Dziewczyna ze Szczecina
 
 

Zwiedzając i opisując różne zakątki naszego rodzinnego kraju, trudno nie wspomnieć o miejscu swego pochodzenia, czyli – jak to powiadano w czasach śp. komunizmu – „dzikim zachodzie” Polski. Odkąd sięgam pamięcią w czasy wczesnego dzieciństwa, byłam związana ze Szczecinem i rosłam wraz z nim. Różne koleje losu przechodziło moje miasto, było miastem szczególnie zaniedbanym i pokrzywdzonym przez los, było odległym od stolicy „dzikim zachodem” – gdzie władza, władzą, ale ludzie żyli swoimi prawami, wśród których najważniejsze było prawo silniejszego. Potem, w czasach Edwarda Gierka, usiłowano zrobić ze Szczecina „okno wystawowe” ówczesnego „realnego socjalizmu”, o tyle ważne, że spośród wielkich miast polskich właśnie Szczecin jest najbardziej wysunięty na zachód. Wszystko to było, minęło… Dziś Szczecin jest po prostu pięknym – na pewno wartym odwiedzenia – kwitnącym miastem, bardziej chyba europejskim niż pozostała część Polski. Stało się to nie z odgórnego nakazu, nie z centralnych inwestycji, których Szczecinowi zawsze skąpiono, ale w wyniku działania mechanizmów rynku, gospodarki i życia społecznego, które po upadku komunizmu po prostu swobodnie działają.

SŁOWIAŃSCY WIKINGOWIE

Początki Szczecina są jeszcze dawniejsze niż Gdańska, bo sięgają VIII wieku, kiedy był tu już gród plemienny jakoś tam sobie wegetujący w cieniu świetności Wolina i Rugii, bowiem na tych dwu nadmorskich wyspach skupiała się potęga i bogactwo ówczesnych Słowian zasiedlających ujście Odry. Mało znany to epizod z dziejów bynajmniej nie Polski, ale nie istniejącego już potężnego słowiańskiego narodu morskiego wytępionego potem głównie przez Niemców, ale nie bez pomocy Duńczyków i Polaków. Był to naród morski i wojowniczy, niczym nie ustępujący słynnym skandynawskim Wikingom, podobnie jak oni żyjący głównie z wypraw wojennych i związanego z tym rozboju. Na swych długich łodziach wyprawiali się przeciw duńskim i szwedzkim grodom łupiąc je jak tylko się dało. Parokrotnie Wolinianie zdobywali Kopenhagę, toczyli ze zmiennym szczęściem bitwy morskie z ościennymi plemionami. Tworząca się nad Wartą i Wisłą Polska, mało ich interesowała.

Byli poganami, przywiązanymi do swych bożków Trzygława i Światowida, którego główna świątynia znajdowała się na niemieckiej dziś wyspie Rugii. Ich opór wobec chrześcijaństwa sprawił, że musieli upaść wobec zbrojnej presji ze wszystkich stron. Tak Mieszko I i Bolesław Chrobry zbrojnie podporządkowywali sobie Pomorze Zachodnie, ale dopiero rozbicie wojska zachodniopomorskiego przez Bolesława Krzywoustego pod Strugą w 1121 roku umożliwiło mu zajęcie Szczecina i jego chrystianizację w dwa lata później.

Prawa miejskie otrzymuje Szczecin w 1243 roku i staje się stolicą książęcą Gryfitów, dynastii władającej Pomorzem Zachodnim i rezydującej na szczecińskim zamku zbudowanym w połowie XIV wieku przez księcia Barnima III zwanego „Wielkim”. Słowiańskie państwo Gryfitów opierało się skutecznie tak Niemcom, jak i Polsce. Ostatni z dynastii Bogusław XIV zmarł w 1637 roku przekazując w testamencie swoje berło królom szwedzkim, którzy zresztą kilka lat wcześniej zbrojnie opanowali księstwo. W roku 1657 w pogoni za Szwedami staje pod murami miasta słynny hetman Stefan Czarniecki. W 1705 rezyduje tu wygnany z Polski król Stefan Leszczyński. Dopiero w 1720 roku Szwecja pokojowo odstępuje ujście Odry królowi Prus. Miasto w swych burzliwych dziejach należało zresztą do Polski, Szwecji, Danii, Prus, Francji.

CZY TU W OGÓLE BĘDZIE POLSKA?

