżeni, a ich duma narodowa była upokorzona. Wszystko to zaczęło się zmieniać (oczywiście nie od razu) po dojściu do władzy Władimira Putina, który po raz pierwszy został prezydentem Rosji w 2000 roku. Putin uważający rozpad ZSRR za „największą katastrofę XX wieku” zaczął nawiązywać do mocarstwowych tradycji, nie tylko w kwestii symboli, jak np. defilady wojskowe. Zcentralizował władze w ogromnym kraju ograniczając uprawnienia gubernatorów poszczególnych obwodów, umocnił policję i ostro rozprawił się z próbującą wybić się na niepodległość Czeczenią. Niekwestionowana władza w kraju i poprawiająca się (choć powoli) sytuacja gospodarcza pozwoliły mu na coraz bardziej śmiałe poczynania na arenie międzynarodowej. Rosja z pozycji klienta świata zachodniego jakim była w początkach XXI w., państwa dopraszanego niejako na doczepkę do różnego rodzaju międzynarodowych forów, stała się krajem, o którego udział się zabiega i państwem, od którego wiele zależy. Widać to na przykład na Bliskim Wschodzie. Nie do pomyślenia jest dziś mówienie o rozwiązaniu konfliktu w Syrii bez udziału Rosji, która ma w tym kraju znacznie silniejszą pozycję niż USA.

Kiedy prezydent Barack Obama rozpoczynał negocjację z Iranem na temat programu nuklearnego tego kraju, obok światowych potęg wzięła w nich udział również Rosja. Po decyzji Donalda Trumpa o zerwaniu tego porozumienia, to właśnie Rosja uważana jest za jego czołowego gwaranta. Głos Rosji coraz bardziej liczy się w kwestii palestyńskiej, w sprawie rozbrojenia Korei Północnej i w dziesiątku innych zagadnień międzynarodowych.

Europa oficjalnie krytykuje Rosję za brak przestrzegania praw człowieka, za odchodzenie od demokracji, za agresywną politykę wobec Ukrainy, ale też, kiedy mowa o tanim gazie i ropie, na Rosję spogląda łakomie. Czy to się nam podoba, czy nie, po objęciu prezydentury przez Trumpa Rosja wzmocniła się jeszcze bardziej, nie tylko z powodu admiracji jaką prezydent USA darzy Władimira Putina. Rywale czy przeciwnicy USA, jak choćby wspomniany Iran, widzą w niej dla siebie oparcie. Oparcie coraz bardziej realne.

 

Tomasz Bagnowski