Gdy Piotr przybył do Cezarei, do domu Korneliusza, przemówił: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim”.
Dz 10,34-38
Dawniej przy tronach królewskich, przy tronach władzy można było spotkać błaznów. Błazen tamtych czasów był szanowany za dowcip, a przede wszystkim za intelekt. Pierwszy sławę błazna intelektualisty zdobył służący kanclerzowi Krzysztofowi Szydłowieckiemu niejaki Bieńko. Podczas jednej z uczt na Wawelu zaimponował samemu królowi Zygmuntowi Staremu. Ale wielu wysokiej rangą dostojników szydziło z niego. Na co ten odezwał się poważnym głosem: „Znaj, Waszmość, iż nie lada pan ze mnie i większy od kanclerza; on ma jednego błazna do zabawy, ja zaś mam tylu, ilu tu was jeno”. Jednak najbardziej znanym polskim trefnisiem był Stańczyk, błazen nadworny Jana Olbrachta, Aleksandra Jagiellończyka, Zygmunta Starego i Zygmunta II Augusta. Słynął z ciętego dowcipu, nie oszczędzał władców w ocenie decyzji politycznych. Był wykształcony, zamożny, miał powodzenie u kobiet, cenili go politycy. Miał poważanie u największych intelektualistów tamtych czasów. Sławny Marcin Kromer zadedykował mu nawet dzieło „Rozmowy dworzanina z mnichem”. Nie spodobało się to kardynałowi Stanisławowi Hozjuszowi, który w liście do Kromera pisał: „Dziwię się, że jego towarzystwo jest ci miłe, stracił przecież to wszystko, co niegdyś było w nim ujmujące. Lata niecofnione pozbawiły go żartów, wdzięku, zdolności towarzyskich i kawałów: co więcej, ludzie sądzą, że brak mu piątej klepki”. Krytyczne słowa jednego, czy drugiego zazdrośnika nie były w stanie uszczknąć Stańczykowi sławy. W rękopisie z czasów Stefana Batorego nieznany autor wspomina, że błazen „mówił zawsze gorzką prawdę zarówno królowi, jako panom i dworzanom”.
Przyszedł jednak czas, kiedy to błazen się zbłaźnił. Zamiast mówić prawdę, nawet gorzką, zaczął powtarzać wyświechtane frazesy, płaszczyć się, podlizywać, prawić fałszywe komplementy, aby się przypodobać swojemu władcy, czy mówiąc slangiem polonijno-nowojorskim swojemu bossowi. Zamiast być sobą, wyrażać swoje myśli, za wszelką cenę chce się przypodobać innym, przypodobać władzy. Oczywiście jeśli ktoś jest osłem, to nie musisz mówić mu tego wprost, ale nie mów mu, że jest „orłem” bo ten „osioł” uwierzy, że ma zdolność latania, co może stać się powodem tragedii nie tylko „osła”. Błazen przestał być sobą i stał się synonimem wszystkiego co niskie i obrzydliwe w człowieku. Dzisiaj widzimy tabuny błaznów, szczególnie w pobliżu władzy politycznej, ekonomicznej i wszelkiej innej. Chociaż dzisiejszy błazen nie nosi błazeńskiej czapki z dzwoneczkami, to i tak każdy wie, że jest to błazen. Fragment z Dziejów Apostolskich, zacytowany na wstępie tych rozważań rzuca pewne światło na powyższy problem: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie”. Błazna interesują bardziej osoby, a nie ich sprawiedliwe postępowanie.
Powyższy fragment rozważań przeczytałem znajomej, która powiedziała, że w takim razie każdy z nas jest trochę błaznem. To prawda, każdy z nas chce się przypodobać drugiemu człowiekowi, ale wcale nie musi być to błazenadą.
A zatem, czy jest jakaś granica pragnienia przypodobania się drugiemu człowiekowi, po przekroczeniu której możemy powiedzieć, że jest to błazen? Oczywiście, w subiektywnym odczuciu możemy wyznaczać takie granice. W tych rozważaniach postaram się ją ukazać. Ktoś może powiedzieć, że jest to też subiektywna granica. Pozornie tak, ale gdy wytyczanie jej oparte jest o prawdę Bożą, to możemy mówić o pewnym obiektywiźmie. W dokumencie Soboru Watykańskiego II Gaudium et spes – Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym czytamy: „W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra, a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. Człowiek bowiem ma w swym sercu wypisane przez Boga prawo, wobec którego posłuszeństwo stanowi o jego godności i według którego będzie sądzony”.
