Dziś będzie jeszcze bardziej osobiście niż zwykle. Będę pisał, jak się mieszka w Polsce gdy jest się singlem. Jak się tam żyje w pojedynkę.

„Samotność w Warszawie” to mało chwytliwy tytuł, brzmi trochę jak: „Samotność w Katowicach zimą”. Są co prawda fajnie się czytające, książki Marcina Bruczkowskiego o samotnym życiu w Tokio i Singapurze. Ale tamta samotność jest sexy, to życie osobne wśród rozjarzonych w nocy wieżowców dynamicznych, bujnych metropolii.

Można też przecież mówić o samotności w Paryżu, Los Angeles i Nowym Jorku. Gdy mieszkałem w tym ostatnim miejscu, wysłuchiwałem godzinami od Polaków, jacy tu są osamotnieni, jak trudno o przyjaznych sąsiadów na Long Island i dobrych przyjaciół na Manhattanie.

Sprawa jest indywidualna. Jakoś rozumiem polskiego budowlańca o lirycznej naturze, który zostawił w Polsce żonę, a wieczorami w ogóle go nie ciekawią teatry na Broadwayu i bary w East Village. Jego drażnią te tysiące świateł w nocy więc nie zagląda przez okna do pięknie urządzonych mieszkań, w których amerykańskie rodziny oglądają telewizję lub jedzą kolację.

Ja akurat świetnie odnajdywałem się, urodzony i niepoprawny samotnik, w miejscach tłocznych, gwarnych, jasnych nawet nocą. Moje żywioły to The Strip w Las Vegas, Ocean Drive w South Beach na Florydzie, East Village i Williamsburg w Nowym Jorku. W Nowym Jorku mieszkałem, także przez ścianę w budynku, z singlami, ludźmi w przypadkowych związkach, gejami, staruszkami nadal aktywnymi zawodowo, zbieraniną ludzi z całego świata. Im też do pewnego stopnia doskwierała samotność ale stopniowo – wszyscy na jednym wózku – przyzwyczajaliśmy się do takiego trybu życia. Obserwowaliśmy się nazwajem i uznawaliśmy, że życie w pojedynkę nie jest aberracją lecz jednym z możliwych wyborów (na Manhattanie już w 40. procentach mieszkań jest tylko jeden, samotny lokator).
Życie singla w wielkiej metropolii jest jednakże trendem ostatnich lat. Krytyk rozpadającej się, świeckiej cywilizacji Zachodu – a krytyków takich jest w Polsce dostatek – powie, że to negatywne zmiany, że to symptom rozpadu więzi rodzinnych i społecznych.

Może i ja jestem takim symbolem degeneracji? Jeśli tak, to zrozumiałe jest, że trudno odnaleźć mi się poza Nowym Jorkiem a już na pewno w Polsce, kraju bardzo mieszczańskim, rodzinnym i religijnym.

Wiele moich negatywnych stanów emocjonalnych w Polsce nie wynika wcale z krytycznego osądu jakichś spraw politycznych (chociaż te sprawy zauważam) tylko z tego, że po prostu nie mam się gdzie wpasować, przyłączyć, stać się częścią rodziny czy grupy społecznej.

Single na Manhattanie są czymś pospolitym. W krajach uboższych i mających mocno zakorzenione obyczaje, konwenanse, ogólnonarodowe przyzwyczajenia, człowiek z zewnątrz niełatwo się odnajduje.

Piszę kąśliwie o tych trzymających się za rękę parach przechadzających się Krakowskim Przedmieściem, o rodzinnych nasiadówach przed telewizorem. Nie jest to jednak przecież przerażające widowisko – po prostu czuję się wykluczony, trochę jak stary kawaler, który dołączył do rodziny siedzącej przy wigilijnym stole.

Dlaczego w ogóle piszę o takich, mocno subiektywnych i osobistych, doznaniach? Dlatego, że będą one udziałem wielu powracających z zagranicy.

Kto czyta ten artykuł? Kto bierze to czasopismo do ręki? Wątpię, żeby byli to młodzi ludzie, w wieku studenckim i licealnym. Takich przyjeżdża do USA już mało, zaś ci, którzy w Ameryce się chowali, nie są ciekawi przemyśleń i porad dla Polonii.

Tak więc te teksty czytają ludzie w wieku średnim i starszym; moje pokolenie lub poprzednie. Być może czytają te felietony jako poradniki dla powracającego, jako relacje z pierwszej ręki, prognostyk co ich może czekać w Polsce.
Czeka ich samotność. Mało kto wraca przecież z dziećmi. Częściej te dzieci kończą w Stanach studia i tam zostają. Bywa więc, że ich rodzice wracają do Polski, ale na starość.

Wracają też na ostatnie lata życia osoby w związkach małżeńskich, ale też samotne, rozwiedzione, owdowiałe. Nawet jeśli miały rodzinę w Polsce, teraz jest ona przetrzebiona. Rodzice już umarli albo jest to bardziej opieka nad niedołężnymi ludźmi niż prawdziwy z nimi kontakt. Umierają też dalsi kuzyni. Wielu wyjechało za granicę. Ci, którzy zostali, są rozrzuceni po kraju. Nasi dawni znajomi też umarli albo tak się zestarzeli, że nie chcemy z nimi rozmawiać.
Poza tym, ludzie powracający w starszym wieku nie podejmują już w Polsce pracy, nie udzielają się w żadnej grupie.
Dobrze choć, jeśli wracają z małżonkiem. Wtedy mogą jednym głosem (para ma przecież podobne doświadczenia z USA) komentować polskie sprawy. Mogą razem narzekać, podziwiać, krytykować, porównywać. Miejscowi Polacy takich rozmów z nami prowadzić nie będą, bo przeżyli życie inaczej, nie znają naszego punktu odniesienia.
Wiem jednakże, że wielu Czytelników to osoby starsze i samotne. W tym nowojorskim rejwachu mogły jakoś się schować, a przez nieustanną pracę i pośpiech miały zapełnione dni.

Obawiam się, że te „powracające” starsze panie i starsi panowie, przechadzając się w słoneczny dzień po ulicach Warszawy, też będą się czuć jak ja, jak piąte koło u wozu. Tak jak ja, nie należą już bowiem do grup: rodzin, paczek ze studiów i liceum, współpracowników z biura, którzy razem ze sobą popijają kawę, jeżdżą na rowerach. Nie będą wreszcie, podobnie jak ja, zajęci opieką nad dziećmi i wnukami. A przecież ta opieka i miłość do dzieci potrafi wypełnić sensem całe życie. A wtedy rzeczywistość wokół: polityka, klimat, wysokie ceny – stają się tylko tłem życia.
Gdy do Polski przyjeżdża mieszkać osoba samotna, nie ma tych najważniejszych wypełniaczy życia: rodziny, miłości (chyba że kogoś pozna), przyjaźni, pracy. Pozostają spacery i przyglądanie się rzeczywistości. Która, jak każda rzeczywistość, skrzeczy.

 

Jan Latus