„Dbam, aby moje życie nie polegało tylko na pracy. Fajnie, że ją mam, ale bardzo ważna jest dla mnie prywatność. Cały czas staram się zachować balans między tymi dwoma światami. Czasami lepiej jest tu, czasami tam, życie jest przecież dynamiczne, ale nigdy nie było tak, że liczyła się tylko praca. Mój zawód nie jest moją; rodziną, on ze mną nie mieszka, nie siedzi ze mną przy stole” – mówi Agata Kulesza, aktorka filmowa i teatralna, ostatnio związana z teatrem Ateneum. Zagrała m.in. w nagrodzonej Oscarem „Idzie”, „Sali samobójców”, „Róży”. Jej ostatnia rola w „Zimnej wojnie” Pawlikowskiego została oceniona bardzo wysoko. O dziele reżysera, z którym już miała przyjemność pracować, opowiada: „Bardzo mnie poruszył ten film. Jest taki jak on: ma niezwykłą delikatność, ale i siłę. Jest wnikliwy, subtelny, trochę zagubiony, ale wiedzący, czego chce. Takie jest jego kino, na wskroś autorskie” – mówi Kulesza. „Lubię aktorstwo, które on proponuje. Minimalistyczne, precyzyjne, cieniutkie jak papierek. Paweł pilnuje aktorów, żeby nie korzystali ze swoich nawyków, nie pozwala gestykulować, za dużo mrugać, robić min. Nie lubi pokazywactwa, teatralizacji, wszystkiego co za duże” – dodaje.

Zawód aktora nie jest łatwy. „Cokolwiek zrobisz, ludzie to oceniają. Jedni powiedzą, że to piękne, inni, że beznadziejne” – stwierdza. Dlatego artystka cieszy się, że jej córka nigdy nie marzyła o scenie. „Marianka wybrała weterynarię. Kiedy rozpoznała, na czym polegają jej studia, powiedziała: „Weterynaria jest super, bo wiadomo, że zwierzę jest zbudowane tak i tak, a praca w tym zawodzie nie zależy od ocen innych”. Celna uwaga” – śmieje się Kulesza. Sama ma duży dystans do siebie, czym zjednuje sobie przychylność widzów. „Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że jak się wybiera taki zawód, to od ocen się nie ucieknie. Czy tego chcemy, czy nie, będziemy recenzowani, w Internecie znajdą się hejty lub zachwyty. Trzeba mieć grubą skórę zarówno w przypadku krytyki, jak i komplementów, trzeba umieć je trochę od siebie odsunąć. Gram i ocenę zostawiam widzom. Oczywiście, z ludźmi, do których mam zaufanie – bliskimi, przyjaciółmi – rozmawiam na temat roli. Czasem mnie chwalą, czasem krytykują i ja się wtedy bronię albo zgadzam. Po zagraniu roli natomiast nie mam nic do zrobienia, ona żyje swoim życiem. Koniec, kropka” – stwierdza kategorycznie.

Ostatnio media obiegła wiadomość, że Agata Kulesza poważnie zachorowała na serce. „To śmieszna historia. Powiedziałam gdzieś: „Pojechałam na badania, bo myślałam, że mam zawał, a okazało się, że mam wypłukany potas”. Media to zdanie podchwyciły i przekręciły. Jak się potem pojawiłam na zaprzyjaźnionym bazarku, wszyscy pytali: „Co się stało, pani Agato?”. Stanęłam więc na środku i krzyknęłam: „Nie miałam zawału!”. I teraz zaprzyjaźnieni sprzedawcy się śmieją: „Pani Agato, mamy świetne pomidory, na serducho ekstra” – wspomina. I przyznaje, że aktor jest pazerny na dobre role, ale jednak trzeba umieć ocenić, czy się podoła pracy na kilku planach jednocześnie. „To było tuż po „Idzie”, pracowałam przy kilku projektach. Do tego doszło zawirowanie z Oscarami, telefon dzwonił nieustannie. Zasypiałam na stojąco” – wspomina. „Dla mnie idealna byłaby taka sytuacja, żebym mogła uprawiać ten zawód, tylko grając. Czasami jednak trzeba gdzieś się pojawić. Wybieranie sukni, malowanie, czesanie, przymierzanie butów to nie mój żywioł.” – przekonuje. „Najszczęśliwsza czuję się wtedy, gdy wracam do domu i mogę się przebrać w dresy”. I za to właśnie kochamy Agatę Kuleszę.