Prorok Izajasz w pierwszym czytaniu zapowiada, kto w pełni objawi to prawo: „On z mocą ogłosi Prawo, nie zniechęci się ani nie załamie, aż utrwali Prawo na ziemi, a Jego pouczenia wyczekują wyspy. Ja, Pan, powołałem Cię słusznie, ująłem Cię za rękę i ukształtowałem, ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów, abyś otworzył oczy niewidomym, ażebyś z zamknięcia wypuścił jeńców, z więzienia tych, co mieszkają w ciemności”. To proroctwo wypełniło się w Jezusie, który powiedział o sobie: „Ja jestem drogą i prawdą i życiem”. Ewangelia na dzisiejszą uroczystość Chrztu Pańskiego w sposób obrazowy ukazuje wypełnienie się tej prawdy. Pewnego dnia Jezus przyszedł do Jana Chrzciciela, aby przyjąć chrzest: „Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: ‘Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Ten głos z nieba wyznacza ostateczną granicę naszego błazeństwa. A odpowiedź na pytanie: Komu bardziej chcesz się przypodobać Bogu czy człowiekowi, podpowiada nam, czy już mam sięgnąć po błazeńską czapkę, czy jeszcze nie. Gdy bardziej chcesz się przypodobać ludziom niż Bogu możesz być pewny, że jesteś stuprocentowym błaznem. A ci co nie nazywają Boga po imieniu stają przed wartościami, które mają swe ostateczne źródło w Bogu. Stając przed nimi dokonują wyboru błazeńskiej czapki.
Dla każdego chrześcijanina też otwarło się niebo i sercem wiary mogliśmy usłyszeć głos z nieba: „Tyś jest moim dzieckiem umiłowanym, w tobie mam upodobanie”. Nasi rodzice pierwsi to zauważyli, gdy mówili, jak to często słyszę w czasie chrztu: „nasz aniołek”. Papież Franciszek powiedział w czasie chrztu: „Chrzest włącza nas w ciało Kościoła, w święty Lud Boży. W tym ciele, w tym ludzie pielgrzymującym, wiara jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Jest to wiara Kościoła. Wiara Maryi, naszej Matki, wiara świętych: Józefa, Piotra, Andrzeja, Jana, wiara Apostołów i Męczenników, która dotarła aż do nas poprzez chrzest. Łańcuch wiary. To bardzo piękne. Jest to przekazywanie sobie z ręki do ręki pochodni wiary. Wyrazimy to za chwilę gestem zapalenia świecy od paschału. Wielki paschał wyobraża Chrystusa zmartwychwstałego, żywego pośród nas. Wy, rodziny, od Niego bierzecie światło wiary, by przekazać je swoim dzieciom. To światło bierzecie w Kościele, w Ciele Chrystusa, ludzie Bożym, który pielgrzymuje przez wszystkie czasy i miejsca. Nauczcie własne dzieci, że nie można być chrześcijaninem poza Kościołem, że nie można iść za Jezusem Chrystusem bez Kościoła, bo Kościół jest matką i sprawia, że możemy wzrastać w miłości i w Jezusie Chrystusie”.
Upraszczając sprawę, można powiedzieć, że w Kościele i nie tylko w nim są dwie kategorie ludzi: błazny i święci. Błazen w pierwszym rzędzie robi wszystko, aby przypodobać się ludziom, nie pytając czy to się podoba Bogu. Święty chce się przede wszystkim przypodobać Bogu, nie lekceważąc przy tym ludzkiej opinii. Postpowanie świętego nie zawsze jest święte, jednak ze względu na Boga powstaje z upadku i pragnie żyć według Jego przykazań. Szczere pragnienie podobania się Bogu, wcześniej czy później zaowocuje dobrem i nawet błazna może zamienić w świętego.


