Kurier Plus - 14 stycznia 2006, Numer 593 (925)
Kartki z przemijania
Andrzej Józef Dąbrowski
Moja złota kotka wpadła w okres takiej zazdrości o pisanie na komputerze, że już nie tylko gryzie mi palce podczas pisania, ale rozkłada się na klawiaturze całym swoim futerko-wym jestestwem. Walczę z nią od kilku już minut, ale bez sukcesu, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak zamknięcie jej w drugim pokoju. Złotka izolacji nie znosi, co oznacza to, że za chwilę rozlegnie się z tegoż pokoju ostrzegające miauczenie, a później urządzi tam pobojowisko, zrzucając na podłogę wszystko, co się da zrzucić, nie wyłączając książek z regałów i obrazów ze ścian, ale trudno - albo tekst, albo porządek.
Andrzej Szpilman, wraz z życzeniami noworocznymi przysłał mi informację o tym, że jego ojciec - Władysław Szpilman, znany pianista i kompozytor, bohater filmu "Pianista" Romana Polańskiego, był w latach 60. i 70. inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Esbecja zainteresowała się Szpilmanem po wojnie izraelsko-arabskiej w 1967 r. Muzyka pilnował m.in. tajny współpracownik posługujący się pseudonimem Leon, który składał raporty o tym, co Szpilman mówi znajomym. Artysta naraził się SB stwierdzeniem, że w konflikcie izraelsko-arabskim, Polska nie powinna się angażować tylko po stronie Arabów. Ostatecznie ówczesne władze polskie zdecydowały się odstawić artystę na boczny tor i na długie lata zniknął on z mediów. Po przeczytaniu tej wiadomości, nie ukrywam, że dziwi mnie zdumienie Andrzeja. Naiwnością było przekonanie, że skoro SB tropi po 1967 roku znakomitości polskie pochodzenia żydowskiego, to akurat Szpilmana pozostawi w spokoju. Na szczęście nie obrzydzono mu życia w takim stopniu, żeby nie pozostało mu nic innego, jak opuszczenie Polski, choć - jak się domyślam - ten wariant brał on pod uwagę. Podczas swoich podróży po świecie spotykam Polaków pochodzenia żydowskiego i polskich Żydów, których po 1968 roku zmuszono do opuszczenia Polski. Dla wielu była to tragedia, z której do dziś nie mogą się otrząsnąć.
Zieoceniona TV Polonia wyemitowała film dokumentalny o słynnym departamencie IV, działającym w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych w latach PRL. Jego zadaniem było inwigilowanie księży, zwłaszcza tych których podejrzewano o sprzyjanie opozycji działającej w latach 70. i 80. Film ten złożony jest z wywiadów z byłymi ubekami, śledzącymi duchownych i zastawiającymi na nich rozmaite pułapki. Odsłonili oni mechanizm działania owego departamentu i opowiedzieli o "pracy" zarówno tych, co zatrudnieniu byli na górze, jak i zwykłych agentów węszących w terenie. Sztandarowym przykładem było nękanie proboszcza parafii w Zbroszy Dużej pod Grójcem. Tylko jeden wywiadowany zdecydował się pokazać twarz, pozostali filmowani byli z tyłu, w nie dających się zidentyfikować pomieszczeniach. Wszyscy mieli przepite głosy. I właśnie ten, który pokazał twarz, jako jedyny, przyznał iż żałuje, że przez 27 lat pracował w SB. Jeden z rozmówców wskazał miejsce pod Grójcem, gdzie spalono archiwum tegoż departamentu. Dziś nie sposób oskarżyć kogokolwiek z jego pracowników. Skoro o oskarżeniach mowa, zdumiewa mnie, że w nowej Polsce nie stanęli przed sądem ci sędziowie, którzy manipulowali procesami i wydawali skazujące wyroki na działaczy opozycji. Osobiście oskarżyłbym także osławioną prokurator Bardonową, która podczas procesu w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka wsadziła do więzienia pracowników Pogotowia Ratunkowego zamiast milicjantów, którzy okazali się mordercami. To oczywiście tylko jeden z wielu przykładów. Najciekawsze jest jednak to, że samo środowisko sędziowskie nie dokonało wewnętrznego oczyszczenia i nie pozbyło się tych, którzy je skompromitowali. Sędziowie wiedzą, że rzuca to nań poważny cień, ale jakoś się z tym godzą. Okropność!
W tejże TV Polonia w programie "Świadkowie nieznanej historii" przypomniano losy 35 tysięcy mieszkańców Górnego Śląska wywiezionych w 1945 roku w głąb Związku Sowieckiego. Nie wiedziałem o tym. Pora, żeby ktoś z historyków zajął się tym tematem.
Obojętnie przyjęty został przez nadwiślańskie media szlachetny gest kanclerza Niemiec - Angeli Merkel, która na rzecz najuboższych regionów w Polsce odpisała część pieniędzy otrzymanych przez jej kraj z Unii Europejskiej. Narodowa prasa w ogóle fakt ten zignorowała. No cóż, nie pasuje jej to widocznie do koncepcji wroga, którego Polska zawsze przecież musi mieć.
Wielkie larum wzniecono nad Wisłą z powodu wypowiedzi ambasadora Wielkiej Brytanii w Warszawie, który zauważył, iż Anglia zaoferowała Polakom więcej miejsc pracy, niż zrobiła to Polska przez ostatnie lata. A przecież to prawda. Rodakom jakoś trudno przychodzi zauważenie tego, co inni dla nich robią. Zawsze też uważają, że należy im się więcej.
Dobija mnie niemożność porozumienia się Prawa i Sprawiedliwości z Platformą Obywatelską. (Piszę to 11 stycznia). Przecież od wiosny obie partie wiedziały, że będą współrządzić i obie deklarowały, że wszystko mają już wielokrotnie obgadane. PiS o brak koalicji oskarża dziś PO, PO zaś PiS. Komu wierzyć, gdzie jest prawda?
Kiedy spaceruję po dzielnicy East Village, gdzie mieszkam, coraz częściej zauważam w oknach mieszkań hasła przeciw Bushowi, spośród których "Wystrzeliwaj mniej pocisków a czytaj więcej książek!" jest zawołaniem najsubtelniejszym.
Pani Halina Jensen była uprzejma źle zrozumieć moją uwagę poczynioną na marginesie jej artykułu pt. "Demokratyczny amok i republikańskie głupstwa". Chodziło mi w niej o zwrócenie uwagi na podobieństwo metod walki politycznej stosowanych przez lewicę i prawicę. Uwaga ta nie była polemiką z artykułem, o którym napisałem, iż jest "wielce interesujący", ani atakiem na jego autorkę, z której spostrzeżeniami się przecież zgodziłem, chcąc je jedynie dopełnić. Niewybredny odwet, jaki usiłuje teraz wziąć na mnie pani Jensen, upewnia mnie w przekonaniu, że z prawa - podobnie jak z lewa - nie zawsze lepiej widać.
