Polskie zwyczaje wielkanocne, podobnie jak i szeroko pojęte kultura i mentalność nie zawsze muszą być zrozumiałe dla ludzi spoza naszego kręgu kulturowego.

 

Doskonale ujął to w swoim Dzienniku, pod datą 7 II 1950 r. Jan Lechoń. Poeta od kilku dobrych lat nie mógł się odnaleźć na „nowojorskim bruku” i raz po raz zamykał się w świecie czysto polskim. Tak pisał: „Myśmy stworzyli w XIX w. mitologię własną. Cóż z tego, że zamknięta jest ona dla obcych, skoro dla nas stała się źródłem właśnie mistycznych wzruszeń i żywej, nie mózgowej, ale wstrząsającej całym naszym życiem wewnętrznym poezji”.
Poza postawą Lechonia, wycofanego i niepogodzonego z powojenną rzeczywistością, łatwo znaleźć wiele przykładów odwrotnego podejścia. Niektórzy uważali, że skoro kultura i zwyczaje polskie są tak specyficzne i unikatowe, to warto je tłumaczyć, by i inni czerpali z bogactwa kulturowego Polaków.

 

Poznaj Polskę z „Poland”


Jednym z najlepszych ambasadorów polskiej kultury było wychodzące w dwudziestoleciu międzywojennym anglojęzyczne pismo „Poland”. Wydawane było ono przez Polsko-Amerykańską Izbę Handlową, a więc grupę ludzi, którym zależało na tym, by wymiana gospodarcza między obydwoma krajami była jak najszersza i najczęstsza. Zdawano sobie jednak sprawę z tego, że biznes to nie tylko przepływ towarów i usług, ale nade wszystko inna kultura handlu, wypływająca z mentalności partnerów. Dlatego wydawcy „Poland” kładli ogromny nacisk na to, by w miesięczniku pojawiały się także informacje dotyczące polskiej kultury, sztuki, historii, literatury, zabytków i zwyczajów – nie tylko najnowsze wieści ze świata finansów i ekonomii. Dobra szata graficzna i współpraca ze świetnymi autorami, Polakami i Amerykanami, spowodowały, że „Poland” szybko stało się jedną z najlepszych wizytówek Polski w świecie amerykańskim.

 

Moda na wieś w dwudziestoleciu

Opisy wielkanocnych tradycji w Polsce były jednymi z wielu artykułów o polskich zwyczajach i kulturze. Swoistego rodzaju „chłopomania”, na fali której poniekąd Reymont dostał w tym czasie Nobla, popularność etnografii oraz turystyki powodowały, że interesowano się kulturą wsi na całym świecie. Jednym z polskich towarów eksportowych było Zakopane i kultura górali, a także fenomen Łowicza – o obu miejscach rozpisywano się w dwudziestoleciu szeroko, a obcokrajowcy nie kryli nad nimi zachwytu. Nie ma się zatem co dziwić, że w okresie wiosennym, dwukrotnie redakcja „Poland” zdecydowała się poświęcić trochę miejsca polskiej Wielkanocy.

 

Spojrzenie kobiety na Wielkanoc

W kwietniowym numerze 1928 r. redakcja zamieściła artykuł Jadwigi Morawskiej. Autorka skupiła się w nim głównie na materialnej stronie świętowania, próbując pokazać Amerykanom polską Wielkanoc „od kuchni” – dosłownie i w przenośni. Wyjaśniała, że kultura jedzenia podczas tych świąt w Polsce wynikała z rygorystycznego przestrzegania przez Polaków Wielkiego Postu – czasu, kiedy odmawiano sobie nie tylko mięsa, ale często mleka i masła. Polacy folgowali sobie zatem w czasie Wielkiej Nocy, nadrabiając okres wyrzeczeń. Stąd „święcone” było to prawdziwe święto dla podniebienia, starannie i długo przygotowywane przez każdą gospodynię. Morawska wyjaśniała, że nazwa nie wzięła się przypadkiem. Polecała czytelnikom Wielką Sobotę w Polsce spędzić na wsi na obserwowaniu ludzi niosących koszyki do świątyń. W pięknych strojach ludowych chłopi szli bowiem, niosąc do poświęcenia fragmenty wielu potraw, a wystawność zawartości ich koszyków bywała niejednokrotnie zdumiewająca.

Morawska zwróciła uwagę na duże przywiązanie Polaków do religii i pełne kościoły w czasie liturgii Wielkiego Tygodnia. Do polskich zwyczajów zaliczyła straż przy Grobie Pańskim oraz Rezurekcję, zaczynającą właściwe święta Wielkiej Nocy. Podkreśliła, że po porannej mszy świętej w każdym domu zastawione są długie stoły, uginające się od wielości rozmaitych potraw. Szczególnie dużo miejsca poświęciła pisankom i wypiekom wielkanocnym. Zaznaczyła, że wielkanocne jajka w Polsce to maleńkie dzieła sztuki, niekiedy tak piękne i misternie wykonane, że muzea etnograficzne rywalizowały w ich kolekcjonowaniu. Gorąco polecała czytelnikom spróbowanie tradycyjnych mazurków i bab, a w Lany Poniedziałek uczestniczenie we wzajemnym polewaniu się wodą. Wyjaśniała niewtajemniczonym, że polski zwyczaj wynikał ze starej tradycji, kiedy w drugi dzień świąt najczęściej chrzczono małe dzieci. W latach 20. XX wieku liczba chrzczonych w tym dniu drastycznie zmalała, ale polewanie wodą pozostało.

