To, że omawiam obraz Paula Klee jako pierwsze w tym cyklu spośród dzieł współczesnego malarstwa, nie oznacza bynajmniej, iż z ostatniego stulecia najwyżej cenię ten właśnie wizerunek, albo że przedkładam szwajcarskiego artystę nad innych. Lubię i poważam dokonania wielu współczesnych twórców, bardzo wielu malarzy podziwiam. Na pewno cenię nawet wyżej. Dlaczego więc ten? Jak w życiu: przypadek.

 

Wystarczy na obraz zatytułowany „Dookoła ryby” spojrzeć, aby odczuć zawarty w nim humor, dowcip, żart artysty. Nie tylko w tym dziele. Paul Klee malował obrazy przesiąknięte dobrotliwą, groteskową zabawą. Jego „Maszyna do świergotania” samym tytułem śmieszy, nie mówiąc o wykonaniu.

Jakie elementy dzieła sygnalizują nam zabawową intencję artysty? Trudno powiedzieć – wyraz rybiego pyska? Niewiele mówiące, ale jednak jakoś łagodnie lekkie w nastroju, kolorowe elementy wokół talerza? Zestawienie barwnych plam? Zapewne wszystko razem wzięte.

Co artysta przedstawił? Rybę na talerzu namalowaną już zgodnie z kubistyczną tradycją przedstawiania podług wiedzy, a nie wyglądu. Ma ona dwoje oczu po jednej stronie. Zgodnie też z zasadą współczesnego malarstwa, którego zadaniem nie jest przedstawienie wyglądu rzeczy (tę rolę opanowała fotografia wiernie odzwierciedlająca rzeczywistość), ale stworzenie pewnej kompozycji plastycznej, artysta buduje określoną scenę jako całość. Nie naśladowanie, niewolnictwo wobec zewnętrznego świata, ale śmiała kreacja artystycznego przedmiotu. Twórcy radykalni w ogóle zrywają z jakimkolwiek pokrewieństwem z rzeczywistością (np. abstrakcjoniści). Inni, nie tak kategoryczni, zachowują mniej lub bardziej odległy związek tego, co malują, z przedmiotami i sytuacjami znanymi z doświadczenia.

 

Co więc namalował Klee? Może zodiak? Ryby. Na półmisku leżą dwie ryby przecież. Ogon a obok głowa, jak w graficznym przedstawieniu symbolu sprzeczności, ruchu w przeciwnych kierunkach równocześnie. Wokół talerza niezrozumiałe znaki, jakieś maźnięcia, hieroglify, jakby figury geometryczne. Nie musimy spodziewać się konkretnych przedstawień, wystarczy umowność artystycznej kreacji – swoistego twórczego przetworzenia wizerunków, jakie robiono setkami wcześniej. Odbiorca wypełni te znaki treścią: Baran, Byk, Bliźnięta…

Paul Klee pochodził ze Szwajcarii, kraju sera, banków i zegarków. W wychowaniu każdego Szwajcara zapewne obsesyjnie powtarza się motyw zegara i dlatego w 1926 roku, kiedy Klee już mieszkał i pracował w Niemczech, nawiązał do rodzimej tradycji. Może to zegar, cyferblat ze wskazówkami w kształcie ryby. Dlaczego ryby? A dlaczego nie? Jeśli można w tysiącach egzemplarzy produkować zegary z kukułką, to – sugeruje artysta – należy pomyśleć o zegarze z rybą. Po co? Wskazuje czas, a nie hałasuje co godzinę.

Artysta zasugerował zegar „ogólny”, nie proponując konkretnych rozwiązań. Te należą do odpowiednich rzemieślników wykonawców. Paul Klee tylko podsuwa propozycję.
Oraz nosi tytuł „Dookoła ryby”. Wokół tacy z piątkowym posiłkiem zebrali się biesiadnicy, symbolizowani umownymi znakami. Ponieważ nie mamy pojęcia, co mają one przedstawiać, więc każda interpretacja jest dopuszczalna. Dużo chętnych, może głodnych, do jednej ryby. Będzie niezmiernie postny obiad. Biesiadnicy zjedzą wszystko, razem z gałązkami pietruszki.

