Czy kraj, miasto, bardzo się zmieniły, da się ocenić nie tylko w kategoriach obiektywnych. Obiektywnie zarówno Warszawa/Polska jak i Nowy Jork/Ameryka zmieniły się przez ostatnie 30 lat ogromnie. Także przez ostatnie 19 miesięcy. W Polsce widać to może bardziej, gdyż nastąpiła zmiana całego systemu politycznego i gospodarczego. Poza tym startowaliśmy z niższego pułapu gospodarczego: trzeba było wszystko żmudnie wyasfaltować, otynkować, połączyć szybkimi drogami. W USA ta infrastruktura już była – jeśli już, raczej się powoli rozpada. W miastach takich jak Nowy Jork ta dynamika jest inna. Wielkie bogactwo i światowe znaczenie tego miasta powodują, że nieustannie buduje się tu nowe, spektakularne struktury. Z przyjemnością miłośnika nowoczesnej architektury temu się przyglądam. Powstaje gigantyczne osiedle Hudson Yards na zachodnim Manhattanie, rośnie drugi Manhattan przy Queens Plaza i trzeci w centrum Brooklynu. Kolejne inwestycje mają miejsce przy nabrzeżach Brooklyn Heights, Williamsburga, Greenpointu i Long Island City. Imponuje skala tych projektów, czy jednak porażają pięknem? Z tym różnie bywa. Zabudowa wokół Queens Plaza, choć imponuje skalą, nie ma w sobie nawet krzty koncepcji. Firmy deweloperskie kupują działki, wyburzają rudery i stawiają w ich miejsce tak wysokie pały apartamentowców i biurowców, jak się tylko da. Ale już Hudson Yards oraz parki wzdłuż East River na Brooklynie i Queensie odznaczają się nie tylko rozmachem ale i pięknem koncepcji, tak jak kiedyś Park Centralny czy Prospect Park. W ogóle wydaje się, że najlepiej ma się tu architektura terenów zielonych.

Także w Warszawie widzi się nowe inwestycje, lecz ich skala jest mniejsza. Zamiast rozmachu, którym odznacza się tutaj – czy to nam się podoba czy nie – tylko Pałac Kultury i Nauki, jest troska o detal, estetykę nowo budowanych domów, nowoczesny, modny wystrój wnętrz. W Nowym Jorku, jak zawsze, widać pośpiech, oszczędzanie i bylejakość, zwłaszcza gdy mówimy o małych domach i prywatnych lokalikach. Na Greenpoincie stawia się dużo nowych domów-plomb, pomiędzy starą zabudową. Ukończone wyglądają jak mniejsze kopie wieżowców na Manhattanie. Duże okna, proste fasady, nowoczesna dekoracja lobby sugerują wyrafinowanie i luksus. Gdyby nabywca obserwował budowę, może byłby rozczarowany, nie uległ czarowi pośredników i nie wydał milion a na mieszkanko w domu z cienkimi ścianami z pustaków i ściankami działowymi z gipsowych płyt.

Ale tak tu zawsze było. Zawsze był pośpiech, bylejakość, pazerność. Klejnoty architektury powstawały na dole Manhattanu, niekoniecznie jednak na Queensie i Staten Island.
Piszę o uderzających zmianach w Nowym Jorku, z których wymieniłem tylko niektóre. Bo przecież jest jeszcze nowy kompleks uniwersytecki na Roosevelt Island, kolejne pałki niebotycznych wieżowców przy południowej flance Parku Centralnego czy koło World Trade Center. Rozwija się najbardziej malownicza i przyjemna komunikacja publiczna na świecie – promy w cenie normalnego biletu metra. Koło mojego dawnego budynku uruchomiono już drugi przystanek promowy. Ludzie czekają podekscytowani w kolejce na przejażdżkę – choć przecież za chwilę znajdą się w nielubianym biurze.

Tyle się w Ameryce zmienia – i tyle zarazem pozostaje bez zmian. To paradoks tego kraju, który buduje odrzutowce ale i autobusy z nitowanym poszyciem oraz ciężarówki pocztowe i autobusy szkolne o technologicznym zaawansowaniu furmanki. W Polsce zmieniło się wszystko: sposób płatności w sklepach, bilety miesięczne w autobusach, zamawianie towarów przez Internet lub aplikację telefoniczną. Także w Stanach te technologie są używane, zarazem jednak istnieją starsze warstwy, których nikt nie usuwa bo po co, skoro komuś służą, ciągle działają, są tradycyjnie przyjęte.

Gdy w pośpiechu kupuję na dworcu bilet na autobus na lotnisko, ignoruję opcje wcześniejszego zakupu online, płatności kartą itd. i od razu wręczam kolesiowi banknot 20-dolarowy. W niektórych sklepikach i barach widzę napis: „Minimalny zakup przy płatności kartą kredytową – $10”. Z drugiej strony, zawsze tu mają wydać resztę, gdy płacę gotówką.

Z lotniska jadę rozklekotaną taksówką z szybą oddzielającą mnie od bojącego się o życie kierowcy. Ląduję w mieszkaniu przyjaciela na Williamsburgu, wyglądającym tak samo, jak 30 lat temu. Carpety na podłodze, na półkach, jak w muzeum techniki, odtwarzacz i płyty DVD (o których młodzież w Polsce nawet nie słyszała), a nawet magnetowid. Dom jest z drewna; skrzypi lekko podczas wietrznych dni a rury wydają dziwne dźwięki. Drzwi wejściowe otwiera się jednym kluczykiem. W takich warunkach mieszkałem 30 lat temu ja i inni imigranci. Przez kolejne lata zarzynaliśmy się, żeby odłożyć, dorobić się, zbudować nowy dom w Polsce, kupić luksusowy apartament. Tymczasem w Ameryce, jak ktoś chce, może żyć jakby czas się zatrzymał.

Zapaszek starej wykładziny, soki Tropicana i serek Philadelphia w lodówce, Budweiser do buffalo wings i folk rocka w starym barze.

Młodzi amerykańscy profesjonaliści wynajmują przeszklone apartamenty, żyją w wirtualnym świecie smartfonów i tabletów, jeżdżą rowerami i teslami, jedzą organiczne sushi z Whole Foods. Ich starsi ziomkowie, niezakłopotani tą inwazją technologii i nowego stylu życia, słuchają tych samych stacji radiowych z audycjami prowadzonymi na żywo przez obdarzonego ciepłym barytonem dziennikarza. Który, dam za to głowę, jest ubrany w dżinsy i flanelową koszulę. Nadal oglądają w telewizji dzienniki, seriale i stare, rozbrajająco naiwne, filmy. Do nich są kierowane, tanio zrobione, reklamy sprzedawców samochodów i adwokatów od wypadków. Dla młodych, wiecznie spiętych ludzi sukcesu są drogie kawiarnie z dostępem do Internetu i subtelna reklama podprogowa. Dla starszych – albo tych, którzy do życia podchodzą inaczej – są dinery z tradycyjnym, sycącym śniadaniem i bezpłatnymi dolewkami kawy od znanej z imienia, tej samej od lat, kelnerki.
W nowojorskim chaosie nieustannych, nieprzemyślanych zmian, ludzkich wędrówek, nietrwałych biznesów i karier, odnajduję więcej stałości, punktów zaczepienia i tradycji, niż w Polsce.

 

Jan Latus