Martynika w styczniu to oaza wytchnienia po ucieczce z trzeszczącego od mrozu Wschodniego Wybrzeża.

 

Samolot wylądował tuż po zmroku. Krótkie i gwałtowne deszcze znad Wysp Dziewiczych pozwalały spłukać podróżny kurz i trud.

Nasz kapitan Sierant zamaszyście zarzucił żeglarski worek na plecy i pewnym wzrokiem światowca potoczył po niezbyt dużej hali przylotów. Przeliczył nas szybko i już po chwili łapczywie wdychaliśmy ciepłe powietrze Karaibów oczyszczając płuca z samolotowego zaduchu. Karaiby nie były nam obce, bo od lat rejs w tropikach jest największą i najbardziej wyczekiwaną atrakcją zimy. Dlatego niecierpliwie przebieraliśmy nogami czekając na sygnał kiedy pojedziemy do mariny

Sygnał jednak nie nastąpił. Kapitan Sierant wolno chował telefon, którego zawartość studiowal przez krótką chwilę. Jego nieprzenikniona twarz nie wróżyła nic dobrego i te złe przeczucia szybko się potwierdziły. Okazało się, że „Shanties” nie była jeszcze gotowa na spotkanie z nową załogą i pierwsza randka miała nastąpić dopiero następnego dnia po południu. Taka wersja wydarzeń nie była zaskoczeniem, bo załoga zaprawiona w licznych karaibskich czarterach niejedno już widziała. W końcu na taką okoliczność mieliśmy plan B, który uruchamiał jakiś bliżej nieznany nikomu hotel – podobno – z widokiem na morze. Mieliśmy tam rezerwację a więc dach nad głową i to w tej sytuacji było najważniejsze.

Wkrótce, jak spod ziemi pojawił się odpowiednich rozmiarów Peugeot. Podczas ładowania bagaży nasz kapitan w krótkich żołnierskich słowach pożegnał się rzeczowym „Do jutra!” i zniknął w ciemnościach. Zrazu na nikim to nie zrobiło wrażenia, ale kiedy wpatrywaliśmy się w tropikalną noc przez okna taksówki okazało się, że nikt tak naprawdę nie wie gdzie stoi Shanties i gdzie mamy spotkać dziarskiego Sieranta. Co gorsza utraciliśmy z nim kontakt. Jego telefon na Martynice przestał działać!

 

Największym portem jachtowym na Martynice jest Le Marin, leżące na południowym cyplu wyspy i nie ulegało wątpliwości, że tam właśnie czekała na nas „Shanties”, ale Le Marin to imponujące miasto na wodzie i o tej porze roku bez problemu można się tam doliczyć dobrych kilku tysięcy masztów. Szukanie „Shanties” stawało się klasycznym poszukiwaniem igły w stogu siana. Telefony – następna oczywista rzecz działająca idealnie w nowym Jorku, na Martynice straciły swój animusz i z nikim nie były się w stanie połączyć. Na dodatek prąd w bateriach zaczął spadać niebezpiecznie szybko a nasze amerykańskie wtyczki nie pasują przecież do europejskich. Usiedliśmy w milczeniu patrząc na postawioną na stole przez Emira butelkę „Absolutu”, którą nie wiadomo czemu kupił w sklepie bezcłowym na lotnisku Kennedy’ego.

„Emir – odezwała się Małgosia – po coś kupił tą wódkę?” „Bo lubię – odparł Emir lakonicznie. Małgosia nic więcej nie powiedziała i rozmowa rozpłynęła się w pozbawionych konkretów mgławicach. W zamglonym telewizorze – sądząc po gęsto ścielącym się trupie – dogasał francuski kryminał. Pierwsza noc na Martynice w hotelu, którego nazwy nikt nie pamięta, powoli zmierzała w stronę świtu.

Ożywczy sen szybko przywracał siły a poranek od razu ustawił świat we właściwych proporcjach. Z hotelowego okna rozciągał się wspaniały, aczkolwiek nieco jednostajny widok. Kipiąca zieleń i rozchełstane wiatrem pióropusze palm szybko ustąpiły bezkresnemu błękitowi wody, idealnie stopionej horyzontem z bezchmurnym niebem. Spłoszony i nieprzyzwyczajony do takiego widoku wzrok, myszkował przez chwilę, bezradnie szukając jakiegoś punktu odniesienia. Nawet jeśli pocztówkowo trywialny – był to całkiem niezły widok jak na początek zimowych wakacji.

 

Martynika mimo, że od Francji dzieli ją tysiące mil jest jej integralną częścią a zatem także częścią Unii Europejskiej. Bez problemu można kupić tu perfumy Chanel i kąpielówki od St Laurenta pod warunkiem, że dysponuje się euro. O ile na niemalże całych Karaibach amerykański dolar traktowany jest niezwykle przyjaźnie i nie ma najmniejszych problemów w płaceniu tą walutą, to francuska Martynika jest na nią niezwykle odporna. Nawet z natury chciwi kierowcy taksówek nie chcieli słyszeć o dolarach a jeśli już się na nie zgadzali, to po pirackim przeliczniku. Sytuacja, mimo że daleko jej było do powagi, stawała się coraz bardziej niewygodna. Z przetrząsanych z determinacją portfeli wyłuskiwaliśmy egzotyczne euro. Każdy z nas miał jakiś zapas kolorowych papierków wyglądających trochę — przez swoje pastelowe kolory – jak etykietki ciasteczek albo nalepki na płynie do mycia szyb.