Albo może jeszcze inaczej: ryba od wieków stanowiła symbol chrześcijaństwa, a Paul Klee uchodził wśród współczesnych za artystę obdarzonego bardzo religijną naturą, był widziany jako zgoła mistyk. „Dookoła ryby”, czyli dookoła chrześcijaństwa. Wszystko się kręci wokół tego wyznania, ono znajduje się w centrum wszelkich przedsięwzięć – artystycznych, intelektualnych, cywilizacyjnych.

Może bardziej przypadnie komuś do gustu pokrewna interpretacja. Zauważmy, iż malarska kompozycja została przedstawiona na czarnym tle. To kosmos, rozmaite konstelacje wszechświata sytuują się nieopodal pewnego centrum uniwersum, krążą wokół jednego ośrodka ciążenia, tutaj przedstawionego pod postacią ryby. Istotą wszechświata jest jedzenie? Religia? Bóg? Czas?

Być może wreszcie, co najprawdopodobniejsze, obraz współczesnego malarza nie odsyła do żadnych głębokich sensów; innymi słowy – nie oznacza niczego poza tym, co przedstawia: rybę na półmisku, wokół niej – krzyż i półksiężyc, wykrzyknik, czerwoną chorągiewkę, strzałę, głowę, itp. Obraz stanowi pewną graficzno-kolorystyczną kompozycję obiektów dobranych przez twórcę według jego uznania: żeby było ładniej, ciekawiej, niezwykłej. Nie znaczą nic ponadto, że znalazły się obok siebie na płaszczyźnie malarskiej.

Zauważmy, iż zaproponowałem powyżej sześć odmiennych interpretacji dzieła Paula Klee. Która jest trafna? Wszystkie i żadna. Zachęcam czytelników do dodania własnych propozycji. Na tym polega aktywne percepcja dzieła.

 

Sztuka współczesna nie jest więc czasem upadku artyzmu. Przeciwnie, poszerza znacznie granice malarstwa (rzeźby), możliwości jego odbioru, rozwija wyobraźnię, kształci gust. Dawny obraz, „niewolnik” rzeczywistości, nie dawał artyście, ani widzowi, zbyt dużego pola manewru. Uwolnienie się od przymusu wyglądu rzeczy, co nastąpiło mniej więcej z tzw. post-impresjonizmem, czyli jeszcze pod koniec XIX wieku, pozwoliło twórcom na swobodniejszą grę wyobraźni, śmielsze przedstawienia, skoro nie muszą one (ściśle) przylegać do rzeczywistości; na zasugerowanie zestawień form, kształtów i kolorów, na co dawniej „nie pozwalały” wyglądy rzeczy; przykładowo: fioletowy koń mógł się pojawić dopiero na obrazach nowych czasów, dawniej przedstawienie takie byłoby wykluczone.
Jeżeli więc sztuka współczesna jest estetycznie tak interesująca, co sam przyznaję, to dlaczego tak na nią narzekam, jak na czasy upadku, degrengolady artystycznej?
Była i jest wielką, odważną wyprawą w nowe światy wyobraźni, smaku, twórczości. Ale zarazem szeroko otworzyła drzwi dla wszelkiej miernoty artystycznej. Dawniej „technika” szeregowała artystów podług umiejętności: ten lepiej malował konia, tamten – gorzej, a ów – nieudolnie. Dziś, skoro jak głoszą nawet szkoły artystyczne, technika nie jest potrzebna, każdy, kto postawi zieloną kostkę na czerwonej kartce uchodzić może za wybitnego twórcę. I, niestety, często się tak dzieje.

Jak więc odróżnić wielkie dzieło „Czarny kwadrat na białym tle” Kazimierza Malewicza od bohomazu? To osobna historia.

 

Czesław Karkowski