Całą noc jechałam pociągiem. Za oknem pola spowite mgłą. Cienie drzew. Krajobraz posępny raczej i cmentarny. W przedziale ciężkie, finezyjnie udrapowane zasłony. I szklanka z parującą herbatą. Do Władywostoku jeszcze trzy godziny– powiedział głos z offu. I wiedziałam, że muszę wysiąść. Z tego snu. Była 8:05. W Nowym Jorku padał deszcz. Nadwyrężony klimatyzator naśladował stukot kół o szyny. Pomyślałam, że wąski pokój z powodzeniem mógłby udawać wagon kolei transsyberyjskiej. Nie bez powodu ten styl zabudowy określa się mianem „railroad”. W wersji polonijnej: mieszkanie typu „subway”. Ciasne, długie pokoje ustawione w ciągu. Jak wagony metra. Nasze jest złamane korytarzem. I dość jasne, bo w każdym pomieszczeniu jest przynajmniej jedno okno. Ale o ósmej rano, w ten deszczowy wtorek, dojmujące uczucie nadciągającej apokalipsy, każe się zastanowić czy podźwignięcie się z niebytu jest konieczne, a jeśli tak, to czy na pewno celowe.

Wstałam. Wpuściłam zmokniętego kota, który odkąd wróciliśmy z wakacji, okazuje nam nieco mniej wzgardy niż zwykle. Wcześniejszą nieprzysiadalność zamienił na ostentacyjną adorację, co wprowadza w stan pogodnego osłupienia. Ale i potęguje poczucie winy. Że nie było nas zbyt długo. Że porzuciliśmy (nie)boskie stworzenie na pastwę ridgewoodzkich ulic, płotów i dachów. Że zatrzasnęliśmy okno życia. Przed różowym nosem. Który teraz ociera się o wyciągnięte dłonie i niewerbalnie wyznaje miłość. A może chodzi jedynie o przywiązanie. Do krewetek. I puszek z wołowiną. Nadlatujących z nieba przynajmniej trzy razy dziennie, siedem dni w tygodniu. Jesteś tylko otwieraczem do konserw– brzmi pierwsza z wielu zasad ustanowionych przez koty dla ich ludzi. Nie wyobrażaj sobie za dużo.

*
Nigdy nie będzie takiego lata. Myślę na głos. Podrygując lewą stopą w nagrzanym piasku. W rytm piosenki, która choć na wskroś polska, to całkiem konweniuje. Ze wschodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. I kolejnym sennym popołudniem. Kiedy można absorbować promienie słoneczne. Aż czerwony pasek na skórze nie powiadomi: ładowanie zakończone: 100 %. Dogadzamy sobie. Folgujemy. Odpuszczamy. Biorąc odwet za wszystkie wakacje spędzane w klimatyzowanych pomieszczeniach i na zatłoczonych przystankach metra. W fetorze śmieci gnijących w czarnych workach na chodnikach. W tłumie spoconych. Znękanych. Wkurwionych. Którzy przepychają się w wąskich tunelach. Byle szybciej opuścić nowojorskie inferno. Uciec przed napierającym latem. Wpełznąć z powrotem w chłodne jamki mieszkań. Zasnąć. I nie obudzić aż do jesieni.

Peregrynujemy. Do okolicznych zbiorników wodnych. I w miejsca ocienione, rzadko uczęszczane. W czwartek odwiedzamy The Cloisters. I wystawę zatytułowaną „Heavenly Bodies: Fashion and the Catholic Imagination”, która jest częścią większej całości prezentowanej w Metropolitan Museum na Manhattanie. Inspirowane Biblią i historią kościoła suknie najwybitniejszych projektantów mody (Alexander McQueen, Dolce&Gabanna, domy mody: Chanel, Versace, YSL i wiele innych) w surowych wnętrzach klasztornych kaplic robią piorunujące wrażenie. Do Nowego Jorku przyjechało z Rzymu około 40 eksponatów, na co dzień przechowywanych m.in. w zakrystii Kaplicy Sykstyńskiej. Wiele z nich nigdy nie opuszczało Watykanu. Komisarz wystawy Andrew Bolton ujawnił, że negocjacje ze Stolicą Apostolską zabrały dwa lata, podczas których osiem razy musiał polecieć do Watykanu. Otwartej w maju wystawie patronuje Anna Wintour i przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury kard. Gianfranco Ravasi. „Częścią siły Kościoła był wygląd i strój” – stwierdziła w jednym z wywiadów szefowa „Vogue’a”, a wtórował jej papieski biblista, mówiąc, że „ubranie jest zarówno fizyczną koniecznością, jak i aktem głęboko symbolicznym, wspomnianym już w biblijnej historii Adama i Ewy”.

W jednej z kaplic, o cechach typowych dla architektury romańskiej (grube mury, małe okna, łuki) stoi postać w białej szacie. Czytam w opisie, że stożkowata, surowa suknia inspirowana jest sakramentami chrztu i pierwszej komunii świętej. Na tle słynnych gobelinów występuje z kolei kreacja skomponowana z setek tiulowych wstążek, w którą, gdy przyjrzeć się bliżej, wpisany jest jednorożec; haftowany złotą nicią ginie w miękkich fałdach materiału. Na twarzy manekina spływają, niczym strużki krwi, czerwone włosy. Dramatycznie. Drapieżnie. Intrygująco. Naszą uwagę zwraca akcent polski i suknia inspirowana obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej (aksamitna peleryna ozdobiona gwiazdami). Postaci wiszą niemal pod sufitem, jak gdyby lewitowały.

*
Odpoczywamy w cieniu kamiennych murów. Karmimy wróble dokazujące w ogrodzie. Patrzymy na rzekę Hudson, której leniwe wody donikąd się nie spieszą. Ukołysani słońcem. Ululani długim, gorącym latem. Grzęźniemy w gęstym lepkim lipcu.