A pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. Pobiegła więc i przybyła do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i rzekła do nich: „Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono”. Wyszedł więc Piotr i ów drugi uczeń i szli do grobu. Biegli obydwaj razem, lecz ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i przybył pierwszy do grobu. A kiedy się nachylił, zobaczył leżące płótna, jednakże nie wszedł do środka. Nadszedł także potem Szymon Piotr, idący za nim. Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą w jednym miejscu. Wszedł wtedy do wnętrza także ów drugi uczeń, który przybył pierwszy do grobu. Ujrzał i uwierzył.
J 20, 1-9
Jedna z babć uwielbiała swojego najstarszego wnuka Marka. Był dobrym, młodym człowiekiem. Przystojny, przyjacielski, uprzejmy, bardziej dojrzały niż jego rówieśnicy. Był także znakomitym sportowcem, a w szkole prymusem. Na tydzień przed ukończeniem szkoły uderzył go samochodem pijany nastolatek, gdy ten wracał z meczu baseballowego. Marek zmarł trzy godziny później w szpitalu. Wszyscy w rodzinie byli zdruzgotani. Najbardziej rozżalona była babcia. Ze złością zadawała pytania: „Dlaczego zdarzają się takie okropne rzeczy? Dlaczego tak się stało z moim wnukiem? Jaki Bóg mógł na to pozwolić? Jest On bezlitosnym i okrutnym Bogiem. Jak mogę wierzyć w takiego Boga? Nie wierzę w Niego. Wnuk był taki młody, miał przed sobą całe życie. To normalne, gdy umierają starsi, ale gdy umiera ktoś przed kim jest całe szczęśliwe życie, to krzycząca niesprawiedliwość. Nie wierzę w niebo. W nic nie wierzę”. Szamotała się z tym rozżaleniem kilka miesięcy, czyniąc tę tragedię dla rodziny jeszcze trudniejszą. Przestała chodzić do kościoła i odmówiła rozmowy z księdzem, który przyszedł do jej domu, aby z nią porozmawiać. Powiedziała, że nienawidzi Boga. Aż pewnej nocy, nie była pewna czy to sen, czy jawa ujrzała uśmiechniętego wnuka w baseballowym stroju. Uśmiechając się powiedział do niej: „Kochana babciu, nie bądź smutna. W nowym miejscu jestem bardzo szczęśliwy. Tu życie jest nieskończenie piękniejsze. Nie rozpaczaj. Wszyscy kiedyś musimy umrzeć. Nie ważne czy w wieku młodzieńczym czy starszym. Tu wszyscy jesteśmy młodzi, uśmiechnięci i szczęśliwi”.
Po tym wydarzeniu życie starszej pani całkowicie się odmieniło. Uporała się z żalem i wściekłością. Odnalazła kojącą obecność wnuka na innej, duchowej drodze. Rodziła się w niej cicha radość, że kiedyś znowu będzie mogła przytulić swojego ulubieńca.
Ten sen, jak i wszystkie inne sny o życiu wiecznym, o doskonałym kształcie miłości silniejszej niż śmierć nabrały mocy spełnienia w jerozolimskim ogrodzie, przy grobie Jezusa, który dla pewności zamknięto i zapieczętowano olbrzymim głazem i postawiono straż. Pamiętny świt nad Jerozolimą był podobny do wielu innych. Na wschodzie pojawiały się pierwsze poranne zorze, śpiew ptaków dopełniał ciszy jerozolimskiego poranka. Jednak dla tych, którzy słyszeli o Jezusie, którzy Go kochali i nienawidzili, którzy patrzyli na Jego śmierć na krzyżu, ten poranek był niepowtarzalny i jedyny. Maria Magdalena nie zauważała piękna jerozolimskiego poranka, strącając poranne krople rosy smutna zdążała do grobu swego ukochanego Mistrza. Ku swemu przerażeniu zauważyła kamień odsunięty od grobu. Przerażona pobiegła do uczniów, a ci niedowierzając jej słowom przybiegli do grobu. Rzeczywiście grób był pusty.
 Umysły uczniów przeszył potężny strumień niebieskiej świadomości. Dopiero teraz zrozumieli i uwierzyli w słowa Chrystusa, który wcześniej mówił o swojej śmierci i zmartwychwstaniu. A zatem jest miłość silniejsza aniżeli śmierć. Tą miłością jest Chrystus. Odpowiadając miłością na tę Miłość napełniamy się mocą, która zwycięża śmierć. Wystarczy bezgranicznie zaufać słowom Chrystusa: „Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”.
Uczniowie doświadczając pustego grobu Jezusa uwierzyli bezgranicznie, dlatego serca ich śpiewały radosne Alleluja, co znaczy w języku hebrajskim: Chwalmy Pana. Od tego jerozolimskiego poranka radosne Alleluja dociera do najdalszych zakątków świata i szczególnie uroczyście brzmi w czasie naszych parafialnych procesji rezurekcyjnych.
