Człowiek nie powinien spędzać życia w pracy. Bo to grzech. Bóg dał nam plaże wschodniego wybrzeża Ameryki, ptasie sanktuaria, niskie łąki, dał nam owoce mango, lody o smaku zielonej herbaty, słoneczne świty za oknem, ogródek Jerrego, po którym biegają wiewiórki i oposy. Dał nam Patricka Melrose’a w wersji książkowej i Patricka Melrose’a w wersji serialowej, a także Gombrowicza, Márai i Ciorana oraz wszystkie nieprzeczytane książki, które nawołują z półek. W księgarniach, cudzych domach i własnych. A przede wszystkim dał nam koty, na które trzeba patrzeć, które trzeba głaskać, podnosić, choć tego nie lubią, i całować, nawet jeśli grozi to alergicznym katarem lub utratą części twarzy. Wymyślił portale społecznościowe, dyskusje na Fejsie oraz tysiące innych rzeczy, jak spotkania z przyjaciółmi, fotografowanie źdźbła trawy, chłodne wnętrza muzeów, ulice wysadzane platanami, czerwone wino, Prosecco i herbatę miętową z lukrecją oraz włoską kuchnię, architekturę i sztukę, zapach ziemi po deszczu i podróże klimatyzowanym wagonem metra w czasie nowojorskich upałów. Stworzył bary karaoke, Marcina Świetlickiego, trawę, po której można chodzić boso, rzekę z widokiem na Manhattan, formacje chmur nad East River i wszystkie knajpy Bedford, na pewno nie w tym celu, żebym siedziała przez dziesięć godzin dziennie w pracy. Jak jakaś menda. *

Ale siedzę. Trzy dni w tygodniu oddaję Babilonowi. Wychodzę z domu o 10 rano, wracam o 10 wieczorem. Jakby ktoś przekręcał kluczyk w środku. (Niewidzialna ręka rynku?) Wstaję. I bez szemrania. Wykonuję obowiązki. Wynajmuję się do pracy. Wydzieram życiu godziny, które mogłabym spędzić sensowniej, bardziej produktywnie, ciekawiej. Zamiast tego zarabiam na podstawowe potrzeby. Na iluzoryczne poczucie finansowego bezpieczeństwa. Kupuję sobie czas na realizowanie pasji, które nie przynoszą pieniędzy. W zębach. Tylko merdają ogonem. Łaszą się. Obiecując krótkotrwałe poczucie spełnienia. Ale jednocześnie usprawiedliwiają moje bycie tutaj. Bez nich stoczyłabym się niechybnie w odmęty imigranckiej degrengolady, „sczezła jak zaskrończyk” w nowojorskim obłąkarium.

*
„Życie ciągle odwraca naszą uwagę: nawet nie mamy czasu zorientować się, od czego”. Franz Kafka.

*

Jest gorąco. Kot rozciąga się na podłodze. Z tym białym, nakrapianym brzuchem przypomina włochatego szczupaka. Oglądam wystawę świnek morskich długowłosych. Z góry wyglądają jak ekstrawaganckie mopy. Myślę o ludziach, którzy czeszą swoje świnki. Zaplatają warkocze. Podwijają na lokówce grzywki. Wpinają kokardy. Kim są? I czy tak bardzo różnią się ode mnie, która karmię krewetkami złachanego całonocnym szlajaniem się po mieście kota. A potem gapię się na spowitego snem niewiniątek. Zamiast na przykład zarabiać pieniądze albo sodą i octem, przy użyciu szczoteczki do zębów, czyścić wewnętrzne części okien, w których gnieżdżą się jeszcze zeszłojesienne liście. Naprawdę, są osoby, które korzystając z internetowych porad „sprawiają że ich okna są nieskazitelnie czyste”.

Wszyscy jesteśmy dziwni. Myślę, natrafiając na kolejne durne filmiki w internecie. Nagłówki w tabloidach. I reklamach. „Stawiam na brwi”- deklaruje „słynna blogerka”. „Makijażowy tutorial” obejrzało 800 tysięcy osób. „Co łączyło Reymonta i Szymborską?”- pytają tegorocznego maturzystę podczas ulicznej sondy. „ Związek małżeński”- odpowiada z niezachwianą pewnością. „Amerykańscy studenci próbowali ugotować makaron. Bez wody.” Świat zmierza w przepaść. A właściwie już od jakiegoś czasu nad nią dynda.

„Wszyscy jesteśmy dziwni” to tytuł reporterskiej opowieści o Coney Island. Karolina Sulej opowiada o nowojorskim centrum rozrywki od początku XX wieku, kiedy powstały pierwsze lunaparki, przez upadek w latach 60., gdy dzielnica opustoszała, aż po ponowne odrodzenie pod koniec lat 2000. Jej bohaterami są dziwolągi, freaki, performerzy, artyści, aktywiści i lokalne legendy. „Wiele zjawisk i osób istnieje poza kategoriami, do których się przywiązaliśmy”- mówi Patchworkowa Dziewczyna. I wymienia: cuda bez rąk, bez nóg, Kobietę o Twarzy Muła, żyjące szkielety (francuski performer Seurat podobno był tak wątły, że ludzie mogli zobaczyć, jak w piersi bije mu serce), kobiety z brodą, ludzkie aligatory (genetyczna choroba skóry zwana rybią łuską), karły czyli osoby niskorosłe, wilkołaki (osoby z nadmiernym owłosieniem) i inni odmieńcy, na których gapią się ludzie. Za pieniądze. Jednak to jej historia jest najciekawsza. Nati Amos urodziła się z nie do końca wykształconymi dłońmi. I właściwie bez twarzy. „W miejscu nosa i ust- ziejąca dziura. Oczy wyskoczyły z orbit […] ubytki w sklepieniu czaszki”. Miała nie żyć. Ale była uparta. Przeszła niezliczoną ilość operacji. Skończyła studia. Na Coney Island żongluje ogniem przy piosenkach PJ Harvey. Na co dzień jest biochemiczką i pracuje w laboratorium. Mówi o sobie: „Jestem kobietą. Jestem feministką. Jestem Meksykanką. Jestem lesbijką. Jestem niepełnosprawna”. Uważa, że w Ameryce, o której marzy Donald Trump, nie ma dla niej miejsca. Może właśnie dlatego tak bardzo, i tak pięknie, jest.

Bądźcie.

okładka książki Karoliny Sulej

 

 

 

* parafraza tekstu Andrzeja Kotańskiego „Canto”.