Nicolas Maduro po ostatnich wyborach zapewnił sobie drugą kadencję na stanowisku prezydenta Wenezueli. Kraj ten doświadcza tragicznego w skutkach upadku gospodarczego.

 

Frekwencja wyborcza była rekordowo niska, ponad połowa uprawnionych do głosowania, po wezwaniu wielu liderów opozycji, zbojkotowała wybory. Według oficjalnych wyników Maduro otrzymał prawie 70 proc. głosów, tych, którzy do urn poszli i bezapelacyjnie pokonał dwóch innych kandydatów. Nie stanowili oni jednak prawdziwej konkurencji bowiem liderom rzeczywistej opozycji zabroniono startować. Ani Stany Zjednoczone ani Unia Europejska nie uznały wyborów za demokratyczne, wskazując na brutalne represje armii broniącej rządu. Kolejna kadencja prezydenta ma trwać sześć lat. Pytanie jednak czy Maduro zdołał ją przetrwać, biorąc pod uwagę to co dzieje się w rządzonym przez niego kraju, który powoli stacza się w otchłań.

Czwarty rok z rzędu Wenezuela została uznana przez Bloomberga za najgorszą gospodarkę świata. Od 2014 roku potencjał ekonomiczny kraju skurczył się o 30 proc., inflacja jest najwyższa na świecie, w tym roku według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego sięgnąć ma 13 tys. proc. Od 2015 roku z kraju uciekło milion obywateli. System opieki zdrowotnej znalazł się w całkowitej ruinie, brakuje leków i środków higieny osobistej. Malaria, w przeszłości choroba niemal kompletnie w Wenezueli wytępiona, znów stała się groźna. Brookings Institution szacuje, że z powodu niedoborów żywności trzy czwarte populacji kraju niedojada lub po prostu głoduje. Zdesperowani ludzie szukają jedzenia w śmietnikach. Tak wygląda dziś Wenezuela, kraj posiadający przecież największe na świecie złoża ropy naftowej.

 

Najprostszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego tak się dzieje jest stwierdzenie, że rewolucja socjalistyczna wprowadzona w Wenezueli przez Hugo Chaveza i kontynuowana przez Nicolasa Maduro, poniosła klęskę. Ku takiej teorii skłania się większość prasy amerykańskiej i europejskiej, niechętnej socjalistycznemu rządowi. Prawda jest jednak nieco bardziej złożona.

Od 1908 roku, Wenezuelą rządzili różnego rodzaju dyktatorzy osadzani na stanowiskach przez Stany Zjednoczone lub prezydenci w znacznym stopniu zależni od USA. Była to zresztą część amerykańskiej polityki zagranicznej, która w XX wieku jawnie lub skrycie wspierała dyktatorów w wielu krajach świata, a szczególnie w Ameryce Południowej i Środkowej m.in. w Panamie, Hondurasie, Gwatemali, Nikaragui, Meksyku, Haiti, czy na Dominikanie. Wenezuela podobnie jak wszystkie te kraje była prawie całkowicie uzależniona od Stanów Zjednoczonych. Główne zyski z wydobycia ropy naftowej czerpały działające tam swobodnie amerykańskie koncerny. Inwestowano przede wszystkim w przemysł wydobywczy, zaniedbując inne dziedziny gospodarki. Wenezuela jako quasi kolonia amerykańska prosperowała dobrze, dopóki ceny ropy były wysokie. Po ich załamaniu rozpoczął się kryzys i kolejne rządy zmuszone były do oszczędzania. Pod kierunkiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego wprowadzono neoliberalne reformy polegające m.in. na ograniczaniu wydatków socjalnych, prywatyzacji, rozluźnieniu cen itd. Reformy nie zmieniły jednak sytuacji na lepsze. Stąd też liczne bunty i zamieszki Wenezuelczyków tłumione przez wojsko. Pod koniec lat 80-tych w tego rodzaju zamieszkach zginęło około 400 tys. ludzi. Mówiąc w ogromnym skrócie wszystko to wyniosło do władzy Hugo Chaveza, który zaczął odwracać niepopularne reformy, a z USA uczynił swojego naczelnego wroga. Problem w tym, że polityka Chaveza, którego wiernym uczniem jest Maduro, choć początkowo bardzo popularna na skutek rozdawnictwa pieniędzy, doprowadziła do jeszcze większego kryzysu. Pogłębiają go dodatkowo sankcje gospodarcze, głównie zresztą amerykańskie. Tak oto Wenezuela znalazła się w ślepym zaułku. Korupcję i represję dyktatorów kapitalistycznych, zastąpiła korupcja i represje dyktatorów socjalistycznych, pod których rządami żyje się jeszcze gorzej.

 

Tomasz Bagnowski