Międzynarodowy Dzień Tańca, przypadający 29 kwietnia, przeszedł bez echa w polskich i polonijnych mediach. Rzadko kiedy widzą one i doceniają tę gałąź sztuki. Wielcy tancerze i choreografowie też nieczęsto goszczą na łamach gazet i magazynów oraz w programach telewizyjnych i radiowych. Wiedza o nich jest niewielka, nawet o tych najsławniejszych. Szybko popadają w zapomnienie. Taniec sceniczny okazuje się sztuką jeszcze bardziej elitarną niż teatr i opera. Mnie ona fascynuje od dzieciństwa. Może dlatego, że moja mama świetnie tańczyła i lubiła, zarówno balet klasyczny, jak i taniec musicalowy i współczesny. Podziwiała taneczne gwiazdy sceny i filmu. Ceniła wysoko m.in. Barbarę Bittnerównę, Danutę Kwapiszewską, Olgę Sawicką, Krystynę Mazurównę, Leona Wójcikowskiego, Witolda Grucę, Stanisława Szymańskiego, Gerarda Wilka. Razem kibicowaliśmy Ryszardowi Teperkowi, nauczycielowi gimnastyki i tańca w świderskiej podstawówce, który brał udział w krajowych i międzynardowych turniejach tańca towarzyskiego i parokrotnie zdawał do „Mazowsza”. Niestety bez powodzenia, choć naprawdę świetnie tańczył i miał znakomite warunki zewnętrzne. Może słabo śpiewał, jako że w tym zespole trzeba jednocześnie tańczyć i śpiewać? Nauczycielem był świetnym, uczył nie tylko skomplikowanych ewolucji gimnastycznych i tanecznych, ale także dobrych manier w odniesieniu do partnerki w tańcu oraz do dziewcząt w ogóle i do osób starszych. Bardzo go lubiłem. A on lubił moją mamę. Kiedy po latach, już jako student, widywałem go w Filharmonii Narodowej na koncertach, zawsze o nią pytał. Jakoś nigdy nie zdobyłem się, żeby mu powiedzieć, że mama już od dawna nie żyje.

 

$

 

O wspomnianej Danucie Kwapiszewskiej warto by napisać książkę. Była wybitną tancerką i piękną kobietą, ale kiedy stała się inwalidką, pochłonęła ją rzeźba z bardzo ciekawym rezultatem. Podkreślam – bardzo ciekawym!

 

$

 

Taniec był i pozostał dla mnie tajemnicą. Jest niezgłębioną potrzebą człowieka od zarania dziejów. O dziwo istotną. Jedne z najstarszych zachowanych rysunków pokazują roztańczone sylwetki ludzi. Z każdej epoki zachowały się obrazy i rzeźby pokazujące taneczników, już to na scenie, już to na otwartej przestrzeni, już to w miejscach zabaw. Taniec jako temat bywał męką największych nawet pisarzy, bo chyba jest on nie do opisania. Bywał też tematem refleksji sławnych filozofów. Fryderyk Nietzsche napisał wprost – „Uwierzę tylko w takiego boga, który umie tańczyć”.

 

$

 