Pamiętam ten mistyczny, wielkanocny poranek z lat dzieciństwa w moim rodzinnym domu. Na własną prośbę, brutalnie wyrwani przez rodziców ze snu szybko myliśmy się, wkładaliśmy najbardziej odświętne ubrania i wyruszaliśmy do parafialnego kościoła. Na dworze pojawiały się pierwsze poranne zorze, a nad zieleniejącymi się polami słychać było radosny głos wiosennego skowronka. Z całej okolicy wszyscy zdążali w jednym kierunku. W miarę zbliżania się do kościoła gęstniał tłum. Kto wcześniej wstał miał szansę stanąć blisko grobu Jezusa, do którego kapłan wychodził z procesją, okadzał Najświętszy Sakrament i pozdrawiał wiernych: „Chrystus zmartwychwstał!” Wierni odpowiadali: „Prawdziwie zmartwychwstał!” Bardzo często w tym momencie strażacy, pełniący wartę u grobu Jezusa z hukiem padali na ziemię, aby za chwilę powstać i wyruszyć w procesji rezurekcyjnej. Kapłan trzymając wysoko monstrancję intonował pieśń „Wesoły nam dzień dziś nastał”. Procesja w blaskach wschodzącego słońca wyglądała nadzwyczaj uroczyście i kolorowo. Obrazy, feretrony, chorągwie były odświętnie przystrojone. Wiele dni wcześniej panie gromadziły się w domach i robiły z marszczonej kolorowej krepiny kwiaty do przyozdobienia obrazów procesyjnych. W czasie procesji słychać było radosne śpiewy, którym często towarzyszyło granie dętej orkiestry. Nie mogło zabraknąć potężnych wybuchów, których częstotliwość była uzależniona w mojej rodzinnej parafii od ilości żołnierzy, którzy otrzymywali urlopy na święta. Robili wszystko, aby w wojskowych magazynach „załatwić” chociaż jedną petardę. Dawniej, także i dzisiaj w niektórych regionach Polski po rezurekcji wierni wracając do domu pozdrawiają się słowami: „Chrystus zmartwychwstał”. „Prawdziwie zmartwychwstał”- pada odpowiedź. To był powód prawdziwej wielkanocnej radości.
W czasie świąt wielkanocnych składamy sobie życzenia. Niech poniższa historia z puentą stanie się dla nas spełniającymi się życzeniami.
Andrzej był z zawodu programistą komputerowym, zaś muzyka była jego pasją. Był znakomitym pianistą, komponował także własne utwory. Pierwszą piosenkę napisał dla swojej dziewczyny, z którą przeżył w małżeństwie 46 lat. Pewnego dnia Andrzej usiadł przy fortepianie. Zaczął piosenkę i nagle przerwał. Po prostu wszystko zapomniał. Zdarzało się to coraz częściej. Okazało się, że to efekt postępującej choroby Alzheimera. Przez te wszystkie lata nigdy nie napisał ani nie nagrał żadnej swojej piosenki. Wszystko było zapisane tylko w jego głowie. Jego córka z przerażeniem uświadomiła sobie, że to wszystko zaginie bezpowrotnie i przez to utraci niejako część swojego taty. Ze swoich obaw zwierzyła się przyjaciółce, która była świetnym muzykiem. Ta zaś zaproponowała, że może popracować z jej ojcem, aby zrekonstruować utwory wykonywane, czy też skomponowane przez niego wcześniej. Ojciec grał zapamiętane fragmenty utworów, a ona zaczęła przy jego pomocy rekonstruować je. Wcześniej bardzo dokładnie zapoznała się ze stylem komponowania i wykonywania muzyki przez ojca. Przez dwa lata pracowali razem co drugi dzień. Udało się nawet nagrać CD z muzyką Andrzeja. Z pomocą przyjaciółki córki skomponował utwór „Kwiat melancholii”, który został wykonany publicznie na  świątecznym koncercie w 2016 roku.
Choroba Alzheimera zabrała tak wiele. Jednak dzięki serdeczności i poświęceniu młodej artystki, muzyka duszy Andrzeja przetrwała.
Życie odziera nas z różnych wartości, a śmierć odziera nas z samego życia. Wdaje się, że wszystko stracone, ale właśnie wtedy staje przy nas Chrystus, jak ta młoda artystka, który otwiera groby, ukazuje drogę zagubionym, daje nadzieję zrozpaczonym… Obyśmy dostrzegli przy sobie Chrystusa zmartwychwstałego i razem z Nim „przypomnieli” sobie najcudowniejszą pieśń naszego życia, pieśń o szczęśliwej wieczności w bliskości Boga, pieśń „zapomnianą” w raju przez nieposłuszeństwo samemu Bogu.
ks. Ryszard Koper