
Jezus Chrystus jest Świadkiem Wiernym, Pierworodnym umarłych i Władcą królów ziemi. Tym, który nas miłuje i który przez swą krew uwolnił nas od naszych grzechów, i uczynił nas królestwem i kapłanami Bogu i Ojcu swojemu: Jemu chwała i moc na wieki wieków. Amen. Oto nadchodzi z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi. Tak: Amen. Jam jest Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, który jest, który był i który przychodzi, Wszechmogący.
Ap 1,5-8
W graficzny kształt moich coniedzielnych rozważań w Kurierze Plus wpisane są litery alfa i omega (Á i Ů) – pierwsza i ostatnia litera klasycznego alfabetu greckiego. Jest to nawiązanie do starotestamentowych tekstów, między innymi do proroka Izajasza: „Tak mówi Pan, Król Izraelski i jego Odkupiciel, Pan Zastępów: Ja jestem pierwszy i Ja jestem ostatni, a oprócz mnie nie ma Boga.” Św. Jan w Apokalipsie dosłownie przytacza słowa Izajasza: „Toteż gdy go ujrzałem, padłem do nóg jego jakby umarły. On zaś położył na mnie swoją prawicę i rzekł: Nie lękaj się, Jam jest pierwszy i ostatni, i żyjący. Byłem umarły, lecz oto żyję na wieki wieków i mam klucze śmierci i piekła.” Zaś w zacytowanym na wstępie fragmencie Apokalipsy św. Jan mówi: „Oto nadchodzi z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko i wszyscy, którzy Go przebili. I będą Go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi. Tak: Amen. Jam jest Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, który jest, który był i który przychodzi, Wszechmogący”. Powyższe słowa mówią o wszechmocy Boga i przypominają, że wszystko jest w Bogu i do Niego należy pierwsze i ostatnie słowo.
Słowa „początek i koniec” bardziej odnoszą się do naszej relacji z Bogiem, niż samego Boga. Bóg nie miał początku i nie będzie miał końca, Jego chwała jest odwieczna. To ze względu na nas ludzi, Bóg wcielił się i w konkretnym czasie i tak rozpoczęła się nasza historia zbawienia. I w konkretnym czasie ta nasza ziemska historia będzie miała swój koniec. Ale ten koniec stanie się początkiem naszej chwały, chwały jaką został otoczony Chrystus. A będzie to miało miejsce wtedy, gdy Chrystus stanie się Alfą i Omegą naszego życia, naszym początkiem i naszym końcem. Dzisiejsza Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata przypomina nam, że najskuteczniejszym sposobem wpisania swego życia w tajemnicę alfy i omegi jest przyjęcie Chrystusa jako Króla naszych serc.
Papież Pius XI Encykliką „Quas Primas” ustanowił powyższą uroczystość. We wspomnianej Encyklice czytamy między innymi: „Przeto, jeżeliby kiedy ludzie prywatnie i publicznie uznali nad sobą władzę królewską Chrystusa, wówczas spłynęłyby na całe społeczeństwo niesłychane dobrodziejstwa, jak należyta wolność, jak porządek i uspokojenie, jak zgoda i pokój. Jak bowiem królewska godność Pana naszego otacza powagę ziemską książąt i władców pewną czcią religijną, tak też uzacnia obowiązki i posłuszeństwo obywateli. (…). Doroczny obchód tej uroczystości napomni także i państwa, że nie tylko osoby prywatne, ale i władcy i rządy mają obowiązek publicznie czcić Chrystusa i Jego słuchać”. W ostaniem czasie polscy biskupi w liście do wiernych zwracają uwagę na to, aby uczynić w pierwszym rzędzie Chrystusa Królem naszych serc: „Nie trzeba więc Chrystusa ogłaszać Królem, wprowadzać Go na tron. Bóg Ojciec wywyższył Go ponad wszystko. Trzeba natomiast uznać i przyjąć Jego królowanie, poddać się Jego władzy, która oznacza moc obdarowywania nowym życiem, z perspektywą życia na wieki. Jezus domaga się życia Jego miłością i dzielenia się Nim z innymi. Chodzi o umiłowanie Jezusa do końca, oddanie Mu swego serca, zawierzenie Mu naszych rodzin, podjęcie posługi miłości miłosiernej i posłuszeństwo tym, których ustanowił pasterzami”.