Panowanie niemieckie nie było więc tutaj długie, ale pozostawiło liczne ślady, bo wiek XIX był dla całej Europy okresem rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego. Położony u ujścia Odry Szczecin stał się wielkim portem obsługującym wschodnią część Niemiec. Od Berlina dzieli go zaledwie 100 kilometrów, od Warszawy prawie 400. Choć ustalona w Jałcie i Poczdamie granica polsko-niemiecka miała przebiegać wzdłuż Odry, długo nie było wiadomo, komu przypadnie miasto położone w większości na jej zachodnim brzegu. Armia Czerwona nie patyczkowała się zresztą z ziemiami uznawanymi za niemieckie i Szczecin został w 75 procentach zrujnowany, a potem Sowieci wzięli się za systematyczny rabunek wszystkiego, co dało się wywieźć na wschód. Na początku wpuszczono tu polskie władze, potem kazano im się wynieść, wreszcie pozwolono wejść ponownie i wyludnione, pełne ruin miasto-widmo zaczęło zapełniać się repatriantami z Wileńszczyzny zajętej przez Sowiety albo przybyszami z centralnej Polski, którym wojna zabrała domy, dobytek i zwykle nadzieję. Nieszczęście zrujnowanego miasta spotkało się z nieszczęściem ludzi, którym życie zrujnowała wojna i polityka wielkich mocarstw. Odbudowa miasta była celowo hamowana przez Warszawę, a sami nowo przybyli szczecinianie nie byli pewni swego dalszego losu, nie myśleli więc o zapuszczaniu korzeni, raczej o przetrwaniu. Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, to bezmiar gruzów. Chociaż do znanej w Szczecinie szkoły żeńskiej im. Janiny Szczerskiej miałam zaledwie 200 metrów, to rodzice kazali mi zawsze chodzić środkiem ulicy, nigdy chodnikami. W gruzowiskach koczowały przeróżne męty, a napady były na porządku dziennym. Prym w bezprawiu „dzikiego zachodu” komunistycznej Polski wiodła stacjonująca w mieście Armia Czerwona, a pijani sołdaci byli najczęściej sprawcami pobić, rabunków i morderstw. Niewiele zmieniło się w latach sześćdziesiątych. Pamiętam jak Francuzi kręcili w Szczecinie filmy o wojnie zwabieni obrazem miasta pełnego nie uprzątniętych ruin. Przyciągało ich też podobieństwo Szczecina i Paryża, ponieważ w XIX wieku rozbudowę miasta planowali urbaniści z tej samej francuskiej szkoły, która stworzyła sławne bulwary paryskie wysadzane pięknymi drzewami i zbiegające się gwiaździście na obszernych rondach. Nawiasem mówiąc jedynym miastem amerykańskim ukształtowanym przez podobne myślenie urbanistyczne jest nasza stolica – Waszyngton – który prócz typowo amerykańskiej siatki prostopadłych ulic i alej, ma jeszcze drugą siatkę zbiegających się gwiaździście bulwarów wzorowanych na paryskich.

Ten lęk przed napaścią z gruzów był chyba znakiem rozpoznawczym szczecinian z tamtych trudnych lat. Kiedy studiowałam na politechnice, niewiele się zmieniło. Odbudowa miasta poważniej ruszyła dopiero w czasach Edwarda Gierka. Szczecin był zresztą jedynym ze zbuntowanych w krwawym grudniu 1970 roku miast Wybrzeża, gdzie robotnicy strajkowali dwukrotnie, po raz drugi w styczniu 1971. Przyjechał wtedy do stoczni pokorny jeszcze Gierek ze świtą i mocno się tłumaczył przed rozeźlonymi ludźmi. Wystraszony generał Wojciech Jaruzelski groził wtedy interwencją sowiecką i chyba już mu to zostało na później. Ale lęku, nawyku chodzenia środkiem ulicy i ostrożnego rozglądania się na boki, pozbyłam się dopiero w Nowym Jorku. Może brzmi to dziwne, ale tak było.

CARYCA I KSIĄŻĘ

Innym obrazem z mojej pamięci jest zabytkowy plac Orła Białego (niegdyś zwany „Targiem Końskim”) z ocalałą barokową studnią-fontanną z 1732 roku i klasycystycznym „pałacem pod globusem”. Przy placu był kryty basen, gdzie uczyłam się pływać. Wśród okolicznych ruin ocalała zabytkowa kamieniczka, gdzie w 1729 roku w podrzędnym niemieckim rodzie książęcym Anhalt-Zerbst urodziła się dziewczynka, której nadano imiona Zofia Dorota Augusta Luiza, znana potem jako caryca Rosji Katarzyna II. Źle zapisała się nie tylko w dziejach Polski, jako promotorka kolejnych rozbiorów, ale też w dziejach Ukrainy, bo ona to właśnie zniszczyła resztki samorządności Kozaków. Rosjanie jednak zwą ją uparcie „Wielką”. Z rodzinnym miastem związków później nie kultywowała.