 

Spojrzenie mężczyzny na polską Wielkanoc

Dr Mieczysław Ziemnowicz, który jako stypendia Fundacji Kościuszkowskiej w roku akademickim 1929/1930 studiował w Teachers College Columbia University, pozostawił zupełnie inny opis Wielkanocy dla czytelników miesięcznika „Poland”. Przede wszystkim swoje rozważania rozpoczął od refleksji nad ogromną unifikacją życia, doprowadzającą do zaniku wielu tradycyjnych form świętowania, zwłaszcza po I wojnie światowej. Pomimo zmian, jakie doświadczało jego pokolenie, w dalszym ciągu rola Kościoła rzymskokatolickiego w życiu Polaków była ogromna w tym czasie. To Kościół w dużej mierze wpłynął na wykształtowanie się wielu zwyczajów, niekiedy sięgających jeszcze do czasów pogańskich i tylko adoptowanych przez tradycję chrześcijańską. Te niuanse Ziemnowicz starał się szczegółowo wyjaśnić, bo ich odrębność mogła być dla czytelników amerykańskich niezrozumiała.

Autor, jeden z najlepszych późniejszych polskich specjalistów od amerykańskiego szkolnictwa i wkrótce profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, skupił się bardziej na duchowym wymiarze świąt niż Morawska. W Wielki Post – według Ziemnowicza – Polacy pokutowali i umartwiali się przez sześć tygodni w każdą środę, piątek i sobotę, a czas smutku i żałoby potęgowała jeszcze aura, nierzadko chłodna i ponura. Kuchnia czasów Wielkiego Postu, często ograniczona do śledzi i żuru, odstraszała tak bardzo, że w niektórych regionach Polski w Niedzielę Wielkanocną wieszało się śledzie na gałęziach – miała to być symboliczna kara dla tych ryb za „znęcanie się” nad ludźmi w kuchni przez tak długi czas.

O ile Morawska wspomniała tylko Niedzielę Palmową, to Ziemnowicz poświęcił temu świętu o wiele więcej uwagi. Przywołał zanikające ceremonie wiązania figur Chrystusa do osłów, które się pozdrawiało, wymachując baziami. Gałązki wierzby, uprzednio pobłogosławione w kościołach, przechowywało się w domu, by rozkwitły na święta. Wierzono bowiem, że posiadają one moc uzdrawiania. I z tym przesądem były związane inne zwyczaje, jak bicie Judasza, czy – w wykonaniu małych chłopców – najczęściej okładanie siebie nawzajem baziami. Miało ono niby symbolizować biczowanie Chrystusa, ale najczęściej ograniczało się do sztubackich wygłupów.
Ziemnowicz, podobnie jak Morawska, najwięcej miejsca poświęca Triduum Paschalnemu i pięknym dekoracjom w polskich kościołach. W Wielki Piątek w miastach chrześcijanie po nabożeństwach nawiedzali poszczególne świątynie, podziwiając specjalnie przygotowane Groby Pańskie i modląc się za swoich najbliższych. I Ziemnowicz podkreślił znaczenie „święconego”. Zaznaczył, że nie sięgano po nie wcześniej niż po mszy rezurekcyjnej, kiedy znów biły dzwony i grały organy, a wszyscy wzajemnie się pozdrawiali słowami „Alleluja” i „Chrystus Zmartwychwstał”. Piękno polskich jajek, zwanych pisankami, malowankami, czy kraszankami, to nieodłączna część wielkanocnego stołu, który ma być bogaty i pełen rozmaitego jadła. Poza Śmigus-Dyngusem Ziemnowicz pisał też o zwyczajach chodzenia po polach lub udawania się na wycieczki w czasie świąt. W niektórych regionach Polski dorośli ofiarowali dzieciom słodycze lub drobne zabawki, najczęściej wykonane z jajek lub wydmuszek.

 

*

Obie próby przybliżenia Amerykanom fenomenu polskiej Wielkanocy różnią się od siebie. Niemniej jednak oboje autorzy w polskich zwyczajach wielkopostnych i wielkanocnych widzieli ogromny potencjał kulturowy Polski, na tyle ważny i bogaty, że warty zainteresowania nimi ludzi z innych kręgów cywilizacyjnych. A skoro „Poland” był miesięcznikiem adresowanym do Amerykanów, pragnących poznawać Polskę i handlować z Polakami, trudno się dziwić, że redakcja dwukrotnie zdecydowała się poruszyć tematykę polskiej Wielkanocy. Uważano wówczas bowiem, że im lepiej Amerykanie poznają ojczyznę Pułaskiego i Kościuszki, z całym jej bogactwem, ale i mankamentami, to sami będą lepszymi adwokatami Polski i Polaków na świecie, co udowodnili choćby w 1918 r., a więc w czasie odzyskiwania przez Polskę swojej państwowości. Poniekąd było to myślenie „życzeniowe”, ale jak wszystkie projekty dotyczące zbliżenia kulturowego, wymagające długotrwałej i konsekwentnej pracy, która została przerwana w 1939 r. Na pewno jednak przed wybuchem II wojny światowej Polska dla wielu Amerykanów była mniej egzotycznym krajem niż na początku lat dwudziestych XX w., nawet jeśli niektóre zwyczaje obchodzenia świąt wielkanocnych w dalszym ciągu wydawały im się dalekie do tego, co znali na co dzień.

 

Tomasz Pudłocki