Mógłbym przysiąc, że widziałem „Kozła ofiarnego” Williama Holmana Hunta na własne oczy.

 

Myślałem, że widziałem go w Tate Gallery (nie mylić z Tate Modern), może w National Gallery, albo w Victoria and Albert; w każdym razie w Londynie. Tymczasem nie. Dopiero na użytek tego tekstu czytam opisy: w żadnym z miejsc, gdzie dwie różne wersje tego obrazu się znajdują, nigdy nie byłem. Nie mogłem więc go obejrzeć w rzeczywistości, a jedynie na reprodukcjach. Na pewno w książce o „Prerafaelitach”. Jednym z założycieli tego ruchu artystycznego w Wielkiej Brytanii był właśnie Hunt. Prywatne spotkanie między paru osobami w 1848 roku stało się zaczynem ruchu artystycznego, który poruszył nie tylko sztukę w Wielkiej Brytanii.

Jakże sugestywny musiał dla mnie być ów obraz, skoro tak mi się głęboko wrył w pamięć, w wyobraźnię, jako coś osobistego, swojskiego, bezpośrednio oglądanego. Pierwsze i pozostałe wrażenie nie było jednak przyjemne. Wizerunek kozła na pustyni niepokoił, przestraszał, wydawał się zapowiadać nadciągające niebezpieczeństwo, zagładę. Kozioł, jak w bajkach, rzucony na pożarcie, na zgubę, ma być ofiarą. Jego śmierć to życie dla grupy, która wysłała go, przystrojonego, na zatracenie. Zwierzę jeszcze nie wie, jaki zgotowano mu los, ale już czuje nadciągające zagrożenie. My, widzowie tego spektaklu, wiemy – oglądamy rozrzucone wokół, nagie kości. To pozostałości po jego poprzednikach. Zginie, jak i oni, będzie jednym z wielu, który musi ponieść śmierć. Za sprawę? Dla dobra innych? Przymusowo delegowany przez grupę do poświęcenia się, do beznadziejnej walki w ich interesie? Naiwny, który ginie dla idei, żeby inni mogli wygodnie żyć? Interpretacji może być wiele, ale ogólny sens – jednoznaczny: czeka go zagłada, będzie ofiarą kogoś/czegoś strasznego. Nie widzimy potwora, ale domyślamy się: musi być blisko – monstrualny jak sama śmierć.

Enigmatyczny, prosty w kompozycji obraz Hunta przedstawiał egzystencjalny niepokój: jeszcze istniejemy, ale zostaliśmy wysłani na śmierć, zagłada nadciąga, nie da się jej uniknąć, nie ma ratunku. Dzieło pobudza jakąś chorobliwą fascynacją. Czasami mu się przyglądałem, aż…

Z dużym zaskoczeniem przeczytałem, że intencja Hunta była inna. Inspiracją do obrazu z 1854 r. miały być słowa z biblijnych Ksiąg Królewskich: Aron „weźmie żywego kozła, położy swoje obie ręce na głowie żywego kozła i wyliczy wszystkie występki synów Izraela i wszystkie grzechy, których się dopuścili. Wszystko to włoży na głowę kozła, który następnie zostanie wypędzony na pustynię (…)

Kozioł zabierze ze sobą wszystkie ich występki i poniesie na pustynię” (KK, 16: 20-22).
Kozioł reprezentuje wszystkie grzechy grupy. Zostaje w rytualny sposób wygnany, a wraz z nim nieprawości społeczności. Oczyszczenie ludzi następuje przez „zwalenie” własnych win na zwierzę i następnie pozbycie się go.

Artysta przeżywał kryzys religijny, pojechał do Jerozolimy, do Ziemi Świętej, aby tam umocnić się w wierze. Sięgnął do starotestamentowego obyczaju jako pierwowzoru postaci Chrystusa, cierpiącego za grzechy innych. Chciał odnowienia sztuki religijnej, nawiązywania w sztuce do tematyki biblijnej, ale z położeniem nacisku na kulturową rzetelność. Innymi słowy, namalowane wydarzenia, o których się mówi w Biblii, winny być umieszczone w naturalnym kontekście – przyrodzie, obyczajach, rytuałach, a nie tak, jak to robiono przez wieki – czyli przedstawiane w scenerii zachodnioeuropejskiej.
Krytycy od razu złośliwie, a trafnie wytknęli Huntowi, iż przyroda „Kozła…” z trudem przypomina naturalny krajobraz okolic Morza Martwego, jak twierdził artysta.

Niezrażony Hunt malował dalej i znajdował możnych protektorów. Za kolejny obraz „The Finding of the Savior in the Temple” zapłacono mu ekwiwalent dzisiejszych dwóch milionów funtów. Żaden z żyjących artystów nie zyskał tyle za swoje dzieło.

Krytycy jednak nieprzychylnie odnieśli się do przedsięwzięcia Hunta. Jeden z nich napisał uszczypliwie: „chciałem ładny religijny obraz, a on namalował mi wspaniałą kozę”. Większość uznała wizerunek wprost za niestosowny.

Publiczność swoje, krytycy swoje, a życie toczy się odmienną drogą. O Huncie, jednym z najpopularniejszych artystów brytyjskich XIX wieku, prędko zapomniano.

Przemija chwała tego świata. Wielcy swych czasów stają się mali w następnych pokoleniach; tych, o których współcześni zapomnieli, potomni wynoszą wysoko. Taka jest kolej rzeczy.

Ale chciałbym zwrócić uwagę na rozbieżność naszych osobistych interpretacji malarstwa od ich oficjalnej wykładni. Mnie „Kozioł ofiarny” poruszył jako metafora losu ludzkiego, proto-egzystencjalna wykładnia idei życia ku śmierci. Tymczasem, okazuje się, że dzieło miało w zamierzeniu malarza zupełnie inną wymowę. Może i miał dobre intencje, ale wykonanie faktycznie dość nieporadne – nie pod względem technicznym (kozioł „jak żywy”), ale pomysłu obróconego w czyn.

Czasami lepiej trwać przy swoim, własnym wyobrażeniu. Lepiej nie dociekać, co autor chciał poprzez swe dzieło powiedzieć, bo możemy się rozczarować, jak to się stało ze mną. Co my przez dany obraz chcemy powiedzieć – sobie, innym – jest w końcu chyba ważniejsze.

Czesław Karkowski