Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was trwać będę. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, o ile nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poprosicie, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami” 
        (15,1-8).
Jakość wina zależy przede wszystkim od winogron, z których zostało wyprodukowane. Zaś o jakości winogron decyduje gleba, warunki klimatyczne, nasłonecznienie. Oczywiście, nie można zapomnieć o dojrzewaniu wina. Wina francuskie i włoskie mają już swoją renomę. Mniej znane, ale nie mniej dobre jest wino produkowane w miejscowości Lincoln w Wielkiej Brytanii. Podania mówią, że ponad dwa tysiące lat temu rzymscy osadnicy, którzy przybyli do Wielkiej Brytanii przywieźli ze sobą sadzonki winogron. Założyli winnice i zaczęli produkować wino. I tak jest do tej pory. Uszlachetniane winne krzewy nadal wydają owoce.
Mniej więcej, w czasie zakładania tych winnic Chrystus mówił o sobie, że jest winnym krzewem, a my latoroślami, które dzięki zakotwiczeniu w winnym krzewie mogą owocować. Jest to historia, która wydarzyła się kiedyś, ale ciągle trwa, żyje i owocuje. Już od dwóch tysięcy lat Chrystus jest źródłem mocy, życia i zbawienie dla tych którzy w nim trwają.
Dla pełniejszego zrozumienia przypowieści o winnym krzewie i latoroślach trzeba wziąć pod uwagę kontekst czasowy jej powstania. Jezus opowiedział ją w niedługim czasie przed swoją męką, może po spożyciu ostatniej wieczerzy, a może w drodze do Ogrodu Getsemanii.
Zapadła noc, która stawała się symbolem nocy duchowej. Chrystus wiedział o czekającej Go męce, zaś apostołowie przeczuwali ją. Ta noc była zwiastunem końca pięknej odysei apostołów przy boku Chrystusa. Będzie to noc, kiedy apostołowie rozproszą się, a ich przywódca Piotr wyprze się swego Mistrza. W tym kontekście Chrystus mówi o jedności i trwaniu w Nim, które uratuje piękno przeżyć i nadzieję jaką pokładali w Mesjaszu. Czas rozstania był najodpowiedniejszym momentem, aby o tym mówić. W nadchodzących godzinach apostołowie doświadczą swojej słabości, ale w ich sercach będzie brzmieć przypowieść o winnym krzewie. O tym, że ich ocalenie jest w ścisłej łączności z Chrystusem. Gdy będą trwać w Nim, jak latorośle w winnym krzewie, to nie tylko przetrwają, ale wydadzą owoc obfity.
Szukajmy dalej analogii między winnym krzewom a naszym trwaniem w Chrystusie. Winny krzew do wydania obfitego owocu potrzebuje bogatej, zasobnej gleby i wiele słońca. Chrystus jest źródłem nieogarnionego bogactwa duchowego, jest także potężnym światłem, którego jasność sięga granic wieczności. On mówił o sobie: „Ja jestem światłością świata”. Kto w Nim trwa, nigdy pragnąć nie będzie i nigdy nie ogarnie go bezgraniczna ciemność. Chrystus jest winnym krzewem a my latoroślami, jednorocznymi pędami, które mogą owocować dzięki trwaniu w winnym krzewie, z którego czerpią życiodajne soki. Winny krzew winien być przycinany, aby mógł wydać dorodne, dobre owoce. Używając przenośni ludzkich odczuć możemy powiedzieć, że jest to czynność bolesna, ale ten ból cieszy później dorodnym owocem.
Trwanie w Chrystusie wymaga nieraz  wyrzeczeń, które są konieczne do wydania jeszcze doskonalszego owocu. Chrystus wyraził tę prawdę w słowach: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną nie jest mnie godzien”. Trafnie to ujmuje John V. Cheney: „Dusza nie znałaby tęczy, gdyby oczy nie znały łez”.
