Z Joanną Mieleszko, śpiewaczką i dyrygentem, o życiowych pasjach, miłości do muzyki i śpiewu, planach na przyszłość, rozmawia Katarzyna Ziółkowska.

 

– Trudno się z Tobą skontaktować. Próbowałam kilkakrotnie. Jesteś chyba niezwykle zajętą osobą?

– Przepraszam, ale rzeczywiście cierpię na chroniczny brak czasu. Śpiewam, dyryguję, czasem tłumaczę, wykładam oraz piszę na tematy związane z historią, literaturą i sztuką wschodnio-europejską. W lecie miałam staż w Ermitażu w Rosji, po nim pracowałam jako dziennikarz na festiwalu filmowym w Zwierzyńcu. Interesuje mnie wiele rzeczy, chwytam wszystko po troszeczku. Próbuję. Jestem zadowolona z tego, co robię i bardzo to lubię.

 

– Większość twoich pasji zmierza jednak w stronę muzyki.

– Wychowałam się otoczona muzyką. Jako siedmiolatka w domu przy nagraniach Beethovena, Berlioza, i Hindemitha przesadnie i z pasją machałam rękoma. To były moje dyrygenckie początki (śmiech). Również jako dziecko dzięki znajomości arcydzieł klasycznych kompozytorów wygrywałam konkursy, takie jak Music Memory. Moja poważniejsza przygoda z muzyką zaczęła się od gry na fortepianie. Potem, co parę lat sięgałam po nowy instrument: skrzypce, harfę, akordeon – teraz w domu mamy całą kolekcję. I na wszystkich potrafię grać, gorzej lub lepiej. Mówiąc o mojej bardzo już formalnej edukacji muzycznej to ukończyłam Manhattan School of Music.

 

– Spełniasz się także jako dyrygent dwóch polskich chórów oraz Ukrainian Village Voices. Jesteś też jako dyrygent zapraszana na różne koncerty chórów.

– Dyryguję chórem Ogińskiego na Long Island i Arią w Wallington New Jersey. Co środę jestem na próbach Ogińskiego, a co czwartek na próbach Arii. To właśnie w wyniku tej pracy dwa lata temu wylądowałam na Akademii Chóralnej i Studium Dyrygentów w Koszalinie, gdzie pod dyrekcją profesora Przemysława Pałki udoskonaliłam umiejętności dyrygenckie i otrzymałam przecudowne, polskie utwory wokalne dla moich chórzystów w USA.

 

– Jakie umiejętności powinien posiadać dyrygent?

– W przypadku utworów dawnych dyrygent musi umieć dokonać spontanicznego przystosowania starej kultury do nowej rzeczywistości. Bycie dyrygentem to nie tylko czytanie biało-czarnych nutek zapisanych na kartce, ale zgłębianie tego, co miał na myśli kompozytor. Dyrygent musi stworzyć własną wizję utworu. Musi wzbogacić go o własną wrażliwość i żarliwość muzyków lub chórzystów.

 

– Rezultat pracy dyrygenta nie zależy jedynie od niego, ale także od umiejętności wydobycia piękna z innych. Co cię w tym najbardziej pociąga?

– To jest zawód wymagający odpowiedzialności. Dobre wykonanie utworu przez orkiestrę lub chór, zwłaszcza nowoczesnego, w dużej mierze zależy od dyrygenta. Mówi się, że „nie ma dobrych chórów ani orkiestr, są tylko dobrzy dyrygenci”. W przypadku moich polonijnych chórów, członkowie są amatorami, ale pod moją dyrekcją potrafią zaśpiewać niesamowicie barwnie i pięknie utwory, nie gorzej niż akademickie lub profesjonalne chóry. Może nie potrafią wydobyć dźwięków operowych gwiazd, ale wnoszą do muzyki swoją osobistą historię, wrażliwość i zrozumienie. W ich wykonaniu świetnie brzmią pieśni wojskowe i patriotyczne. Bo, powtarzam, nie chodzi tu o czystość dźwięku i barwę głosu, ale o historię, przekazanie energii i ducha czasów kiedy utwory te zostały napisane.

 

– Wśród wybitnych dyrygentów można wymienić: Herberta von Karajana, Lorina Maazela, Claudio Abbado czy Sir Colin Davis. Kto jest twoim ulubionym?

– Pod batutą Lorin Maazela śpiewałam w latach 2011-2013. Moi ulubieni dyrygenci to: Nikolaus Harnoncourt, Georg Solti i Bernard Haitink. Harnoncourt i Haitink między innymi byli dyrektorami muzycznymi Royal Concertgebou. Fantastyczne są też Barbara Hannigan i Nathalie Stutzmann – śpiewają i dyrygują jednocześnie.

