Kiedy patrzę na Uniwersytecie Warszawskim na studentów czekających na egzamim oddycham z ulgą, że już nie muszę niczego zdawać. Jednocześnie się dziwię, że udało mi się zdać aż tak wiele egzaminów na Polonistyce a później na podyplomowych studiach teatralno-literackich w PWST. Zawsze nisko siebie oceniałem i kiedy wyszedłem z piątką z egzaminu, raz po raz zaglądałem do indeksu, by sprawdzić, czy to nie sen. To samo robiłem, kiedy dostałem trójkę. Nie ubolewałem, że to niska ocena, tylko cieszyłem się, że ten egzamin mam już z głowy. Wszelkie teorie do tejże głowy nie za bardzo mi wchodziły, począwszy od teorii sztuki i literatury, za to historie literatury, teatru i sztuki oraz historie języka osadzały się we mnie dość szybko. Słabo natomiast szło mi z gramatyką historyczną języka polskiego. W końcu zlitowała sie nade mną znakomita specjalistka w tej mierze, piękna Maria S. Ona już w czasie studiów dostawała nagrody za prace z językoznawstwa. Później – za sprawą profesor Salomei Szlifersztajn – los nas połączył na siedem lat. Ona wykładała na uczelni i pisała jedną rozprawę naukową po drugiej, ja zaś wystawiałem kolejne sztuki na scenach różnych teatrów.

$

Na gmachu Warszawskiej Polonistyki jest tablica ku czci Bolesława Prusa, przeniesiona tu z budynku dawnej Szkoły Głównej. Dziwne, bo przecież pisarz ten nie studiował literatury, tylko nauki matematyczno-fizyczne w tejże Szkole Głównej. Tablicę tę ufundowali profesorowie i studenci Polonistyki i być może dlatego ją tu przeniesiono. Wewnątrz gmachu jest tablica i popiersie upamiętniające profesora Juliana Krzyżanowskiego oraz tablice ku czci profesorów Jana Baudoina de Courteneay’a i Wacława Doroszewskiego. Wszyscy trzej utworzyli solidne podwaliny tejże Polonistyki. Jest na niej także piękne popiersie Cypriana Kamila Norwida z cytatem – „Z rzeczy świata tego zostaną tylko, tylko poezja i dobroć”. Na partetrze jest tablica przypominajaca poetów i pisarzy potajemnie studiujących tu w czasie okupacji, m.in. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Tadeusza Gajcego, Andrzeja Trzebińskiego, Tadeusza Borowskiego i Zdzisława Stroińskiego. W czytelni językoznawczej pozostały te same solidne stoły, na których spaliśmy wraz z kolegami i profesorem Stefanem Żołkiewskim podczas strajku okupacyjnego w marcu 1968 roku, natomiast w czytelni historyczno-literackiej im. prof. Wacława Borowego wszystko zostało przestawione. Ale po dawnemu panuje tu idealna i jakby pogłębiona cisza, przerywana jedynie śpiewem ptaków z sąsiednich drzew. Zawsze dobrze się tu czułem. Tak jest i teraz. Siadam zatem, podczytuję informacje o historii tego wydziału i notuję. Nikogo to nie dziwi, choć przecież gołym okiem widać, że nie jestem już studentem ani doktorantem. Polonistyka ma teraz do dyspozycji trzecie piętro przerobione z dawnego mansardowego poddasza. Można wjechać na nie szklaną windą. Ulokował się tu m.in. niedawno utworzony Wydział Bałtystyki.

$

Od czasów szkoły podstawowej zawsze lubiłem biblioteki, czytelnie i księgarnie. I tak jest dotychczas. Kiedy doń wchodzę, mam wrażenie, że znalazłem się w najwłaściwszym dla siebie pomieszczeniu. Niektórzy warszawscy księgarze pamiętają mnie i dają mi zniżkę. Czasem nawet 20 procent. Tak jest w „Czytelniku”, naprzeciwko którego mieszkałem, tak jest u Prusa, czyli w Księgarni Naukowej, tak bywa w „Czułym Barbarzyńcy” przeniesionym niedawno z Solca do Nowego Teatru na Mokotowie. Ostatnio mam też zniżki w księgarni MDM i w Wydawnictwach Naukowo-Technicznych. We wspomnianej polonistycznej czytelni im. prof. Wacława Borowego natykam się na taki oto zapis Bolesława Prusa – „Gdyby nas nawet setkami tysięcy topiono, wbijano na pale, obdzierano ze skóry, pieczono na wolnym ogniu w całej >sympatycznej< Europie nikt by palcem nie ruszył”. Obawiam się, że to spostrzeżenie jest aktualne także i dzisiaj.