Potrzebną kwotę udało się bez większego trudu zebrać a krótka licytacja z taksówkarzem ustaliła całą podróż na sto euro. Podróż z przedmieść Fort de France – stolicy Martyniki – do Le Marin minęła szybko i zabrała nieco ponad godzinę.

Kierowca Vincent po angielsku znał zaledwie parę słówek i preferował oczywiście francuski i lokalną odmianę kreolskiego – siłą więc rzeczy rozmowa niezbyt się kleiła. Wyglądał jak brat Bruce Willisa – ten z resztkami włosów. Za oknami przesuwały się sielskie obrazki pól uprawnych ozdobionych czasem samotną palmą. Co jakiś czas niewielki stragan z warzywami kusił żeby się zatrzymać i kupić lokalne pomidory, banany, mango i maracuję. Nic z tego. Vincent zatrzymał się dopiero przed budą, która okazała się być lokalną gorzelnią produkującą rum Trois Riviere.
Rum to chyba najsłynniejszy i najbardziej znany produkt z Karaibów. Powstaje po fermentacji wysłodków z trzciny cukrowej po wydobyciu z niej większości cukru, ale coraz bardziej na popularności zyskuje rum biały zwany wiejskim, robiony wprost ze świeżo ściętej trzciny cukrowej. Ma on zaskakujący smak w niczym nie przypominający poczciwego Kpt Morgana. Tylko na Martynice koneserzy naliczyli 217 gatunków rumu! Nieźle jak na wyspę zamieszkaną przez nieco ponad 300 tys osób…

Tymczasem ruch na dobrze utrzymanej szosie zaczął gęstnieć a za oknem ukazała się zatoka i gęstwina masztów. Ponieważ planu na znalezienie zagubionego kapitana Sieranta nadal nie było, szybko ustaliliśmy, że wysiądziemy przy wejściu do mariny i tam rozpoczniemy poszukiwania. Nawet jeśli w tym prostym planie nie było konkretów, to przynajmniej zaczęła się rodzić determinacja. Krzysia Sieranta znamy od wieków i z kapitanem tym żeglowaliśmy już nie pierwszy raz, nie tylko dookoła Long Island ale także po Wyspach Dziewiczych podczas II zlotu im. Władysława Wagnera. Jego doświadczenie, solidność i pogodny charakter zapowiadały piękny rejs, po warunkiem, że uda się nam go odnaleźć!

 

Taksówka odjechała w obłoczku kurzu a nasza zostawiona na pastwę losu grupka w milczeniu rozglądała się za miejscem na założenie tymczasowego obozu. Pobliski bar „Mango”, nadawał się do tego celu wyśmienicie. Zaledwie uszliśmy kilka kroków otucha zamieniła się w entuzjazm bo już przy pierwszym stoliku z doskonałym widokiem na wchodzących do mariny siedział uśmiechnięty Sierant, chłodząc się lokalnym piwem. Po prostu biblijny cud!

 

Martynika jest ulubionym miejscem uciekających przed zimą żeglarzy, którzy zazwyczaj tu zaczynają swoje rejsy po Wyspach Zawietrznych jak czasem się je nazywa. Na Martynice odpoczywał sam Kolumb, który spędził tu tydzień uzupełniając wodę i robiąc generalnie pranie po transatlantyckim pasażu.

Martynikę zamieszkiwali Tainos – lud dumny i niezwykle wojowniczy, który kilkaset lat wcześniej wydarł wyspę z rąk spokojnych Arawaków. Kto mieczem wojuje od miecza ginie i tym razem Tainowie nie zdołali oprzeć się Francuzom, którzy zaczęli zakładać tu plantacje doceniając rolniczy potencjał wyspy. Podczas walk francuskich Katolików z Hugenotami, ci drudzy ponieśli sromotną klęskę i zsyłani byli właśnie na Martynikę, gdzie pełnili rolę służby u bogacących się plantatorów. Ich los był jednak lepszy od sprowadzanych z Wybrzeża Kości Słoniowej czarnych niewolników.

Po utracie Haiti to właśnie Martynika stała się najważniejszym miejscem jakie posiadała Francja na Karaibach. Cukier wyciskany z trzciny cukrowej przynosił bajońskie zyski a cukrowi baronowe coraz więcej znaczyli w europejskiej polityce Francji. Urodzona w Trois Ilet na Martynice Józefina de Beauharnais miała stać się w przyszłości żoną Napoleona Bonaparte i cesarzową Francuzów.

 

Smukły katamaran „Shanties” jak rasowy rumak stał cierpliwie przy pomoście w gęstym szpalerze tysięcy innych jachtów. Na następne dwa tygodnie miał to być nasz dom. Wiatr ucichł zupełnie a słońce karaibskim zwyczajem gwałtownie zanurkowało w turkusowe morskie wody. Gdzieś w oddali dało się słyszeć delikatny, ale wyraźny dźwięk dzwonu. To w kościółku pod wezwaniem Notre Dame de La Salette w pobliskim Sainte Anne wybijano kolejną godzinę. Tym samym nasz rejs zaczął się ucieleśniać.

 

Krzysztof Miekina