Znowo siedzę w kawiarni pisząc felieton. Z głośników lecą Dylan i Cohen, barista z dziwnymi tatuażami obsługuje syczącą maszynę do cappuccino. Przy stolikach zasiadają młodzi ludzie przyklejeni do laptopów firmy Apple i do iPhonów.

 

Nie siedzę jednak przy ulicy Odyńca na warszawskim Mokotowie lecz przy Bedford Avenue w mojej ulubionej dzielnicy Nowego Jorku, Williamsburgu. Hipsterzy i ich subkultura kawiarniana wygląda dziś podobnie na całym świecie, pamiętajmy jednak, że Amerykanie byli pierwsi i kto wie, czy to Williamsburg nie był zaczynem, miejscem urodzenia tej światowej zarazy uroczego pozerstwa i rozbrajającej bezmyślności.
Ale ja czuję się wśród nich świetnie, jak w domu. Bo jestem w domu. W Ameryce, już od kilku dni. I jestem szczęśliwy w każdej spędzanej tu chwili.

Już jazda taksówką z lotniska JFK była rozczulająca: kierowca proszący o przeliterowanie Bedford Avenue, a potem zatopiony w rozmowie przez słuchawkę z rodziną gdzieś w Indiach. Wysiadam wreszcie przy Bedford i North 9 Street, w samym oku cyklonu, w sercu nocnego życia Nowego Jorku. I smyczę się od baru do baru, witam z barmanami jak z rodziną. W ciągle czynnej – choć jest środek nocy – pizzerii kupuję od zawsze wesołego Latynosa slice ociekający ciągnącym się serem, sosem pomidorowym i tłuszczem z pepperoni. Dobry podkład do picia!

Jedzenie w Polsce jest generalnie smaczne, pewne produkty w zwykłych sklepach: pieczywo, wędliny, pewnie lepsze niż w Stanach. Ale i tu mają przecież swoje specjalności. W irlandzkim barze MacKenna’s na Manhattanie do piwa Samuel Adams zamawiam za siedem dolarów gigantycznego hamburgera z frytkami. Innym rozem wchodzę do jednej z setek chińskich restauracji. Szorstka w obejściu kelnerka podaje mi niedrogi lunch special: zupkę wonton, pikantny beef Sichuan, a na koniec oczywiście fortune cookie faszerowane złotą myślą, której sensu nikt nie rozumie. Jedząc lunch mam na widoku chińską rodzinę, która pracowicie coś tam szatkuje, obiera, preparuje.

Mieszkam kątem u absolutnego luzaka, w ogóle wokół siebie mam na ulicy i w lokalach ludzi sprawiających wrażenie, jakby mieli wszystko gdzieś. Dobrze na mnie wpływa takie otoczenie. Z natury jestem człowiekiem zorganizowanym, przesadnie kontolującym i planującym swoje życie, więc i zamartwiającym się o przyszłość. Mieszkanie w Polsce bynajmniej nie leczy mnie z moich fobii i ograniczeń. Przecież tam wszyscy, z zafrasowanymi twarzami, zamartwiają się o przyszłość: swoją, rodziny, kraju, świata. I z równie poważną miną wracają do przeszłości, rozpamiętując cudze winy, demaskując zdrady, rozkładając narodową historię na małe kawałki, by z nich układać historię nową, lepszą, bardziej patriotyczną.

Ěle tam wpłwa na mnie agresywny, nienawistny ton dyskursów politycznych w telewizji, Internecie, w rozmowch ze znajomymi.

W Stanach społeczeństwo też jest ponoć podzielone, a dyskusje polityczne bardziej kategoryczne i nieprzyjemne, niż to kiedyś bywało. Takie opinie wszędzie słyszę, coś w tym musi więc być. Niemniej, staram się to od siebie odsuwać. Nie mój kraj to jednak, więc nie mój problem. A poza na pewno ci Amerykanie przesadzają! Nie wiedzą przecież co to znaczy mieszkać w jakimś kraju w którym co kilka lat zmienia się nazwy ulic, a politycznych rywali zabiera się z domów na rozmowę o szóstej rano, w kajdankach.
Przy pierwszym spotkaniu z nowojorskimi Polakami (nie da się od Polonii uciec) miałem już zwiastun problemu: duża ich część widzi sprawy w Polsce jako coś w stu procentach odwrotnego, niż widzę ja. Na razie ucinam rozmowy w zarodku, zmieniam temat, uciekam do ubikacji. Może uda mi się tak pociągnąć przez dwa tygodnie pobytu?

Myślę, że czytelnik w tym momencie wie, czy mi się Ameryka po niemal dwóch latach przerwy podoba. A jak pisałem, mogło być różnie. Porównywałem wizytę w USA z niegdysiejszymi wyjazdami, po latach przerwy, do Polski. Wielkie oczekiwania, zarazem obawy: jak spojrzymy na dawne miejsce zamieszkania dzisiaj? Czy Polska nadal będzie robiła dobre wrażenie, będzie imponowała, zachwycała pięknem, obdarzała przyjaźnią, uśmiechem i sympatią?

Jak każdy z nas, odwiedzając Polskę miewałem zróżnicowane reakcje. Czasem wracałem zachwycony, już przymierzając się do powrotu i żałując lat zmarnowanych na życie w Ameryce. Innym razem miałem wrażenie, że Polska stała się obcym krajem, że się od niej odzwyczaiłem, a z dawnymi przyjaciółmi już nie mam dobrego kontaktu. Że się zmieniłem, z Polski wyrosłem. Z biegiem lat takie wrażenia się potęgowały.

Czy wyrosłem z Nowego Jorku? Ale jak można wyrosnąć z Nowego Jorku, skoro to jedno z najciekawszych miast na świecie? Czyż wobec tego razi mnie teraz hałas, brud, chaos zabudowy? Słyszę takie opinie ludzi, którzy po latach w Polsce tylko wzruszają ramionami na Nowy Jork.

Jestem tu raptem kilka dni i może stonują niedługo mój pierwotny entuzjazm, bo ktoś napadnie mnie na ulicy albo zatruję się rybą w restauracji. Na razie jednak nic na to nie wskazuje. A przede mną niekończąca się lista egzotycznych potraw i spotkań z ciężko pracującymi, niemniej uśmiechniętymi i dzielnymi ludźmi.

Brakowało mi tego miasta, tych ludzi. Nawet jeśli nie będę w stanie na nowo w Nowym Jorku zamieszkać – bo po prostu nie będzie mnie na to stać – będę tu często wracał. Jak do domu.

 

Jan Latus