Bardzo znany obraz Petera Breughla Starszego. Jedno z tych dzieł, dzięki któremu ów mistrz flamandzkiego malarstwa jest rozpoznawany. Dlatego, na przykład, okładkę popularnej amerykańskiej monografii Breughla zdobi właśnie fragment tej pracy.

 

Nie tylko bardzo lubię i podziwiam tego artystę, jednego z największych, ale też wprost uwielbiam tego rodzaju malarstwo. Jakie? O tym będzie ów tekst.
Obraz powstał w 1565 r., prawdopodobnie jako jeden z serii wizerunków ilustrujących miesiące. Zachowało się tylko pięć; czy powstało siedem dalszych? Nie ma na to dowodu. Tylko domysł, bo tego typu sztuka była w tamtych wiekach niezmiernie popularna, więc uważa się, że na pewno Breughel namalował cały roczny cykl.
Krajobraz zimowy „Myśliwych w śniegu” to wielka rzadkość w malarstwie, do dzisiaj nawet. Zima nie jest dla malarza dobrym tematem, monotonia kolorów odstręcza, wydaje się, jakby artysta nie miał tu możliwości do zademonstrowania swej sztuki. Wyjątkiem jest Breughel, wiele jego obrazów „dzieje się” w zimie, wyraźnie lubił taką scenerię. Tematyka stanowi poważne wyzwanie dla twórcy, który musi mieć dobry pomysł na kompozycję sceny, aby nadrobić braki miejsca na malarski popis kolorystyczny.

Na pierwszy rzut oka wizerunek „Myśliwych w śniegu” wydaje się prosty i oczywisty. Scena rodzajowa. Tytułowi myśliwi brną w śniegu wracając z psami z polowania. Jakby wyłaniali się z lasu. Resztki drzew sygnalizują jego obecność. Wyraźnie łowy były nieudane, zmęczeni niewiele niosą jedzenia do domu. Psy też wyczerpane ledwo idą. W dole miasteczko/wieś, młyn porośnięty soplami nad zamarzniętą wodą rzeki; nad nią most. Dalej stawy, na lodzie bawią się dzieci, w odległym planie zabudowania, ludzie. Z lewej, w bliższej perspektywie, budynek gospody z szyldem przedstawiającym św. Huberta (patrona myśliwych). Postaci przy domu zajęte są jakąś niezrozumiałą czynnością. Historycy sztuki twierdzą, że palą słomę. Na drodze wóz z sianem, drzewa łyse, sterczą gołe konary. Czarne ptaki (wrony?) siedzą na nagich gałęziach, szybują nad okolicą. Niewesoła, dość przygnębiająca sceneria. Nie ma słońca. No cóż, zima…

Po chwili wpatrywania się w obraz zastanowi perspektywa widzenia przedstawionej sytuacji. Ziemia niderlandzka i flamandzka jest płaska i niezróżnicowana. Nie ma gór, dolin, wysokich skał. Tymczasem tutaj ktoś ogląda ten górski krajobraz z wysoka, znajduje się ponad myśliwymi, ogarnia spojrzeniem całość. Jednako wyraźnie widzi wszystko – i bliski, i daleki plan. Widzi, więc wie, zna to miejsce w dole i dzienne sprawy jego ludzi.
Polowanie nie przyniesie mieszkańcom dostatku jedzenia. Wszystko zasypane śniegiem, skute lodem. Na pierwszym planie z lewej ludzie ogrzewają się słomą. Marne ciepło, krótkotrwałe. Daremny, bezsensowny wysiłek. Życie doraźne, na chwilę, bez myśli o przyszłości. Dzieci bawią się na lodzie, ślizgają się, grają w hokeja, w coś, co dziś nazywa się curlingiem. Dla nich istnienie to ciągła zabawa.
W dali widzimy niepokojącą sytuację. Ogień bucha z komina, ludzie pędzą z drabinami na ratunek, wspinają się po dachu na szczyt. Dlaczego ten dom się pali od wnętrza? Ogień z przodu, ogień z tyłu – między daremnym wysiłkiem ogrzania się przy słomie, a brakiem ostrożności, która prowadzi do zniszczenia domostwa w płomieniach.
W tej miejscowości mieszkają ludzie beztroscy, jak dzieci spędzają czas na igraszkach. Nie pomyśleli o żywności na zimę, zdają się na los szczęścia w polowaniu, bez skutku, żeby zdobyć coś do jedzenia. Nie zadbali o opał na zimę – daremnie próbują się ogrzać, albo desperacko rozniecają ogień, który ich zniszczy. Nie myślą o przyszłości, żyją chwilą bieżącą i to ich zgubi. Z wysoka, z boskiej perspektywy patrząc, ci ludzie zapomnieli o sprawach naprawdę ważnych, duchowych: kościół (na dalszym planie) pusty, zamknięty, a święty patronuje szynkowi. To jest mieszkańców wiara. Ów padół ziemski ścięty mrozem, ciemny, bez kolorów, posępny. Szarość i krakanie wron. Marne bytowanie, bez nadziei, prowadzi ku zagładzie.
Obraz Petera Breughla można rozumieć dosłownie, jako przedstawienie typowo zimowego miesiąca, ponurego, chłodnego, ale też możemy pojmować go metaforycznie. Podstawy do szerszej interpretacji dają detale przedstawienia, które można uznać za osobliwe, niezwykłe – sugerujące, że artysta chciał zwrócić uwagę odbiorcy na coś więcej, niż tylko elementy rodzajowego widoczku. Coś w tej scenerii jest nie tak, coś się dzieje niedobrego. Czy powinniśmy je po prostu zlekceważyć, czy przyjąć jako wskazówki do głębszego odczytania obrazu? Decyzja należy do nas, do oglądających.

Trzeba się przyglądać każdemu obrazowi uważnie, pomyśleć chwilę, połączyć elementy przedstawienia w jakąś spójną narrację. Dzieła malarskie, zwłaszcza dobrych artystów, komunikują znacznie więcej niż dostrzec można na pierwszy rzut oka. Trzeba popatrzeć po raz drugi i trzeci, zwrócić uwagę na kompozycję całości, na detale, zastanowić się, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Zapewne wizerunek na płótnie nie jest przypadkowy.
O tym jest malarstwo. Każdy z artystów zmaga się z podstawowym problemem: jak przy pomocy wizualnych środków zakomunikować pewną ideę, ukazać jakąś opowieść w „momentalnym” przedstawieniu. Odnaleźć ją można nawet w abstrakcjach. Jak stworzyć narrację w nienarracyjnym medium? Pokazać scenę, wizerunek, który ogarniamy jednym spojrzeniem, a jednocześnie zaprezentować ją tak, aby komunikowała coś więcej, co musimy sami sobie dopowiedzieć.

 

Czesław Karkowski