Po poniedziałkowym zaprzysiężeniu Neil Gorsuch został nowym sędzią Sądu Najwyższego.

 

Proces jego zatwierdzania przez Senat pokazał jak bardzo to ekskluzywne grono prawników zostało upolitycznione.
Wagę decyzji amerykańskiego Sądu Najwyższego trudno przecenić. Jego wyroki decydują o sprawach tak fundamentalnych jak legalność aborcji czy małżeństw jednopłciowych. W 2000 roku wyrok Sądu Najwyższego zdecydował, że zwycięzcą wyborów prezydenckich został George W. Bush. Dlatego do tego sądu nominuje się osoby z ogromnym doświadczeniem i nienaganną karierą zawodową. Najwybitniejszych z wybitnych prawników.

Mianowanie kandydata do Sądu Najwyższego jest jedną z ważniejszych prerogatyw prezydenta. Amerykańscy przywódcy korzystając z tego uprawnienia nominują zazwyczaj sędziów, których poglądy są zbliżone do ich własnych. Dlatego w Sądzie Najwyższym mamy sędziów o konserwatywnym światopoglądzie jak na przykład Clarence Thomas, nominowany przez George’a W. Busha, czy Anthony Kannedy, którego nominował Ronald Reagan. Mamy też sędziów liberalnych jak Sonia Sotomayor, nominowana przez Baracka Obamę czy Ruth Bader Ginsburg nominowana przez Billa Clintona.

Osobiste poglądy sędziów nie powinny rzecz jasna przeważać nad ich umiejętnościami zawodowymi, wiedzą prawniczą i znajomością konstytucji. Nie powinny mieć również wpływu na proces ich zatwierdzania w Senacie. Niestety tak jednak nie jest. Proces nominacji sędziów, a szczególnie już debaty nad ich kandydaturami w Senacie zostały tak upolitycznione, że można odnieść wrażenie, iż mamy do czynienia z koleją kampanią wyborczą.

Tę przesadną grę wokół Sądu Najwyższego rozpoczęli republikanie. Przywódca GOP w Senacie Mitch McConnell, którego głównym celem politycznym było pozbawienie Baracka Obamy wszelkich osiągnięć poprzez blokowanie absolutnie wszystkich posunięć prezydenta, odmówił nawet formalnego rozpoczęcia procesu przesłuchania nominowanego w marcu 2016 r. przez Obamę do Sądu Najwyższego sędziego Merricka Garlanda. Argument jakiego wówczas użyto był czysto polityczny i nie miał nic wspólnego z obowiązującym prawem. McConnell stwierdził, że Barack Obama nie powinien mieć szansy na nominowanie sędziego, bo… kończy mu się kadencja i lepiej by sprawą zajął się już kolejny prezydent. To trochę tak jak by powiedzieć, że prezydent w ostatnim roku urzędowania nie powinien podpisywać ustaw, wykonywać budżetu, czy w ogóle podejmować żadnych ważnych decyzji.

Skutkiem tej blokady praca Sądu Najwyższego została na kilka miesięcy sparaliżowana, bo po śmierci Antonina Scalii skład orzekający zamiast dziewięciu liczył osiem osób, co przy spornych sprawach uniemożliwiało podejmowanie decyzji.

W tym roku pałeczkę po republikanach przejęli demokraci, którzy gremialnie odmówili poparcia nominowanemu przez prezydenta Donalda Trumpa sędziemu Neilowi Gorsuchowi. Republikanie by przepchnąć jego kandydaturę przez Senat musieli zmienić procedurę i zmniejszyć liczbę głosów, którymi zatwierdza się sędziego z większości kwalifikowanej (w tym przypadku 60 głosów) na zwykłą.
Warto przypomnieć, że kiedyś tak nie było. Nominowany do Sądu Najwyższego przez Ronalda Reagana Antonin Scalia, którego właśnie zastąpi Gorsuch, mimo nieukrywanych konserwatywnych poglądów podczas zatwierdzania w Senacie zdobył 98 głosów. Sędzia Ruth Bader Ginsburg, ikona liberalizmu uzyskała 96 głosów, czyli niemal pełne poparcie izby wyższej amerykańskiego Kongresu. Wówczas jednak senatorowie potrafili wznieść się ponad podziały polityczne i wziąć pod uwagę przede wszystkim kwalifikacje prawnicze kandydatów.

Dziś jest inaczej. Przychylne Trumpowi media zatwierdzenie Neila Gorsucha okrzyknęły „zwycięstwem prezydenta”. Czy rzeczywiście będzie to jednak zwycięstwo?

Sąd Najwyższy nie powinien być mylony z Kongresem. Kiedy jego sędziowie będą decydować o zgodności jakiejś ustawy z konstytucją dobrze byłoby byśmy mieli zaufanie, iż podjęli ją zgodnie ze swym sumieniem i wiedzą prawniczą, a nie według partyjnych podziałów.

 

Tomasz Bagnowski