W jednym ze swoich listów św. Piotr Klawer ukazuje, co to znaczy w praktyce uznanie Chrystusa za Króla swojego życia. „Wczoraj, 30 maja tego roku 1627, w uroczystość Trójcy Przenajświętszej, zeszło na ląd z okrętu bardzo wielu Murzynów schwytanych nad afrykańskimi rzekami. Pobiegliśmy do nich, dźwigając w dwóch koszach pomarańcze, cytryny, słodycze i inne rzeczy. Udaliśmy się do ich baraków. Mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w drugiej Gwinei. Trzeba się było przepychać przez środek tej rzeszy, zanim dotarliśmy do chorych, których była wielka liczba. Leżeli na wilgotnej, a raczej na błotnistej ziemi. Aby im ulżyć, udało się nam z odłamków cegieł i szczątków dachu zrobić lekkie wzniesienie, dzięki temu nie musieli leżeć na mokrej ziemi. I to było także ich posłanie, niestety bardzo nieprzyjemne, zwłaszcza że byli nadzy, pozbawieni jakiegokolwiek przyodziewku. Po zdjęciu płaszczy zabraliśmy się do robienia pryczy, korzystając z tego, co znaleźliśmy w składzie. W ten sposób przygotowaliśmy miejsca dla chorych, gdzie ich przenieśliśmy, przedzierając się przez zbity tłum. Następnie podzieliliśmy się na dwie grupy: do jednej poszedł mój towarzysz z tłumaczem, a do drugiej ja sam. Dwaj Murzyni byli bliscy śmierci, niemal zimni, trudno było nawet uchwycić puls. Z zebranych resztek dachu przygotowaliśmy ognisko i rozpaliliśmy je pośrodku chorych. Potem do ogniska wrzuciliśmy wonności, jakie mieliśmy w kieszeniach, zużywając wszystkie. Następnie przykryliśmy ich naszymi płaszczami, oni sami bowiem nie mieli nic, a nie udało się nam uzyskać czegokolwiek od ich panów. To ich rozgrzało i ożywiło. Można było dostrzec w ich oczach radość, z jaką na nas patrzyli. W taki sposób przemówiliśmy do nich – nie słowem, lecz czynami naszych rąk. Jakakolwiek inna mowa nie dotarłaby do nich, gdyż byli przekonani, że ich przywieziono na pożarcie. My zaś siadaliśmy lub klękaliśmy przy nich, myjąc winem ich twarze i ciała, starając się ich rozweselić dobrym słowem oraz nawiązać do różnych naturalnych sytuacji, mogących chorych jakoś pobudzić do radości”.
Możemy nie dostrzegać Chrystusa Króla w koronie czy bez, ale On istnieje i czeka, abyśmy go postawili w naszym sercu na pierwszym miejscu. Aby był dla Drogą, Prawdą i Życiem. Dla ilustracji tej prawdy przytoczę anegdotę, choć możliwe, że nie jest to anegdota, tylko prawdziwe zdarzenie. Wędrowny kaznodzieja wstąpił do fryzjera i zaczął go ewangelizować. Zdziwiony fryzjer spojrzał na niego i powiedział: „Ja nie wierzę w Boga, bo On nie istniej. Bo gdyby On był, to świat byłby lepszy, nie byłoby tyle zła. Bóg nie pozwoliłby aby zabijano niewinnych ludzi w tym także dzieci. Nie byłoby obozów koncentracyjnych, umierających uchodźców. Kaznodzieja zaczął tłumaczyć, że to zło nie pochodzi od Boga, ale od ludzi, którym Bóg dał wolną wolę. Ale fryzjer nie chciał słuchać. Kaznodzieja grzecznie przeprosił go za najście i powiedział, że przyjdzie następnym razem. Rzeczywiście przyszedł następnego dnia, ale tym razem z zarośniętym bezdomnym. Wszedł do zakładu i powiedział do fryzjera: „Wie pan, że na świecie niema fryzjerów”. Fryzjer spojrzał na niego i odpowiedział: „Plecie pan bzdury, przecież ja jestem fryzjerem”. Widzi pan, gdyby byli na świecie fryzjerzy, to nie byłoby tak zaniedbanych i zarośniętych ludzi”. Po tych słowach kaznodzieja wyszedł, zostawiając zdumionego fryzjera z refleksją, że może rzeczywiście Bóg istnieje, trzeba go tylko odnaleźć i przyjść do Niego.
Tacy ludzie jak św. Piotr Klawer, którzy obrali Chrystusa za Króla swego serca upewniają nas, że jest Chrystus Król, jest Jego Królestwo i jest w nim miejsce dla każdego z nas. Musimy jednak przyjąć Chrystusa jako alfę i omegę naszego życia.
m