 

– Utworzyłaś trio wokalne. Śpiewacie dawną polską muzykę, improwizujecie melodie z XII- XVI wieku.

Nasza grupa muzyczna, bo czasami utwór wymaga więcej osób, nazywa się AKOUSMATIKOI. Nazwa ta pochodzi od wyrazu akuzmatycy, czyli wyznawcy doktryny między innymi teorii muzyki rozwiniętej przez Pitagorasa i jego następców. Ja śpiewam altem i sopranem, kolega altem, tenorem i basem, a koleżanka sopranem. Możemy łączyć nasze głosy na różne sposoby, co daje bardzo ciekawe efekty. Nasze wspólne zamiłowanie do muzyki dawnej wywodzi się z tego, że w jest w niej niespotykana swoboda, czułość, czystość, no i niezwykłe harmonie.

 

– Gdzie udało Ci się do tej pory śpiewać?

– Śpiewałam razem z słynnym Kronos Quartet jako członek AEON Ensemble w Symphony Space. Występowałam w ONZ, DiMenna Center i Carnegie Hall. Kompozytorzy, z którymi regularnie współpracuję to: Yuri Boguinia, Vladislav Boguinia Nikolai Kachanov, Yuri Yukechev, George Oakley, Grigory Smirnov. Ostatnie nowojorskie premiery operowe w których miałam główne role to „The Hotel Casablanca” Thomasa Pasatierego, „Fireworks” Kitty Brazeltony, i „Lady Bird” Henry’ego Mollicone’a.

 

– Jak wspomniałaś, ostatnio w każdą sobotę śpiewasz wraz z kameralnym zespołem wokalnym w Muzeum

Mikołaja Roricha. Jak reagowali na was ludzie zwiedzający wystawy?
Dyrygent muzeum tak dobrał utwory, które śpiewaliśmy do eksponowanych w muzeum obrazów, że tworzą pomost pomiędzy śpiewem i sztuką. Ludzie byli zaskoczeni, zatrzymywali się i słuchali nas z zaciekawieniem. Dla wielu było to zupełnie nowe doświadczenie, coś zupełnie innego, czego się nie spodziewali. Muzeum Mikołaja Roricha jest bardzo małe, kameralne, co dodaje mu specyficznej atmosfery spokoju.

 

– Muzyka łączy pokolenia, ale też różne narodowości i kultury.

Właśnie to, m.in. w muzyce jest tak fascynujące. Śpiewam często z ludźmi dużo starszymi ode mnie, czerpię z ich doświadczenia, korzystam z ich rad. Muzyka łączy też różne kultury, różne światy i różne style muzyczne.

 

– Zbliża się Wielkanoc. Czego w tym okresie słuchasz najchętniej?

Święta Wielkanoce mają najpiękniejsze kompozycje muzyczne, to mój ulubiony okres w roku. Najlepsze polifonie, najlepsze chorały pochodzą właśnie z tego czasu.

 

– Jakie masz plany na przyszłość?

– Głównie jestem dyrygentem chóralnym, ale oprócz moich polonijnych działań z Arią i Ogińskim współpracuję też ze współczesnymi kompozytorami. 26 marca była pierwsza próba nowej kantaty „The Turtles Mass” Piotra Agnosa i Cyrusa Adlera. Premiera odbędzie się 22 kwietnia w Pearl Studios na Manhattanie o godz. 18:00. 29 kwietnia będzie miała miejsce premiera kantaty „Amao Omi” (kompozycji Giya Kancheli) wraz z New Hudson Saxophone Quartet w Holy Trinity Lutheran. 8 kwietnia, jak co roku, będę pod pomnikiem Katyń w Jersey City dyrygować hymnami i śpiewem patriotycznych pieśni. 12 maja będę jedną z 12 osób występujących na scenie w Carnegie Hall z Marią Farantouri (muza Mikisa Theodorakisa). 19 i 20 maja będzie miał miejsce konkurs i konwencja Związku Śpiewaków Polonijnych w Ameryce w New Britain, Connecticut. Z chórami Aria i Ogińskim będę walczyć o pierwsze miejsce w konkursie. W czerwcu dołączę do Russian Chamber Chorus of New York na parę koncertów, zaś 2 czerwca mamy z moim trio koncert salonowy – muzyka XIII-XV wieku, w programie dwie światowe premiery.

 

– Czy masz jakieś motto, którym się w życiu kierujesz?

– Nie mam. Ja po prostu żyję. Mam 24 lata; nie lubię zamykać się w jakichś granicach, które mnie blokują i ograniczają realizacje moich planów i marzeń. Cieszę się chwilą. Wszystko jeszcze przede mną.

 

Rozmawiała: Katarzyna Ziółkowska