Gabrieli i Tomowi

 

Jest gorąco. Piasek parzy bose stopy. Za niepokojąco wysoką wydmą kolejna. I jeszcze jedna. Gdzieś tam na końcu jest ocean. Ale na razie grzęznę. Sapię. Zatrzymując się co rusz, by zrobić zdjęcie. Jest trochę jak na księżycu. Głębokie leje. Skarlałe krzewy. Ogromna przestrzeń. Groźna w swej dziewiczości. Piękna. Nie ma żadnych punktów orientacyjnych. Strzałek. Drogowskazów. Idziemy przed siebie. Po śladach. To szlak dla wytrwałych. Rodziny objuczone parasolami, dmuchanymi jednorożcami, lodówkami turystycznymi i dziećmi wybierają plaże łatwiej dostępne, z szerokimi parkingami i ratownikiem. My szukamy miejsc nieuczęszczanych. Omijając zgiełk. Wakacyjny rejwach. Sezonowe atrakcje.

 

Po czterdziestu minutach docieramy na wysoki, urwisty brzeg. Woda ma kolor atramentu. Plaża jest pusta. Wieje. Wspinamy się z powrotem na wydmę. Za plecami drewniane, opuszczone szałasy i niewielkie, urokliwe domki. Historia tego miejsca sięga XIX wieku. Chatki najpierw służyły członkom amerykańskiej służby ratowniczej, której misją było pomaganie rozbitkom ocalałym z wraków. Ale szybko stały się oazą artystów i pisarzy, którzy kwaterowali w pobliskim Provincetown. Spartańskie warunki, brak prądu, kanalizacji i bieżącej wody, przyciągały jednostki złaknione odosobnienia i „niezakłóconego kontaktu z naturą”. Na wydmach rezydowali między innymi : dramatopisarz Eugene O’Neill, Jack Kerouac, E.E. Cummings, Norman Mailer, Jackson Pollock, czy Harry Kemp, który obwołał się „Poetą Wydm”. Obecnie National Park Service oferuje rezydencje artystyczne dla pisarzy, architektów, dziennikarzy, przedstawicieli środowisk naukowych i świata sztuki. Po spełnieniu niewyśrubowanych kryteriów, trzeba zdać się na łut szczęścia, bowiem większość programów wyłania szczęśliwców w drodze losowania.

 

Jesteśmy sami. Aż po horyzont. Żywego ducha. Tylko ważki. Mrówki. Źdźbła trawy. Przez lupę obiektywu przyglądam się martwym żukom, którymi- jak u Gombrowicza- usiana jest ścieżka. W oddali na ganku drewnianego domku ślady człowieka. Czerwona plama ręcznika. Niewielki grill drzewny. Suszące się pranie. Ale żadnego ruchu. Tylko wiatr. I szum wody uderzającej leniwie o brzeg.

 

W drodze powrotnej mijają nas samochody z kolorowym logo na masce. Jednak znaleziono sposób, by leniwi mogli zobaczyć cud natury nie ruszając się z miejsca. Ogromne jeepy wiozą zadowolonych turystów. Machają przyjaźnie i pytają, czy się nie zgubiliśmy i czy nie potrzebujemy wody. Odpowiadamy, że wszystko w porządku. I przepuszczamy zmotoryzowaną karawanę. Zaglądamy do środka aut. Większość pasażerów to osoby przed 40- tką.

 

Na jednej z wydm gubię kapelusz. Słomkowy. W kolorze fuksji. Wracając wypatruję kolorowego punktu na złotej pustyni, ale idziemy inną drogą. Tylko piach, piach i czasem trochę zielonego. Po ulubionej Fedorze nie ma śladu. I kiedy w końcu pokonujemy ogromną piaskownicę i schodzimy ze szklaku w głąb cienistego zagajnika, dostrzegam zgubę. Kapelusz wisi na gałęzi.

 

Cape Cod 2018. fot. Weronika Kwiatkowska

 

„Cape Cod. Wydmy, krzewy o cierpko- słodkim zapachu, ptasie sanktuaria wzdłuż wybrzeża. Ciche miasteczka i skromne kąpieliska […]. Wszędzie dobre formy, które pozostawili tu Anglicy, kiedy oficjalnie stąd odeszli. Laski kosodrzewiny, pobłyskujące jeziorka, drewniane domki, melodyjna monotonia łagodnej falistości wybrzeża, zielononiebieska gra wielkiej wody: to wszystko różni się od widoków reszty kontynentu, jest w bardziej ludzkiej skali, swojskie”- pisał w 1961 roku Sándor Márai. Odwiedzamy miasteczka porozrzucane z dwóch stron wybrzeża. Każde ma piękną plażę, port, latarnię. Drewniany pomost w Yarmouth, który wiedzie przez zielone mokradła. Zamiast zachodu słońca (chmury) podziwiamy odsłonięte przez odpływ, miękkie podbrzusze oceanu. Brodzimy w kałużach i wykrotach, przedzierając się na drugą stronę brzegu. Niebo ślizga się po pustych przestrzeniach. Uważamy, by nie rozdeptać niewielkich krabów brodzących po dnie. W Chatham śledzimy foki ścigające się z żaglówkami. Przycupnięte, niewielkie Wellfleet ma kilka galerii sztuki i najlepsze jedzenie w okolicy. Przy wejściu na plażę Nauset plakat ostrzegający przed rekinami. Na horyzoncie malownicza mgła zrobiona z powietrza i morskiej wody. Zatoka Śledzia (Herring Cove Beach) pławi się w popołudniowym słońcu. Szczupły mężczyzna praktykuje asany, pod baldachimem wyleguje się pies. Woda rzeźbi w piasku. W oddali majaczy latarnia morska. Któregoś wieczoru jedziemy do Falmouth. Znajduję w internetowym przewodniku miejsce, w opisie którego słowo „magiczne” pada zatrważającą ilość razy. Musimy to sprawdzić. The Knob: ukryta głęboko ścieżka, która prowadzi na koniec niewielkiego cypelka, skąd roztacza się spektakularny widok. Żaglówki. Kamienista plaża. Bezmiar oceanu. Stąd już niedaleko do Nobska Lighthouse. Oglądamy zachód słońca z urwistego brzegu porośniętego białym kwieciem. Jest niemożliwie pięknie. Dzień odchodzi z wielką pompą. Pławiąc się w złocie i purpurze.

 

To ostatni wieczór spędzony na Przylądku Dorsza. W domu z prysznicem pod chmurką, kolekcją obrazów i wyszukanych bibelotów, gdzie po wypielęgnowanym ogródku biegają króliki, a ptasie trele brzmią jak włączone alarmy w samochodzie. Żegnamy miejsce, w którym łatwo zapomnieć, że jest jakieś inne życie: w pośpiechu, z wrzaskiem klaksonów i codziennym biegiem przez przeszkody. Przystań, do której chce się wrócić, gdy tylko zniknie z oczu.