Zwiedzanie szczecińskich zabytków najlepiej zacząć od zamku książąt pomorskich położonego na wzgórzu nad Odrą. Tutaj był gród słowiański, a wykopaliska pozwoliły odkryć ślady osiedla sprzed 2500 lat. Dzieło Barnima III kontynuowali następcy dobudowując kolejne skrzydła lub przetwarzając całość w duchu aktualnej epoki, tak jak książę Jan Fryderyk, który kazał gotycką budowlę w połowie XVI wieku przebudować w stylu renesansowym. Dobrym duchem tego miejsca jest Bogusław X Wielki, wychowanek dworu polskiego, małżonek Anny Jagiellonki, który scala pod swoim panowaniem kilka księstw zachodniopomorskich i ustala tutaj ich stolicę. Posągi książęcego małżeństwa stoją nieopodal. Zniszczony podczas wojny zamek odbudowano etapami i dziś jest to centrum kulturalne, gdzie odbywają się wystawy, przedstawienia i koncerty. Ze wzgórza – a zwłaszcza z platformy na wieży – roztacza się wspaniały widok na miasto i rozlewającą się u stóp zamku zachodnią odnogę Odry.

Dumając o tym, co by było, gdyby Polska Jagiellonów w okresie swego „złotego wieku” wykazała więcej zainteresowania tym słowiańskim państwem (a były przecież projekty unii!), ruszam na Stare Miasto. Tu znowu osacza mnie magia wspomnień. W czasach dzieciństwa jedyną ocalałą zabytkową budowlą na Starym Mieście była kamienica przy ulicy Farnej 1, gdzie mieszkała moja koleżanka. Nawet z najsłynniejszego zabytku mieszczańskiego Szczecina – słynnej gotyckiej „kamienicy Loitzów” – pozostał wypalony szkielet. Piękny dziś Ratusz Staromiejski – w którym mieści się Muzeum Historii Szczecina – został całkowicie zrekonstruowany, podobnie jak renesansowe kamienice. Zniszczenia szczecińskiej Starówki były jeszcze straszniejsze niż gdańskiej, bo tam z pożaru ocalały przynajmniej ściany; tu alianckie i sowieckie bomby zmiażdżyły wszystko. Co więcej, jeśli Gdańsk zaczęto odbudowywać jeszcze w latach pięćdziesiątych, to Szczecin w ćwierć wieku później, a praktycznie rekonstrukcja Starego Miasta, to dopiero ostatnie lata, już po upadku komunizmu. Ale za to jakie piękne… Jak nowe!

W Szczecinie jest wiele budowli istniejących od niebywale dawnych lat, jednak wielokrotnie przebudowywanych. Wyjąwszy ostatnią wojnę i wyjątkowo zły dla miasta okres komunizmu, Szczecin był bogatym grodem kupieckim, gdzie co pewien czas przebudowywano – jak w zachodnioeuropejskich stolicach – wszystko na aktualną modłę. Ot taki niepozorny Most Długi, jeden z licznych w Szczecinie: istniał już w XIII wieku! Katedra św. Jakuba Apostoła powstała w 1187 roku. I tak dalej, i tak dalej… Tylko dwie piękne bramy, Portowa i Hołdu Pruskiego są budowlami barokowymi, częściami XVII-wiecznych fortyfikacji założonych już po przejęciu miasta przez Prusy.

