Co ja naprawdę wiem o Polsce? Jestem tu już prawie dwa lata, ale wiem tyle co nic.

I dobrze mi z tym. Jestem bowiem obserwatorem, a nie uczestnikiem. Oglądam, lecz nie biorę udziału. Problemy zauważam, ale mnie nie dotyczą. Widzę ceny na towarach lecz nie ślęczę nad domowym budżetem, by zaplanować wydatki. Wdycham w zimie ohydne, smogowe powietrze ale już za późno w moim życiu, żeby mnie to wykończyło. Widzę wielu palaczy i słyszę o narkomanach ale w tym wieku już się nie uzależnię. Zauważam mężczyzn młodych i starych oraz ich partnerki, zniszczonych wódą, potwornie skacowanych, rozpoczynających pod sklepem alkoholowym kolejny dzień zmarnowanego życia. Ja zaś, jak za długo pobędę w barach, wracam do domu taksówką. Jest pewna różnica.
Czytam o złym stanie polskiej służby zdrowia. Słyszę o strajkach mało zarabiających lekarzy i opowieści, jak ktoś dostał termin zabiegu na przyszły rok. Ja tylko jeżdziłem z Ojcem do szpitala na rutynowe badania – i nie było tak źle. Za symboliczną opłatą przyjeżdżała pod dom karetka, grzeczni sanitariusze wnosili do niej Tatę na wózku i wieźli go do szpitala. Tam czekał może godzinę, a lekarz sprawnie przeprowadzał zabieg. Recepcjonistki były profesjonalne, wnętrza wyremontowane i przystosowane do obsługi niepełnosprawnych. W kiosku było wszystko, co się może przydać pacjentom i gościom: woda, kosmetyki, słodycze, kanapki, kolorowe magazyny.
Ale co ja tam wiem? Przecież byłem tylko obserwatorem. Jakie mam prawo opisywać – tym bardziej chwalić! – polską służbę zdrowia, skoro ani razu z niej nie korzystałem jako pacjent?
Nie mam tu ubezpieczenia. Są takie specjalne „dla ekspatów”, więc drogie. A ja tu przecież nie pracuję, a wielkiej fortuny nie przywiozłem. Na razie zdrowie dopisuje. W najgorszym scenariuszu zapłacę tysiące dolarów za operację – ale nie dziesiątki i setki tysięcy, jak bywa w USA. Nie pójdę więc z torbami.
Rozpisałem się o służbie zdrowia by dać przykład mojej niewiarygodności jako reportera w Polsce. Jestem tylko obserwatorem. To pozwala mi zachować resztki zdrowia psychicznego i pogody ducha. Z drugiej strony – pozbawia mnie prawa do mienienia się ekspertem od czegokolwiek.
Co mogę powiedzieć o stosunkach w pracy, skoro nie pracuję z ludźmi? Nie wiem, jak jest na poczcie i w biurach. Czy koledzy wyprawiają sobie urodziny, plotkują, romansują, podlizują się i donoszą szefowi? Czy są to wystraszeni niewolnicy zostający, chcąc nie chcąc, po godzinach? Czy tak właśnie wygląda życie korpo w szklanych biurowcach? Nie uczestniczę w wyścigu szczurów ale też nie biorę udziału w wyuzdanych wyjazdach integracyjnych i wspólnych wyjściach do modnych lokali. Bo nie chodzę do modnych lokali.
Nie chodzę też za często, przyznam się, do kościoła, tak więc nie mogę pastwić się nad politycznym zabarwieniem kazań ani zamartwiać mniejszym udziałem młodzieży w nabożeństwach.
Nawet nie jeżdżę tu samochodem! Gdybym jeździł, odczułbym na swojej skórze ceny benzyny, wysokość ubiezpieczeń, trudności z parkowaniem, chamstwo kierowców na drogach. Nie jeżdżę, więc z chamstwem się nie zetknąłem. Jak do tej pory kierowcy grzecznie czekają aż przejdę po pasach. Ja, nowojorczyk, aż czuję się nieswojo wobec takiej cierpliwości.
Nie pracuję na kasie w supermarkecie więc nie wiem, jak to jest utrzymać się za dwa tysiące miesięcznie. Nie muszę dojeżdżać codziennie kolejką do miasta i nie jestem zmuszony wynajmować mieszkania z obcymi ludźmi, jak czyni większość studentów. Nie prowadzę firmy tak więc nie wiem czy podatki, ZUS-y, VAT-y i biurokracja zabijają mi biznes. Nie wiem, jak trzeba kombinować, żeby wyjść na swoje.
Jestem obserwatorem politycznym, jak wszyscy. Patrzę na politykę z odrazą nic więc dziwnego, że nie daję się wciągnąć do działania: na ulicach, w gabinetach, w redakcjach. A propos redakcji: nie pracuję w żadnej nie wiem więc, czy dziś znalazłbym tam złogi starego system, agentów i konformistów. Wiem, że media odzwierciedlają wpływy grup politycznych, ale nie widzę tych wpływów i nacisków na co dzień, w pracy.
Bo, jak powiedziałem, nie pracuję.
Ja nawet nie jestem jeszcze emerytem, więc nie wiem, jak działa odbieranie amerykańskich rent i na ile kajzerek miesięcznie wystarczy minimalna amerykańska social security.
Nic nie wiem. Chodzę sobie po ulicach i patrzę. Czasem spojrzę w ekran telewizora albo laptopa.
Czy jednak dziennikarze przebywający w innym kraju są zawsze ekspertami? Tylu z nich po latach, ale czasem miesiącach a nawet tygodniach pobytu pisze książki, artykuły, blogi. Zajrzą do internetu, spiszą cyfry i fakty historyczne, porozmawiają z kilkoma ludźmi, zrobią zdjęcia ulic – i ekspercki materiał gotowy.
Najlepiej by było być kasjerem w supermarkecie żeby kompetentnie i prawdziwe opisać tę pracę. Ilu jednak kasjerów potrafi ciekawie i mądrze pisać?
Barbara Ehrenreich napisała świetną książkę „Nickel and Dimed”. Jest to reportaż uczestniczący: autorka postanowiła sprawdzić, jak to jest w Ameryce utrzymywać się z płacy minimalnej. Opisuje, jak musiała brać po kilka prac, np. w dinerach, w jak skromnych warunkach żyła, jaki junk food zmuszona była jeść, a mimo to nie widziała szans na poprawę losu. Krytycy wypomnieli jej jednak, że to nie było do końca prawdziwe doświadczenie, w każdym momencie mogła bowiem przerwać eksperyment i powrócić do swojego wygodnego życia.
Nie oczekujcie więc ode mnie zatrudnienia się w sklepie spożywczym, uczestnictwa w pielgrzymce, udziału w kłótni w telewizyjnym studiu. Ja wolę się przyglądać.
Ale przecież dokładnie to samo będziecie robić Wy, jeśli wrócicie do Polski na starość – tylko obserwować.

 

Jan Latus