Mój Dzień Tańca upłynął na czytaniu gorącej jeszcze i pachnącej książki Zofii Czechlewskiej „Historia tańca”. Co za wspaniały prezent na to święto! Jest to obowiązkowa lektura nawet dla tych, którzy mają drewniane ucho i których nogi nie niosą same w pląs. Autorka w sposób bardzo przystępny pisze, nie tylko o tańcu klasycznym, historii baletu i polskich formach tanecznych w XIX wieku, ale także o tańcu towarzyskim, wyzwolonym, nowoczesnym i najnowszym. Prezentuje sylwetki tuzów takich, jak Michaił Fokin, Siergiej Diagilew, George Balanchine, Maurice Bejart i moja ukochana Pina Bausch. Przypomina najsławniejszych tancerzy, choreografów, nauczycieli i teoretyków ruchu. Pisząc o tańcu nowoczesnym, Zofia Czechlewska nie pomija form, które upowszechniły się w kulturze masowej, takich choćby jak house dance, disco dance, afro dance, funky, hip-hop, czy breakdance. Taniec towarzyski ujęty jest przekrojowo od tanecznych łańcuchów w Średniowieczu do salsy i dzisiejszych dyskotekowych wygibasów. Po drodze mamy, rzecz jasna, walce, tanga, bolera, fokstroty, cha-che, rumby, samby i rock and rolle. Przekrojowo prezentowane są również nowe nurty w tańcu XX i XXI wieku. W tym rozdziale zostały też omówione polskie instytucje tańca w rzucie historycznym i obecnym. Jest w nim także spojrzenie na egzotykę taneczną w różnych częściach świata. Swoistym zwieńczeniem jest podręczny mini-słowniczek porządkujący pojęcia związane z tańcem. Książka jest podstawowym kompendium wiedzy i zarazem zachętą do zainteresowania się tańcem jako sztuką i jako zjawiskiem samym w sobie. Zachętą miłą oku, dzięki trafnie dobranym ilustracjom. Reprodukcje dzieł wielkich malarzy i rzeźbiarzy sąsiadują w niej ze zdjęciami z najnowszych wydarzeń i razem z tekstem, oraz cytatami tworzą album atrakcyjny wizualnie. Ze zrozumieniem narracji nie będzie miał kłopotów nawet czytelnik bardzo oddalony od sztuki. I kto wie, czy po lekturze „Historii tańca” nie sięgnie po następną książkę z tej dziedziny. Niebagatelne znaczenie w powstaniu dzieła Zofii Czechlewskiej miała jej osobista pasja i wieloletnie doświadczenie taneczne, choreograficzne i organizacyjne. Przypomnę, że była znakomitą solistką baletu zespołu „Śląsk”, podobnie jak i jej mąż Jan Czechlewski, który tymże baletem kierował przez siedem sezonów. Obecnie jest ona choreografem Zespołu Pieśni i Tańca „Katowice”, nauczając jednocześnie tańca ludowego i charakterystycznego w Szkole Baletowej w Bytomiu. Ponadto, przy wsparciu męża, przygotowuje autorskie układy muzyczno-baletowe i prowadzi warsztaty taneczne w Polsce i za granicą.

 

$

 

Szczęśliwy los chciał, że połączyły mnie z Zosią i Janem Czechlewskimi serdeczne więzy za sprawą zaprzyjaźnionego ze mną ich syna – Adama Czechlewskiego, który jest obecnie wybitnym tancerzem-solistą zespołu „Mazowsze”. Po rodzicach odziedziczył talent, inteligencję, urodę, wdzięk sceniczny i urok osobisty. Odziedziczył też po nich potrzebę ciągłego doskonalenia się. Nie mogąc podziwiać osobiście wszystkich występów Zosi i Janka ani jeździć z „Mazowszem” po świecie, muszę zadowalać się różnymi rejestracjami filmowymi. Na szczęście utrwalają one dokonania sceniczne całej trójki. A te są doprawdy niezwykłe. I chce się je oglądać raz po raz.

 

$

 

Święty Augustyn – „Człowieku, naucz się tańczyć, bo inaczej aniołowie w niebie nie będą wiedzieć, co z tobą zrobić!”.

 

$

 

Nie wiem, kto to powiedział, ale bardzo podoba mi się wyznanie – „Pytasz po co tańczę? To jakbyś pytał, po co oddycham”. Podoba mi się również stwierdzenie, iż taniec wyzwala duszę człowieka”. Moją na pewno.

 

$

 

Wiedziałem, że uśmiech rodzi uśmiech, zwłaszcza tu w Nowym Jorku. O tym, że uśmiech sfotografowany także może rodzić uśmiech, przekonałem się patrząc na fotografie Marka Rygielskiego prezentowane w A. R. Gallery na nowojorskim Greenpoincie. Uśmiechnąłem się do nich nie raz i nie dwa. Okazuje się, że naszemu redakcyjnemu artyście-grafikowi wychodzą dobrze, nie tylko fotograficzne portrety Manhattanu, ale także portrety uśmiechniętych nowojorczanek. Kto by się tego spodziewał po tym skrytym człowieku, który sam tak rzadko się uśmiecha? Nawet do siebie. Może uległ wpływowi Jagody Przybylak, nestorki polskiej fotografiki, która w tejże Galerii miała inspirującą wystawę pod hasłem „Uśmiech w kapeluszu”.

 

$

 

I znów pełnia księżyca. I jak zawsze wydaje mi się, że powinienem dokonać podczas niej czegoś wielkiego. Tymczasem muszę przysiąść fałdów i przygotować się do kolejnego wykładu o polskich poetkach i pisarkach.

 

Andrzej Józef Dąbrowski