Moje strachy

Zapytano mnie, a pytanie to brzmi mi jeszcze w uszach, czy już przestałem się bać. Miało to oczywiście związek z hekatombą, którą ciągle jeszcze przeżywamy. Odpowiedziałem, że tak, ale uświadomiłem sobie natychmiast, że na dobrą sprawę strach do mnie jeszcze nie dotarł. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że wszystko to co mogłem gołym okiem obserwować, zostało odrealnione przez obraz telewizyjny - chociaż nie miałem wątpliwości, że te straszne rzeczy dzieją się naprawdę, jakieś niedowierzanie gdzieś w podświadomości kołatało się jednak.

Atoli po chwili, w której poszukiwałem w sobie jakichś oznak strachu, serce zaczęło mi przyśpieszać i teraz boję się coraz bardziej. Muszę wyznać, że mój strach ma swoje źródło w tym wszystkim, czego jestem świadkiem na bieżąco. Przyszedł do mnie mój strach, kiedy opadła fala prawdziwego wzruszenia tyloma przejawami wielkości ludzkiego ducha, współczucia i solidarności z najbardziej pokrzywdzonymi. Kiedy coś chwytało mnie za gardło przy chóralnym "God bless America" lub na widok palących się świec i powiewających tysięcy gwiaździstych sztandarów.

Pierwsze ledwie, ledwie uświadamiane ukłucie strachu poczułem, kiedy usłyszałem, że Wielki Naród stoi murem za swoim prezydentem. Pomyślałem przez chwilę, czy jakikolwiek zwykły śmiertelnik jest w stanie udźwignąć presję milionów ten mur tworzących, w dodatku słusznie przeświadczonych o swojej potędze. Zatrwożyłem się nie wiedząc w która stronę może ruszyć usłyszawszy za sobą gromkie "Wodzu prowadź!". Zadrżałem słysząc pomruki o odwecie, a jeszcze bardziej o zapolowaniu; zadrżałem ponieważ te, jak najbardziej skądinąd zrozumiałe pogróżki, były rzucane ot tak sobie, w przestrzeń, bez konkretnego adresata. Szybko pocieszyłem się jednak myślą, że to co podsuwała mi skażona skromną wiedzą historyczną wyobraźnia, nie może przecież się powtórzyć w kraju o najwyżej rozwiniętej demokracji.

I znów się przestraszyłem, kiedy wyczytałem wyniki sondażu, z których wynikało, że 75% stojącego murem narodu zgadza się z tym, że w wyniku działań odwetowych mogą paść niewinne ofiary i, że tylko o 4% zmalała liczba tych, którzy zgadzają się także na ofiary po stronie amerykańskiej. Bardziej jednak niż te wyniki, przestraszyło mnie to, że żadna ankieta nie zawierała dalszych pytań w rodzaju: czy zgadzasz się także na śmierć swojego syna? Na zburzenie twojego domu? Na odwetowe zbombardowanie twojego miasta?

Mój przestrach uległ zwiększeniu, kiedy moja znajoma, pani Krysia, która spotykam czasami w naszym polish deli, powiedziała kategorycznie, że ona sama osobiście to by tych Arabów do trzeciego pokolenia...wiadomo co. I wcale nie dodało mi otuchy zapewnienie p. Krysi, że żadnych nielegalnych, oprócz Arabów, nie będą ruszać. Przestraszyłem się przeczytaną w gazecie pogardliwą uwagą o tym, że nareszcie będą musieli zamilknąć "te pięknoduchy - zieloni". Mój strach nie ustępuje także na widok strażaków i policjantów nowojorskich włączonych do pompy związanej z ponownym otwieraniem giełdy - nasi bohaterowie zrobili swoje, niech sobie teraz poprzyciskają guziczki, a my wracajmy co prędzej do tego, co najważniejsze. A wiec: "tak wiele trzeba zmienić, żeby wszystko zostało po staremu"? Żadnych wniosków?

Są mędrcy, którzy ostrzegają przed stale powiększającą się przepaścią miedzy bogactwem a nędzą, ale kto ma teraz czas słuchać mędrców?. Biznes musi się kręcić. Każdy dzień przestoju to olbrzymie straty.

Mój strach rośnie ale rozsądek skrzeczy: czego się spodziewałeś głupcze, że tym razem, tyle niewinnych ofiar złożonych piekłu sprawi, że wołanie "zło dobrem zwyciężaj!" nabierze dla nas godnego siebie znaczenia?



Michał Osiecimski
Zdjęcie: Maciej Swuliński