 

*

 

Nie jest piękna. Ale jest odważna. Mówi wprost o wszystkim. O swojej nadwadze, seksie po pijaku i że nie lubi mieć okresu. Żadnego tabu. I owijania w bawełnę. „Nie mogę mieszkać w Los Angeles, bo tu nie pasuję. Moje ramiona uznawane są tu za nogi, więc budzę sensację jako ośmiornica” – żartuje Amy Schumer. Jedna z najpopularniejszych amerykańskich aktorek komediowych, scenarzystka, gwiazda kabaretowa i telewizyjna. Miała własny program na kanale Comedy Central, wielokrotnie występowała też w „Saturday Night Live”. Jej najnowszy film nosi tytuł „Jestem taka piękna!”. Ma 37 lat, mieszka w Nowym Jorku. W tym roku wyszła za mąż za kucharza Chrisa Fischera. Wbrew nieustającej modzie na chudość, nie jest na diecie.

Amy Schumer pochodzi z bogatej, nowojorskiej rodziny. Jej ojciec miał świetnie prosperującą firmę meblarską i pokaźne konto w banku. Mieszkali w apartamencie na Manhattanie, wiedli spokojne i dostatnie życie. Do czasu, gdy Gordon Schumer zachorował na stwardnienie rozsiane. Najpierw zbankrutowała jego firma, a potem rozpadło się małżeństwo. Wraz z siostrą i matką wyprowadziły się na Long Island i ledwie wiązały koniec z końcem. Amy, która zawsze obracała wszystko w żart, na pozór radziła sobie nieźle z trudną sytuacją, jednak po latach przyznała, że obserwowanie postępującej choroby ojca było źródłem późniejszego lęku przed angażowaniem się w związki. „Kiedy jesteś świadkiem takiej sytuacji, zdajesz sobie sprawę, że nie masz żadnej kontroli nad własnym życiem – a to niezdrowe myśli dla nastolatki. Przez wiele lat miałam taką obsesję – patrzyłam na chłopaka, który mi się podobał, i zastanawiałam się, czy chciałabym pchać go na wózku, gdyby był sparaliżowany. Odpowiedź najczęściej brzmiała „nie”. Inni ludzie fantazjują, czy chcieliby pojechać z tą drugą osobą na Hawaje. Ja rozważam, czy miałabym ochotę opróżnić jego worek do kolostomii” – powiedziała w jednym z wywiadów.

 

Aktorka szybko odkryła, że najlepszą metodą na pozbycie się strachu, jest… obśmianie problemu. Złośliwy humor i błyskawiczne riposty Amy przypadły do gustu wydawcom programów komediowych na kanałach NBC i Comedy Central, gdzie stała się regularnym gościem. Kariera nabrała tempa i dziś jest prawdziwą gwiazdą. „Staram się mówić o sprawach, których nie porusza nikt inny: najbardziej ponurych, poważnych dziedzinach dotyczących nas wszystkich. Opowiadam o życiu, seksie, tym, z czym wszyscy się mierzymy, a niektórzy nie mają na to odwagi” – powiedziała w jednym z wywiadów. „Zawsze dogryzano mi z powodu tego, że nie byłam szczupła. To wyrabia w człowieku odporność. A ja patrzę rano w lustro i myślę sobie: „Wiem kim jestem. Wyglądam w porządku i sexy.” Bo – jak palnęła podczas gali Glamour, podczas której odbierała nagrodę dla Kobiety Roku: „waży dobre 80 kg, ale może złapać gościa na seks, kiedy tylko zechce”. I to się nazywa samoakceptacja. Której, szczególnie w okresie wzmożonego eksponowania ciała, powinniśmy wszyscy sobie życzyć.

 

Weronika Kwiatkowska