Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem.
Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję.”
J 15, 9- 14

 

Zapewne wielu z nas pamięta z Polski barwne uroczystości odpustowe. Ludowe stroje, mundury poszczególnych organizacji i grup parafialnych nie tylko dodawały kolorytu tym uroczystościom, ale mówiły o przynależności do poszczególnych organizacji. Przy ołtarzu było nie mniej kolorowo. To czego nie przykryły ornaty jednego koloru, było purpurą, fioletem, czerwienią, zlotem prałatur, kanonii i wielu innych godności, mówiąc o miejscu i przynależności osób przybranych tymi kolorami. To wszystko w kościele jest potrzebne i ma sens, pod jednym warunkiem, że nie przesłania tego co najważniejsze we wspólnocie chrystusowej, nie spycha na drugi plan najważniejszego znaku przynależności do Chrystusa. O jaki znak tutaj chodzi?

Różne są znaki przez które chrześcijanie manifestują swoją przynależność do Chrystusa. Zapewne, jednym z najważniejszych jest krzyż. Ale nie zawsze jest on klarownym znakiem naszej przynależności do wspólnoty Chrystusa. Może on nieraz być wykorzystany do własnych interesów, jak to trafnie zauważył laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury Albert Camus: „Zbyt wielu ludzi wdrapuje się teraz na krzyż tylko po to, żeby ich można było widzieć z większej odległości, nawet jeśli w tym celu trzeba trochę podeptać Tego, który znajduje się na krzyżu od tak dawna”. Zaś na stronie internetowej Aleteia. org zamieszczono interesujące świadectwo na temat krzyża: „Nie noszę go jako ozdoby, bo to nie biżuteria. Krzyżyk na mojej szyi nie jest po to, aby dobrze wyglądał, aby przyciągał wzrok. Nie noszę go, aby się bardziej podobać sobie, czy komukolwiek innemu. Nie noszę go, aby coś zamanifestować. Krzyżyk na mojej szyi nie jest manifestacją mojej wiary ani moich poglądów. Krzyżyk na szyi jeszcze nic nie znaczy. Samo zapięcie łańcuszka nie oznacza automatycznie dawania dobrego świadectwa o Tym, który na krzyżu umarł. Krzyż zdobił już wiele sztandarów, transparentów i umieszczano go na wielu godłach. Nie wszystkie wznoszono potem w dobrych celach. Już niejedna manifestacja i niejedna bitwa odbyła się pod znakiem krzyża, a nie wszystkie one miały szlachetne cel. Krzyżyk na mojej szyi równie dobrze może stać się świadectwem o Jezusie, jak i manifestacją niewiary. Zdecydują o tym moje gesty, słowa, czyny, zachowania”.

Znak krzyża staje się czytelnym znakiem przynależności do Chrystusa, gdy nasze gesty, słowa, czyny i zachowania wskazują na Chrystusa, który z miłości do nas umarł na krzyżu. Cyceron, rzymski filozof napisał: „Dwie rzeczy pozwalają nam poznać człowieka kochającego: obdarowanie osoby umiłowanej i cierpienie dla niej”. Bóg obdarował nas wieloma darami, ale jak pisze św. Piotr Chryzolog to było za mało: „Bóg uważał za niewystarczające dla Jego miłości, dlatego wynalazł sposób ukazania mu, jak bardzo go miłuje, poprzez cierpienie i śmierć, i przyjmując ludzkie ciało okazał nam w ten sposób swoją największa miłość w Chrystusie”. Na pytanie, czy konieczna była śmierć na krzyżu św. Piotr Chryzolog odpowiada: „Owszem, wystarczała wprawdzie jedna modlitwa Jezusa, byśmy zostali odkupieni, ale nie wystarczyła, aby ukazać nam miłość, jaką ten Bóg nam przynosi”.

Krzyż jest znakiem największej Miłości, a zatem jeśli ma być znakiem naszej przynależności do Chrystusa, to musi się on wyrażać miłość w naszym codziennym życiu. Możemy zatem powiedzieć, że znakiem naszej przynależności do Chrystusa, do Kościoła jest miłość. Św. Jan w swoim liście pisze: „Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. W tym samym liście pisze: „Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą”. Słowa miłości są bardzo ważne, ale za nimi muszą iść czyny. W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę czytamy: „Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej. Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości”.

 

Jeśli za słowem miłości nie idzie czyn miłości, to wtedy jesteśmy podobni do młodzieńca z poniższej anegdoty. Młody Romeo napisał piękny list miłosny do swojej wybranki serca. W podniosłych słowach wyznaje: „Droga Julio, mogę zrobić wszystko, aby udowodnić moją miłość do ciebie, mogę wspiąć się na najwyższą górę… przepłynąć siedem mórz… walczyć z najbardziej okrutnym lwem w dżungli… przemierzyć bezkresną pustynię, aby spojrzeć ci w oczy… Twój zawsze kochający Romeo”. Na końcu dopisał P.S. „Jeśli nie będzie padać, to cię odwiedzę w niedzielę”. W słowach tego młodzieńca miłość jest szaleńcza i ogromna. Deklaruje ją w dramatyczny sposób, ale gdy przychodzi ją zrealizować w zwykłych codziennych warunkach mówi: „Jeśli nie będzie padać, to cię odwiedzę w niedzielę”.
Prawdziwa miłość nie musi być krzykliwa i wyznawana w ostentacyjny sposób. Najczęściej jest cicha i dyskretna, wyrażająca się w czynie, jak w tej historii. Młoda kobieta weszła do sklepu z tkaninami i zapytała sprzedawcę, czy ma biały, szeleszczący materiał. Sprzedawca odnalazł żądaną tkaninę i w czasie krojenia jej zgodnie z żądaniem klientki, z ciekawości zapytał, dlaczego szuka ona tak hałaśliwego materiału. Młoda kobieta odpowiedziała: „Wybrałam ten materiał na suknię ślubną, bo mój narzeczony jest niewidomy. Kiedy będzie czekał na mnie w kościele, chciałabym, aby usłyszał, kiedy dojdę do ołtarza, co go uchroni przed zawstydzającym zaskoczeniem”. Podobnych przykładów dyskretnej miłości moglibyśmy znaleźć wiele w naszym życiu i są to prawdziwe perełki naszego życia, które są ważniejsze niż krzykliwe wyznania miłości, jak to miało miejsce przy drodze między Kaliszem a Nowymi Skalmierzycami, gdzie zakochany chłopak na wielkim billboardzie umieścił napis: „Kocham Cię Michał”. Jest to piękne, romantyczne, ale nie koniecznie musi przekładać się na prawdziwą miłość.

 

Każda forma miłości, jeśli jest zakotwiczona w miłości Boga nabiera stabilności i wiecznego trwania. Chrystus mówi: „Trwajcie w miłości mojej!” Trwanie w miłości Chrystusowej, to zachowanie Jego przykazań: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości”. Bardzo często miłość jest postrzegana jako jedno przykazanie wśród wielu innych. Święty Jan w czytaniach na dzisiejszą niedzielę uczy nas, że miłość to nie tylko najważniejsze, ale jedyne przykazanie, którego zachowanie jest wypełnieniem wszystkich innych bożych przykazań. Co więcej, miłość jest nie tylko przykazaniem, ale samym Bogiem: „Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością”. A zatem, jeśli nie ma w nas miłości, to nie znamy Boga, a jak Go nie znamy, to wszelkie symbole, znaki naszej wiary są puste i nie są czytelnym znakiem obecności miłującego Boga wśród nas.

 

ks. Ryszard Koper