James Dobson w książce pt. „When God doesn’t make sens” przytacza przepiękną, autentyczną opowieść o trwaniu w Chrystusie-winnym krzewie. Oto jej treść: „John był oddanym i pokornym pastorem protestanckim w niewielkim mieście. Przekroczył już sześćdziesiąty rok życia. Przez całe dorosłe życia pełnił posługę duszpasterską. Jego głęboka miłość do Chrystusa emanowała ze wszystkiego, co czynił i co mówił. Pewnego razu, w czasie wizyty u lekarza, on i jego żona usłyszeli diagnozę, że pozostało mu tylko kilka miesięcy życia. Słysząc to nie popadli w panikę, tylko ze spokojem poprosili lekarza o szczegółowe informacje. Kiedy lekarz wyjaśnił im na czym będzie polegać leczenie i czego mogą się spodziewać, bardzo grzecznie podziękowali mu za troskę i odeszli. Następnie wsiedli do swego starego samochodu, gdzie w skupieniu, z pochylonymi głowami powierzyli Bogu, kolejny raz całe swoje życie i czekające ich przejścia związane z chorobą.
W mijających miesiącach pastor zachowywał wielką pogodę ducha i spokój. Nigdy nie mówił o swojej chorobie. Głęboko wierzył, że całe jego życie jest w rękach dobrego Boga. I tej wiary nic nie mogło zburzyć czy zachwiać. Wzruszająca była jego ostatnia posługa w kościele. W porannym kazaniu powiedział otwarcie o zbliżającej się śmierci. Nigdy nie zapomnę jego ostatnich słów, które głęboko zapadły do mojego serca. To były moje najlepsze rekolekcje. Mówił on: ‘Niektórzy z was pytali mnie, czy nie mam żalu do Boga, że dotknął mnie taką chorobą. Muszę powiedzieć uczciwie, że w moim sercu nie było niczego poza miłością do Boga. On nie uczynił tego dla mnie. Żyjemy w grzesznym świecie, gdzie choroba, śmierć są przekleństwem, które człowiek ściągnął sam na siebie. Idę do lepszego miejsca, gdzie nie będzie więcej już łez, cierpienia, bólu serca. Dlatego nie współczujcie mi. Ponadto nasz Pan cierpiał i umarł za nasze grzechy. Dlaczego ja nie miałbym mieć udziału w Jego cierpieniu?” Następnie, załamującym się głosem zaczął śpiewać. Płakałem, słuchając, jak śpiewał o swojej miłości do Jezusa. Jego głos brzmiał słabo, na twarzy widać było piętno choroby. Ale jego świadectwo wiary brzmiało tak mocno jak nigdy dotąd. Poranne kazanie było ostatnim jego słowem jakie słyszałem. Kilka dni później odszedł do wieczności, gdzie spotkał Pana, któremu całe życie służył. Ten bezimienny pastor i jego żona mają szczególne miejsce wśród moich duchowych bohaterów”.
Przez chrzest święty zostaliśmy wszczepieni w Chrystusa i aby wydać zbawienny owoc musimy w Nim trwać, jak latorośle w winnym krzewie. W Nim jest źródło naszej mocy. Tak jak młode pąki, aby przemieniły się w piękny kwiat, a później wydały owoc muszą mocno tkwić w drzewie, tak my musimy mocno zakotwiczyć się w Chrystusie, aby zakwitnąć pełnią człowieczeństwa i wydać owoc wieczności. Jezus ciągle przypomina nam i zachęca do ścisłej jedności z Nim. Dokonuje się to przez modlitwę, życie sakramentalne i zachowanie Jego przykazań. Mówi o tym św. Jan Apostoł: „Przykazanie zaś Jego jest takie, abyście wierzyli w imię Jezusa Chrystusa, Jego Syna i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał. Kto wypełnia Jego przykazania, trwa w Bogu, a Bóg w nim; a to, że trwa On w nas, poznajemy po Duchu, którego nam dał”. Tym co najmocniej wszczepia nas w Chrystusa jest miłość do Niego i miłość między nami. Ta miłość wyraża się nie tyle w słowie, co w czynie, który jest wypełnieniem bożych przykazań.
ks. Ryszard Koper