NA BERLIŃSKIM PRZEDMIEŚCIU

Salonem Szczecina są na pewno Wały Chrobrego, ciąg pruskich, neogotyckich budowli na wysokim brzegu Odry, ze wspaniałym widokiem na rzekę i port. Tu odbywają się różne uroczystości i parady, stąd wypływają stateczki, którymi można zwiedzać port, labirynt odrzańskich wysp i odnóg, albo popłynąć na wyspę Uznam (należącą tylko częściowo do Polski), do Świnoujścia, portu położonego już nad samym Bałtykiem. Na Wałach Chrobrego mieści się Muzeum Narodowe, Wyższa Szkoła Morska, Teatr Współczesny. Tutaj, choć znajdujemy się daleko w głębi lądu, czuje się morskość tego niezwykłego miasta, szeroki oddech oceanów. To doprawdy niezwykłe, że pod tym względem Szczecin – skąd do morza trzeba jeszcze długo płynąć Odrą – niewątpliwie przewyższa Gdańsk, położony tuż nad Bałtykiem. Może to nazwy ulic? W Szczecinie przybysz spotyka ulice Krzysztofa Kolumba, Henryka Żeglarza, Vasco da Gama i wszystkich chyba odkrywców, jacy zapisali się w kulturze światowej. W Gdańsku tego nie ma, ulice nie kuszą echem nieznanych wysp.

Innym salonem miasta są słynne bulwary wzorowane na paryskich. One akurat zostały zniszczone najmniej, choć bogata secesyjna zabudowa jest zdewastowana przez komunistyczne zaniedbanie i czeka na przywrócenie świetności. Warto zwiedzić bulwarową oś przetykaną gwiaździstymi placami: Grunwaldzkim, Lotników, Żołnierza, jej częścią jest słynna „aleja fontann” czyli aleja Jedności Narodowej. Coraz więcej tu małych kawiarenek, ogródkowych restauracji, kwitnie życie, a uroku dodają mu liczne wodotryski i prawie nie występujące w Polsce – bo charakterystyczne dla cieplejszego klimatu – potężne drzewa platanowe. Najwięcej ich jest na pobliskich Jasnych Błoniach przechodzących w reprezentacyjny Park Kasprowicza z pięknym jeziorem Rusałka i naturalnym amfiteatrem.

Klimat Szczecina jest morski, wilgotny, a jednocześnie ciepły i łagodny, prawie bez zimy. Dlatego jest to wiosną miasto kwitnących magnolii. Tak jak Waszyngton przez niespełna dwa tygodnie staje się biały od kwitnących wiśni, tak samo Szczecin, a zwłaszcza jego skwery i bulwary stają się bladoróżowe. Dzięki klimatowi Szczecin jest pełen zieleni. Nie ma innego miasta w Polsce, gdzie rosną nie spotykane gdzie indziej drzewa i krzewy, nawet winorośl – której nad Wisłą jest, jak wiadomo, za zimno – tutaj rośnie masowo, jak w krajach Południa. Ta bujna zieleń dobrotliwie przysłaniała nawet liszaje komunizmu.

W ostatnich czasach Szczecin musi kojarzyć się też z Niemcami, tym bardziej że do Berlina jest tak blisko. Otwarcie granic sprawia, że szczecinianin udający się na przykład do Nowego Jorku częściej wybiera jako miejsce startu lotnisko w Berlinie, a nie w Warszawie. Wielu Niemców – których masowo widuje się na szczecińskich ulicach i w szczecińskich hotelach – przyjeżdża tutaj aby przypomnieć sobie „stare, dobre czasy”. Ale jeszcze więcej, zwłaszcza młodszych, przyjeżdża aby robić interesy, albo szuka wypoczynku w okolicach miasta otoczonego wielkim obszarem lasów przetykanych uroczymi jeziorami. Ten obustronny ruch polsko-niemiecki jest po prostu znamieniem czasów, jakie nadchodzą: zjednoczonej Europy. Jej symbolem jest wspólna polsko – duńsko – niemiecka brygada NATO organizująca się właśnie w Szczecinie, jedyna w Polsce międzynarodowa jednostka wojskowa.

Ale ja też – jako szczecinianka – mam w swej duszy epizod niemiecki. Gdy w latach 70., pozwolono nam jeździć bez paszportów do NRD, bywałam tam często, po prostu na zakupach. Z paszportem z kolei mogłam odwiedzać Berlin Zachodni, o czym obywatele NRD nawet marzyć nie mogli. Te podróże rodziły nie tylko złość na ówczesną PRL-owską rzeczywistość komunistyczną, która była coraz dokuczliwsza. Rodziły także marzenie o podróżach dalszych, piękniejszych, bardziej owocnych. „A dlaczego nie do Nowego Jorku?” – pomyślałam sobie kiedyś na berlińskim bruku i zaraz przeraziłam się własnej śmiałości. Wielu znajomych też się śmiało z mojej spontaniczności. Nie wiedziałam jeszcze, że właśnie wtedy wymyśliłam sobie życie.
 


Jagoda Szczurowska

(E-mail: jintn@asiaaccess.net.thsp)