Portret Adeli Bloch-Bauer namalowany przez austriackiego malarza, Gustava Klimta, słynie z trzech rzeczy i nie wiadomo która z nich czyni ten obraz modernistycznego artysty jednym z najsłynniejszych obecnie dzieł sztuki.

 

Pierwsza i zapewne główna, to cena, jaką magnat firmy kosmetycznej, Este Lauder, zapłacił za ów obraz. W 2006 roku nabył go za 135 milionów dolarów i przekazał dzieło do Neue Gallery, nowojorskiego muzeum poświęconego współczesnej sztuce austriackiej (i niemieckiej). Była to najwyższa suma, jaką zapłacono za obraz współczesnego malarza – oczywiście nie licząc zdecydowanie przereklamowanych impresjonistów i post-impresjonistów.

Wielkie pieniądze zawsze ekscytują media. Mniejsza o wartość dzieła, dolary się liczą. Dziennikarze mrowią się, piszą i mówią, ale nie na temat, tylko o milionach. Byłem na specjalnym pokazie w Neue Gallery, kiedy prezentowano nowy nabytek. Rzędy kamer, wokół krzątają się fotografowie z aparatami jak broń strzelca wyborowego: szybkie, niezawodne, zawsze w cel. Następnie kamery telewizyjne, a w trzecim szeregu piszący, najmniej ważni.

Wcześniej, na prezentacji obrazu Duccia w Metropolitan Museum telewizja i reporterzy stłoczyli się przed Madonną w jakimś osłupieniu, jak można zapłacić 40 mln dolarów (a podobno nawet więcej) za wizerunek Matki Boskiej na drewnie nie większym od rozmiarów kartki papieru.

Nie wiem, czy do chwili obecnej dzieło Klimta dzierży ów rekord, ale pytanie, jakie nurtowało prasę w dniach transakcji: czy Este Lauder nie przepłacił? – jest pozbawione sensu.

Po pierwsze ów milioner, czy nawet miliarder, mógł sobie pozwolić na taki nabytek. Po drugie, był to piękny gest wobec spadkobierców i faktycznych właścicieli obrazu. Nawet jeśli dał za dużo, w cenie kupna jakby zawarł rekompensatę za krzywdy wyrządzone rodzinie austriackich Żydów, którym ten obraz zrabowano w czasie wojny, a następnie władze w Wiedniu przez dziesiątki lat nie chciały go zwrócić spadkobierczyni sportretowanej Adeli. Perypetie związane ze staraniami o odzyskanie dzieła świetnie prezentuje amerykański film „Woman in Gold”. Polecam.

Losy portretu Klimta jakby streszczają trudności związane z odzyskiwaniem zrabowanych albo zaginionych dzieł sztuki. Nawet jeśli – jak w tym przypadku – wiadomo, gdzie dzieło się znajduje, i kto jest jego obecnym posiadaczem. Filmowa „kobieta w złocie” to modelowa opowieść o powikłaniach dotyczących powojennych starań o restytucję dzieł sztuki.
Po trzecie, rynek przedmiotów artystycznych od dziesiątków lat jest „przegrzany”, tzn. ceny dzieł sztuki rosną w niebywałym tempie. Szalony popyt na nie powoduje, że chętni płacą bajońskie sumy za dzieła drugorzędne (akurat nie dotyczy to obrazu Klimta), albo podejrzanej proweniencji. Stąd tyle fałszywek na rynku.

A gdzie w tym całym zgiełku medialnym samo dzieło sztuki? Czy ma jakąś samoistną wartość? Portret Adeli Bloch Bauer jest malowidłem pierwszej wielkości, jednym z najznakomitszych przykładów secesyjnej sztuki europejskiej. Mamy go w Nowym Jorku, możemy oglądać do woli, wraz z drugim portretem tej samej kobiety. Także namalował go Klimt w parę lat po pierwszym. Jakże odmienny w stylu, choć również w duchu secesji – ozdobny, dekoracyjny, nadmiernie wzorzysty. Takie było podstawowe wyznanie wiary artystów tego nurtu: dzieło sztuki, prócz tego, że komunikuje jakieś treści, ma być przede wszystkim pięknym przedmiotem, cieszyć oko, przyczyniać się do zwiększenia urody otoczenia, w którym żyjemy.

A drugie z podstawowych założeń: ponieważ istniejemy, obracamy się w jakimś określonym kontekście, środowisku, tedy należy znieść podział na dzieła sztuki i przedmioty użytkowe; że niby tych drugich kryteria estetyczne nie obowiązują, a tylko praktyczne. Nożyczki, książka, stolik, lampa – cokolwiek z rzeczy, wśród których funkcjonujemy i którymi się posługujemy, ma w równym stopniu być przedmiotem praktycznym i jednocześnie upiększającym wnętrze.
Zwykle, choć nie zawsze, te dwie funkcje traktowano oddzielnie. Secesja postawiła na ich jedność: żyjemy w otoczeniu rzeczy, musimy tedy nasze środowisko upiększyć, bo to dodatnio wpływa na nasze samopoczucie, na jakość naszej egzystencji.

Dziś secesja nas męczy (mnie bardzo) przeładowaniem ozdób, nadmiarem niepotrzebnych dekoracji dla nich samych, zbytkiem ornamentu, wskutek tego nieco złym smakiem. Późniejsi dyktatorzy nowoczesnego gustu spod znaku Bauhausu (jednym z dalekich krewnych zrodzonych z tego ruchu może być Ikea, powiedzmy) zaczęli kłaść nacisk na estetykę funkcjonalności, czyli całkowitą prostotę i zarazem elegancję umiaru: ozdobą jest maksymalny pragmatyzm.
Gustav Klimt namalował dzieło pomny na te właśnie zasady. Nie jest to zwyczajny obraz, typowy portret, ale bizantyjska ikona. Postać modelki cała w złocie, w ozdobach, jej suknia niemal zlewa się z tłem; bladość ciała, czerń włosów i czerwień ust. Kontrasty kolorystyczne, intensywne barwy. Złota Madonna z kosztownych bizantyjskich wizerunków, a jednocześnie współczesna młoda kobieta z wiedeńskich salonów. Portret damy z wyższych sfer i zarazem metafora nieziemskiej urody kobiety. Eterycznej, zwiewnej. Adela Bloch Bauer była wątłego zdrowia, zmarła w młodym wieku w 1925 r.

Czy złoto, w którym skąpana jest modelka, było zarazem aluzją Klimta do wielkiego bogactwa rodziny Blochów i fortuny męża Adeli, Ferdynanda Bauera? Wątpię. Artysta wysoko cenił urodę kobiecą, może nawet przesadzał w życiu z tym pociągiem do kobiet. Chciał namalować piękny obraz. I to zrobił.

 

Czesław Karkowski