Leżę. Prawą stopą w piasku. Lewą ręką dotykam kawałka drewna, które ocean wyrzucił na brzeg. Wytrawione solą morską i słońcem przypomina kość prehistorycznego zwierzęcia. Obnażone fragmenty ciała połyskują olejkiem. Reszta skrępowana strojem o cudownych właściwościach, po założeniu którego – jak obiecywał producent- nadprogramowe dziesięć funtów zniknie w tajemniczych okolicznościach. Nie zniknęło. Sprasowało się. Upchnęło. Opięło. Ale nadal jest. Tyle, że trudniej oddychać.

Gdybym była na bezludnej wyspie, odrzuciłabym kajdany tekstyliów. Oswobodziła się. Wyzwoliła z ubrania. Bo w pięknych okolicznościach fauny i flory, elastyczne, plastykowe pancerze to dysonans. Aberracja. Jednak obecność homo sapiens wymusza działania zgoła przeciwne. Z każdym rokiem przybywa miejsc, które raczej chciałoby się zakryć, niż eksponować. Niedługo na plaży będę występować w stroju do nurkowania.

„Ludzie od wieków trenowani do ubrań, do wnętrz, nagle obnażeni, wyłaniają się z zasłon jak robaki, naprawdę, nie ma czego pokazywać, jesteśmy paskudną rasą”- pisał z Chiaviari Sławomir Mrożek, w liście do Stanisława Lema. Narzekał na upały, kiedy „człowiek budzi się spocony i słaby, w duszności […] a wszystko zamglone jest i przypomina magiel, albo pralnię, albo odcedzanie dużej ilości ziemniaków” i twierdził, że „wakacje to ciężka harówka”. Przerażały go tłumy „ciasno ubite na tysiącach kilometrów wybrzeża”, kiedy „nie masz wyboru, nagi musisz dyszeć obok zwiędłego brzucha jakiegoś starca, potworna noga śmierdząca czyjaś, krowy starej czy kogokolwiek, dotyka twojej ręki i nic na to nie poradzisz”. Pomstował na tandetę, jarmarczność, „nieodłączny kloaczny smrodek uryny, potu i jedzenia”. Niczym Irena Santor, rzewnym głosem zawodził „już nie ma dzikich plaż” i nowoczesną turystykę masową przyrównywał do obozów koncentracyjnych, w których ludzie zamykają się z własnej woli.

„Ciała, ciała, ciała… Dziś na plażach osłoniętych od południowego wichru, gdzie słońce przygrzewa i piecze, wiele ciał. Wielka zmysłowość plaży, ale jak zawsze podcięta, utrącona”- pisał z kolei Witold Gombrowicz. „Na prawo i na lewo uda, biusty, plecy, biodra, stopy dziewcząt, kobiet, wydobyte z ukrycia i giętkie harmonie chłopców. Ale ciało zabija ciało, ciało ciału odbiera moc. Te nagości przestają być zjawiskiem, rozpływają się w swoim nadmiarze, unicestwia je piasek, słońce, powietrze i są zwyczajne”- donosił z Argentyny 1956 roku. „Impotencja opanowała plażę, piękność, wdzięk, urok – nieważne, nie są zdobywcze, nie ranią ani nie zachwycają. Płomień, który nie grzeje. Ciało nie podniecające, ciało zgaszone”- notował.

Innym razem, na plaży w Necochea, geniusz Witold „leżał w słońcu, sprytnie zaszyty w łańcuchu górskim, jaki tworzył piasek naniesiony wiatrem”, gdy nagle zauważył żuka przewróconego na plecy, który rozpaczliwie przebierał łapkami. „Ja, olbrzym, niedostępny mu swoim ogromem – przyglądałem się temu machaniu… i, wyciągnąwszy rękę, wydobyłem go z kaźni. Ruszył naprzód, przywrócony w jednej sekundzie życiu”. Gdy tylko pierwszy owad został odratowany, pisarz dostrzegł kolejne. „Czyż miałem przemienić moją sjestę w karetkę pogotowia dla konających żuków? Ale zanadto już zadomowiłem się w tych żukach, w ich wymachiwaniu cudacznie bezbronnym i […] jeśli już zacząłem to ratowanie, nie miałem prawa zatrzymać się w dowolnym miejscu. Byłoby to zbyt straszne wobec trzeciego żuka – zahamować akurat na progu jego klęski… zbyt okrutne i niemożliwe jakieś, nie do popełnienia”- tłumaczył. Kiedy oczom autora „Ferdydurke” ukazał się „stok lśniąco – gorąco – piaszczysty” a na nim kolejne punkciki, pospieszył z ratunkiem. „Już tak sparzyłem się z ich męką, tak bardzo w nią wsiąkłem, że widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wąwozach […] jąłem po tym piasku ruszać się jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą!” Jednak Gombro wiedział, że któryś żuk będzie musiał być tym ostatnim. Nie zdoła uratować wszystkich. Całe wybrzeże było nimi usiane. W końcu „dokonało się we mnie załamanie, nagle, gładko, zawiesiłem w sobie współczucie, stanąłem, pomyślałem obojętnie „no, dość tego”, rozejrzałem się, pomyślałem „gorąco” i „trzeba wracać”, zabrałem się i poszedłem”- zapisał w dzienniku. I dodał, iście po gombrowiczowsku; „A żuk, ten żuk, na którym przerwałem, pozostał wymachując łapkami (co właściwie było mi już obojętne, jak gdybym zraził się do tej zabawy – ale wiedziałem, że ta obojętność jest mi narzucona przez okoliczności i niosłem ją w sobie, jak rzecz obcą).”

fot. Weronika Kwiatkowska

*

W tej części Jones Beach jest pusto. W zasięgu wzroku, gdzieś daleko na horyzoncie, majaczy samotny parawan. Po lewej stronie ogromna boja, którą wypluł ocean. Wygląda jak nowoczesna rzeźba. Świetnie się komponuje z surowym krajobrazem. Ogromna płachta piasku. I plama niebieskiego. Zachód słońca wyrasta za plecami. Złote jajo złożone w trawach wydm. Surrealistycznie. Kiczowato. Przystaję, by zrobić zdjęcie. Na ścieżce żaba w kolorze piasku. I królik. Z białym ogonem. Nieruchomieje. Potem rzuca do skoku. Tną komary. Coś szeleści w trawie. Podrywa do lotu. Znika. Ptaki nawołują głośno. Widnokrąg różowieje. Lato ma zapach podmokłej ziemi, w której roi się życie.

 

 

Weronika Kwiatkowska