$

W Teatrze Narodowym obejrzałem „Ślub” Witolda Gombrowicza w reżyserii sławnego litewskiego inscenizatora Eimuntasa Nekrosiusa. Stworzył on fascynującą wizję tego dramatu będącą światem samym w sobie. Świat stworzony w „Ślubie” przez Gombrowicza został dopełniony scenicznym snem przez tenże „Ślub” inspirowanym. Gombrowiczowski kościół ludzko-ludzki stał się w nim pasjnującą grą, w której stwarzające słowa i słowna ekwilibrystyka idą o lepsze z surrealistycznymi i groteskowymi sytuacjami a’la Witkacy i ruchem niemal pantomimicznym. Pytanie, czy Bóg stwarza człowieka, czy człowiek Boga, wybrzmiewa tu z całą mocą, podobnie jak pytanie, czy to Bóg kreuje ludzkie sytuacje, czy sami je tworzymy bez jego udziału. Znakomicie pokazane jest nasze wzajemne stwarzanie się i wzajemne uzależnienia. Również nasze wzajemne przeglądanie się w sobie. Dobrze wybrzmiewa w finale smutna refleksja – co się dzieje, kiedy nie podlegamy władzy owego Boga, tylko swojej własnej, od niego niezależnej. Nekrosius niczego nie domyka i nie stawia kropek nad i. Pytania pozostają bez odpowiedzi, sytuacje bez ujednoznacznienia. Oceniając robotę czysto teatralną należy pochwalić wszystko i wszystkich. Gwoli prawdy należałoby przepisać z uznaniem całą obsadę. Niebywałą kreację tworzy Danuta Stenka w podwójnej roli Matki i służącej Mani. W sekundę przedzierzguje się z jednej postaci w drugą. Ot wystarczy tylko półobrót a już mamy albo Matkę, albo Manię. Sprawność ruchowa tej znakomitej aktorki jest wręcz fenomenalna. Doskonale partneruje jej Jerzy Radziwiłowicz jako Ojciec. Mateusz Rusin – główny kreator, nie schodzący ze sceny przez niemal trzy godziny jest przekonywającym Henrykiem, swoiście logicznym w zupełnie nielogicznych sytuacjach. Podobnie prowadzi rolę Pijaka Grzegorz Małecki, lubując się przy tym w prowokowaniu kolejnych sytuacji. Karol Dziuba dobrze uchwycił psychiczną podległość Władzia wobec Henryka. Istotną wartością tego spektaklu jest przypomnienie, że teatrem jest nie tylko teatr w rozumieniu podstawowym, ale także relacje międzyludzkie w życiu realnym. Autor „Ślubu” nawiązuje w tym względzie do spostrzenia Szekspira. Świadomie, ma się rozumieć.

$

Witold Gombrowicz w „Testamencie” – „Kiedy >Iwona< i >Ślub< startowały w Paryżu pisano, że to >teatr absurdu Becketta i Ionesco<. Ale >Iwona< to rok 1936, a >Ślub< 1946, kiedy jeszcze o tych autorach nikt nic nie słyszał. Poza tym mój teatr nie jest absurdalny. Tak >Ślub< jest i senny i pijany i szalony, ja sam nie umiałbym odczytać go w całości, tyle tu mroku. I ma rację reżyser, który pozwala tej sfinksowej formie kształtować się dowolnie, ryczeć, szaleć, dbając o jakąś prawie muzyczną jedność tego ceremoniału”. Od siebie dodam, że ta muzyczna jedność jest wręcz wspaniała w spektaklu Nekrosiusa.

$

„Ślub” trwał aż do 11:30 w nocy. Kiedy wyszedłem ze swą przyjaciółką z teatru, dookoła czyhały na nas różne restauracje i kawiarnie. Zupełnie jak przed wojną, jeśli wierzyć kronikarskim zapisom i wielu wspomnieniom.

Andrzej Józef Dąbrowski