Niedziela późno

No i nasze Orły czy raczej Żelusie Nawałki ubabrały się po pachy. Nie minęło nawet jedno „Kolanko” a reprezentacja Polski w piłce nożnej zaliczyła kompletny blamaż i upadek. Dwa mecze, dwie porażki w żałosnym stylu: bez walki, bez pomysłu, bez umiejętności. A ileż było zadęcia, zaklinania rzeczywistości, propagandy sukcesu, że tym razem to na pewno „nasi” coś zdobędą, bo profesjonalizm, super przygotowania, Nawałka trenerem a Boniek prezesem… Efekt? Najgorsza drużyna tych mistrzostw, nie potrafiąca sklecić jednej, dwóch akcji, grająca archaiczny futbol (kopnij do przodu, może coś się zdarzy albo wymuś stały fragment gry), taki od którego aż bolą oczy…

Zamiast prawdziwych wojowników na boisku, takich co mieli nawiązywać do tradycji – nie, nie, sam tego nie wymyśliłem – zwycięstw husarii, zobaczyliśmy metroseksualnych wymoczków, wyroby piłkarzopodobne, udające graczy na najwyższym poziomie, ale tylko pod względem stroju i wymyślnych fryzur…

Dixit. Niech resztę dopowie Paweł Kukiz, który naprędce sklecił wierszyk (może piosenkę da się z tego zrobić?), dobrze oddający całą rzeczywistość piłkarską, w jakiej znalazła się reprezentacja biało-czerwonych:

 

Byłoby dobrze
Byliśmy gotowi
Do walki w znoju

Chłopcy morowi
Dzisiaj przeklęci
Lecz jutro -nie
Wygralibyśmy
Gdyby nie żel…

Historia kiedyś
Rację nam przyzna
Że My to Honor
Bóg i Ojczyzna
Wygralibyśmy
Gdyby nie żel
Zdradziecki wymysł
Salonu sfer

W szaleńczej walce
Pot nas oblewał
Żel w oczy płynął
Widok zaćmiewał
Trawę gryźliśmy
Na twarz padalim
Ręce i nogi nadwyrężalim
Byłoby dobrze
Gdyby nie żel
Zdradziecki wymysł
Salonu sfer

Gdyby nie majtki
(te od sponsora)
Strzelilibyśmy dla Polski gola
Lecz majtki były od wroga Polski
I nie mogliśmy dać Wam radości
Buty cisnęły też nas
Że hej

Ale najgorszy był ten żel
Żel z potem znoju
Zalewał oczy
I nie widzielim
Jak piłkę toczy
Ten Senegalczyk
Do bramki mej
Byśmy wygrali
Gdyby nie żel.

 

Środa do nocy

Właściwie co ma sens? W sensie życie. Dociera do nas urywkami sensów. Święty Tomasz z Akwinu, jeden z dwóch największych teoretyków średniowiecznej myśli chrześcijańskiej, który w zaledwie 16 lat spisał około ośmiu milionów myśli w 92 rozprawach tuż przed śmiercią w wieku ledwie lat 49, przeżył wizję ekstatyczną podczas mszy świętej. I ten twórca Wielkiej Teorii, usadowionej na Arystotelesie, która stała się jedną ze skał kościoła raczył był stwierdzić: „Wszystko, co napisałem wydaje mi się niczym słoma, w porównaniu z tym, co objawiło mi się teraz”. Co zobaczył, powiedzieć ani opisać nie zdołał, bo mu się zmarło. Więc dziwić się nie można nam, maluczkim, że ze strzępków próbujemy odtwarzać o co w tym wszystkim biega.

Zwłaszcza tacy jak ja, zaczerniacze komputerowych ekranów mają często wątpliwości. Bo żeby choć jak lekarz, naprawić człowieka w realu, pieprzymy trzy po trzy słowami. A tu wokół zalew strzępów informacji, przekazów, których nasze ptasie móżdżki ogarnąć nie mogą. Bo jak świetnie ujmuje to zespół Luxtorpeda:

 

Wieczność jest za nami już
wieczność jest przed nami tuż
Mamy tylko chwilę
pomiędzy wiecznościami tu
Czas ucieka nam,
przysypują nas śmieci
To co ważne zostaje –
reszta na śmietnik.

 

Ale co zostawić, a co wywalić? No i przede wszystkim co zrobić z Czasem, który jak kat, odcina nam po kawałeczku, z każdą minutą szanse i możliwości. Jak śpiewają inne szarpidruty z zespołu Creed: Trapped between this life/ And the light/ I just can’t figure out/ How to make it right co w wolnym tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: „uwięziony między moim życiem a światłością, po prostu nie wiem, jak właściwie się zachować”. Choć podane w treści popularno-gitarowej, dobrze oddaje sens tego naszego bezsensu codziennego…

Oczywiście są wskazówki od Pana. Dzisiejsze czytanie i fragment Psalmu 119: Nakłoń me serce do Twoich napomnień/ a nie do zysku/ Odwróć me oczy, niech na marność nie patrzą/ udziel mi życia przez swoje słowo. Ale jakie s ł o w o kiedy na ulicach piękne wdzięki się prezentują w skąpym, czerwcowym odzieniu a i „bez rubelka” nie da się przyjemnie pożyć, acz przecież się należy? A jednak jakaś głęboka tęsknota gdzieś głęboko w nas, wie że to wszystko mało… Ale zaraz włącza się ego, skłonność do oceniania bliźnich, szukania drzazg w oczach innych, gdy ogromne bele tkwią w nas samych. To ustawianie świata pod siebie, co – jak pisze inny mądry kaznodzieja – niepostrzeżenie jak robak niszczy wewnątrz nasze życie i wzajemne relacje powodując „raka duszy” czyli pychę. I tak w koło Macieju – tu coś smakowitego widzimy, czegoś co nas zaspokoi pożądamy natychmiast, aby zaraz widzieć ułudę i tęsknotę za czymś więcej…

Ale po pewnym uspokojeniu emocji (pamiętaj: to myśli wywołują emocje, nigdy na odwrót, słowem złe myśli wywołuję złe rozedrganie…) odpowiedź przychodzi sama: tu i teraz. Włączenie czajnika z ciepłą wodą. Przełykanie strawy. Przytulenie dziecka, powąchanie jego główki. Posłyszenie śpiewu ptaków na dzień dobry i dobranoc, zapach ściętej trawy. A przede wszystkim czyny wobec bliźnich: zwłaszcza, gdy nas coś kosztują, gdy nasze ego musi poczekać, aby chapnąć kawałek życia, które tak szybko ucieka… Reszta? Reszta jest przecież „niczym słoma”, po której nie zostanie nawet ślad…

 

Jeremi Zaborowski