Obrazy Vilhelma Hammershři’a zobaczyłem po raz pierwszy 20 lat temu na wystawie w Guggenheim Museum poświęconej jego twórczości. Od wtedy ów mało znany Duńczyk stał się jednym z moich najulubieńszych artystów.

 

Dlaczego dzieła jednego malarza podobają się, a innego – nie? Zwykle mówi się w takich sytuacjach o niedocieczonych, całkowicie indywidualnych sympatiach i antypatiach. Kwestia skończona. Myślę jednak, że takimi (intuicyjnymi) wyborami rządzą pewne reguły, z których pierwszą i naczelną zasadą jest zgodność obrazu (jego treści i kompozycji) z dyspozycjami psychicznymi odbiorcy. Są zróżnicowane, ale nie koniecznie absolutnie dowolne.

„Poezja ciszy” Hammershři’a, odpowiada niemal każdej osobowości, nawet najbardziej rozbuchanej. Każdy potrzebuje choć na chwilę spokoju, wyciszenia, relaksu i całkowitego uspokojenia. Poza tym, prostota kompozycji „Wnętrza z młodą kobietą” z 1904 r. jest właściwie tym samym, co komunikowana cisza i spokój – pokoju, czy też ludzkiego wnętrza. Klarowność malarskiego przekazu, sprowadzonego do najprostszych, niezbędnych elementów przedstawienia koresponduje z zawartą w nim treścią.

Pod tym względem obrazy Hammershři’a przypominają prace holenderskiego mistrza, Johannesa Vermeera. Kobiety we wnętrzach, zwykle, choć nie zawsze, samotne, ale nawet jeśli w towarzystwie, to zamknięte we własnym świecie. Spokój zacisza domowego, choć u Vermeera – stale zagrożonego wtargnięciem nieoczekiwanego wydarzenia, które zburzy istniejący porządek.

Dzieło Hammershři’a tchnie absolutnym, bezbrzeżnym spokojem, ciszą i bezruchem. To zaproszenie do rozmyślań, medytacji. Wszechwładna szarość obrazu, niwelująca kontury dzielące przedmioty, jednocząca barwy rzeczy mieszczańskiego wnętrza, stapiające się w jedną pra-całość, to wstęp, pierwszy krok ku nirwanie, anonimowemu rozpuszczeniu się we wszechogarniającej szarości, pojednaniu z powszechną, jednaką materią otoczenia, wtopieniu się w nadciągający mrok.

Obrazy Hammershři’a przywołują też na myśl dzieła Edwarda Hoppera, malarza samotności. Postaci obrazów amerykańskiego malarza są bezbrzeżnie samotne, nawet wśród innych ludzi; także samotność zieje, by się tak wyrazić, z bezludnego krajobrazu uwidocznionego na jego pracach. Nie ma między przedstawianymi postaciami żadnej łączności, brak wspólnoty, powietrza. Ludzie na obrazach Hoppera duszą się w pustce, w której są zawieszeni, odgrodzeni od innych podwójną barierą własnego i cudzego kręgu zamkniętych światów.

Samotność jest kondycją człowieka, choćbyśmy jej nie lubili. Fascynuje i odstręcza, tak jak i obrazy Hoppera. Samotność Hammershři’a ma odmienny charakter. Nie jest dręczącym stanem egzystencjalnym, przeraźliwą sytuacją człowieka we współczesnym świecie. Jest łagodna, dobroczynna, zgoła terapeutyczna. Leczy, koi, uspokaja. Oswajamy się z tym stanem, który wciąga, urzeka, jak ciągły szum morza, jak nieustanny szept wszechświata zapraszający do udziału we wspólnocie rzeczy. Obrazy Hammershři’a zawierają ważne przesłanie: samotność jest cool. Bliska doskonałości, bo pokrewna wieczności.

Być nikim ważnym, nieistotnym, szarym człowiekiem, bez znaczenia i nie zauważanym, anonimowym, jak ta kobieta bez twarzy, widziana od tyłu. To niemal perfekcja istnienia. Nieważkość jest tajemnicą bezosobowości. Nic nie ciąży, nie zakotwicza w bieżącej rzeczywistości, nie zmusza do udziału w społecznej aktywności. Brak obowiązków, brak przymusu. Lekkość.

A przy tym żyjemy, ale zanikamy, coraz mniej w nas ruchu, kolorów życia, energii. Coraz mniej się różnimy od otoczenia, zatracamy kontury, wtapiamy się w Nicość. Zachęca, zaprasza, uwodzi.

 

Pytanie, jak obaj, czy włączywszy Vermeera – trzej malarze to robią, że malują właściwie to samo, a jednak uzyskują odmienny efekt; że obrazy holenderskiego mistrza zapowiadają czające się zagrożenie, a u Hammers-hři’a mamy bezpieczne zacisze domowe; obrazy Hoppera komunikują o głębokiej melancholii, a przesłaniem dzieła Hammershři’a – tylko łagodne, wręcz krzepiące odosobnienie, bycia ze sobą? Odpowiedź wymagałaby drobiazgowej analizy, ale i tak nie byłaby wystarczająca. Wracam więc do początku komentarza. Ostatecznie bowiem sztuka takiego właśnie wyrażania pozostaje sekretem artysty i niezależnie od tego, jak uczone byłyby wywody, nie potrafiłyby uchwycić tego, co najistotniejsze. Gdyby dało się sens dzieła zakomunikować w pełni słowami, twórca nie malowałby, ale pisał komentarze do gazety.

 

Duński malarz jest artystą mało znanym na światowym rynku sztuki. O nim samym niewiele wiadomo, ale nie żeby jego biografię otaczała jakaś tajemnica. Bynajmniej. Niewiele jest „do wiedzenia” na jego temat. Prowadził zwyczajne mieszczańskie życie. Był raczej odludkiem, to prawda, ale bez przesady, Artysta urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej w 1864 r. w Kopenhadze. Na studiach w akademii sztuk pięknych uważano go za wielki talent malarski. Nie musiał zarabiać na życie, więc malował to, co chciał. Żył z żoną w odosobnieniu w mieszkaniu stolicy Danii. Zmarł w wieku 51 lat na raka gardła. Choroba być może sprawiła, że mówił cicho, tak jakby mową i zachowaniem odzwierciedlał nastrój swych obrazów. Wiemy o tym z relacji wybitnego niemieckiego poety, Rainera Marii Rilkego, wielbiciela talentu Hammershři’a. Pojechał do Kopenhagi specjalnie, by spotkać osobiście artystę.

Nie pójdę w ślady niemieckiego poety – do Danii się nie wybieram na obejrzenie obrazów artysty. Na razie wystarczy mi wędrówka internetowa oraz to, co już obejrzałem i zachowałem w pamięci.

 

Czesław Karkowski