Nowy prezydent Meksyku ma zamiar przeprowadzić w tym kraju rewolucję. Na razie jest przez wyborców noszony na rękach.

 

 

Andres Manuel Lopez Obrador, powszechnie znany w kraju jako AMLO, wygrał niedawne wybory prezydenckie w Meksyku bezapelacyjnie. Już w pierwszej turze zdobył ponad połowę wszystkich głosów. Drugi w wyścigu, Ricardo Anaya, zyskał poparcie na poziomie zaledwie 23 procent.

Zwycięstwu Obradora, który formalnie obejmie urząd 1 grudnia, towarzyszy entuzjazm porównywalny z wiwatami na cześć nieżyjącego już byłego prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza, bohatera biednych i odrzuconych. AMLO przez niechętnych mu komentatorów często zestawiany jest właśnie z dumnym socjalistą Chavezem. Do jego programu zdecydowanie bardziej pasuje jednak określenie populizm. Mówiąc obrazowo Obrador ze swoją krytyką politycznego establishmentu i ogólnie rzecz biorąc elit, bardziej niż Chaveza przypomina Donalda Trumpa, z tą różnicą, że odwołuje się przede wszystkim do lewicy. Jako burmistrz Mexico City AMLO zatrudnił zresztą Rudy’ego Giulianiego, przyjaciela Trumpa, który pomagał mu przenieść do meksykańskiej stolicy swoją nowojorską politykę „zera tolerancji” wobec przestępstw.

Lopez Obrador na stanowisku burmistrza sprawdził się bardzo dobrze, przynajmniej w oczach mieszkańców miasta. Kończył urzędowanie z ponad 80-cio procentowym poparciem. Za jego czasów biedniejsi mieszkańcy miasta uzyskali finansowe wsparcie; w Mexico City powstał też nowy uniwersytet. Burmistrzostwo stało się dla AMLO odskocznią do skutecznej tym razem kampanii prezydenckiej. Tym razem, bo ubiegał się o najwyższe stanowisko w państwie już po raz trzeci.

W trakcie kampanii wyborczej Lopez Obrador obiecał bardzo dużo. Zmiany mają być na tyle szerokie, że szybko przylgnęło do nich miano rewolucji.

Sam AMLO chętnie odwoływał się zresztą do rewolucyjnych porównań mówiąc, że jego prezydentura będzie tak znacząca jak Rewolucja Meksykańska w latach 1910-1920, która radykalnie zmieniła Meksyk wprowadzając demokratyczną konstytucję, reformę rolną i szereg innych przemian.

 

Jedna z najważniejszych zapowiedzi Lopeza Obradora to walka z korupcją, powszechną w tym kraju na wszystkich szczeblach władzy. Mają w tym pomóc m.in. wyspecjalizowane organizacje międzynarodowe, które AMLO chce sprowadzać do Meksyku oraz nowe antykorupcyjne ciało, które ma wspierać prokuratorów ściągających skorumpowanych urzędników.

Druga rzecz to zmiana polityki energetycznej kraju. Obrador kontestuje denacjonalizację i pozbawienie monopolu Pemexu (państwowego giganta naftowego). Wszelkie kontrakty na wydobycie ropy naftowej zawierane z zagranicznymi firmami mają spełniać podstawowy warunek. Muszą przede wszystkim przynosić korzyści Meksykowi. AMLO zapowiada również inwestycje w rafinerie, co ma pomóc uniezależnić Meksyk od benzyny importowanej ze Stanów Zjednoczonych.

Kolejne zapowiedzi programowe Lopeza Obradora przypominają już polityczną utopię. Finansowana przez państwo edukacja dla wszystkich, w tym na poziomie uniwersyteckim, powszechne zatrudnienie dla ludzi młodych, wyższe świadczenia dla starszych, obniżki podatków, podwyżki płac, odbudowa infrastruktury itd.

Program Lopeza Obradora obfity w chwytliwe hasła, jak zwykle w takich przypadkach, skąpo informuje o sposobach jego finansowania. AMLO twierdzi, że będzie to możliwe dzięki wyplenieniu korupcji. Konkretów jednak brak.

Lopez Obrador tak podobny do Donalda Trumpa w swojej pogardzie dla elit i w wezwaniach do zakończenia status quo, bardzo różni się od amerykańskiego prezydenta w kwestii imigracji. W kampanii wyborczej wypowiadał się przeciwko budowie muru, mówił również, że Meksyk nie będzie wykonawcą „brudnej roboty” i nie będzie zatrzymywał na swojej południowej granicy ciągnących do USA imigrantów. AMLO groził nawet wytoczeniem Ameryce procesu na forum ONZ za dyskryminacyjną jego zdaniem politykę imigracyjną. Po wygranej spuścił nieco z tonu i zaczął mówić o porozumieniu z Donaldem Trumpem. Imigrantów zamiast muru miałyby powstrzymać wspólne z Ameryką inwestycje w kreowanie miejsc pracy i regionalny rozwój.

Na razie Lopez Obrador jest przez wyborców kochany. W przypływie wzajemnej miłości zapowiedział nawet, że prezydencki pałac zamieniony zostanie na otwarte dla wszystkich centrum kultury, a on sam nie będzie korzystał z ochrony, bo w razie czego „obroni go naród”.

Pytanie czy miłość ta potrwa dłużej niż miesiąc miodowy.

 

Tomasz Bagnowski