Statek szaleńców – jeden z najtrwalszych symboli cywilizacji zachodniej. U jego źródeł znajduje się dobrzej znana parabola platońska: państwo jako okręt. Do dziś mamy w języku polskim zwrot „nawa państwowa”. W określeniu tym nie idzie o „nawę” kościelną, ale o „nawę” jako statek właśnie.
W traktacie o „Państwie” Platon porównuje dobrze rządzony kraj do statku pilotowanego przez najlepszego kapitana. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzy tak odpowiedzialnej pozycji komuś, kto ładnie mówi, dużo obiecuje, świetnie się prezentuje przed przyszłymi pasażerami, albo rozdaje pasażerom i załodze prezenty, aby objąć stanowisko przywódcy mimo braku kompetencji. Nie, powiada Platon, mając na uwadze dobrze rządzone państwo, kapitanem takiej nawy (państwowej) winien zostać ten, kto wie; najmędrszy, który zna się na sztuce kierowania statkiem (państwem).
Od czasu tej słynnej paraboli (IV wiek p. n. e.) wielu ludzi, bardzo wielu, miało wrażenie, iż świat, to statek szaleńców, ludzi, którzy kierują nim powodowani najpodlejszymi pobudkami, ale nie względem najważniejszym – bezpieczeństwem podróży, jej mądrego celu. Państwa rządzone są nie przez tych, którzy powinni stać na czele, przez osoby mądre, uczciwe i odpowiedzialne, ale przez jednostki najmniej kompetentne, za to bardzo wymowne, nie przebierające w środkach do osiągnięcia celu. Prowadzą kraje na manowce, ku zgubie. Same społeczeństwa pełne są głupców wiwatujących na cześć nieudacznych przywódców, niewydarzonych władców schlebiających najbardziej pospolitym pragnieniom tłumu. Motłoch rządzi kierowany przyziemnymi instynktami, nie wiedzą, nie rozumem.
I tak dalej. Znamy to doskonale. Świat, kraje, są statkami głupców zdążających na ślepo w niewiadomym kierunku, albo dryfujących wprost na rafę. Niepomni na grożący kataklizm wszyscy zmierzają ku zgubie.
Od starożytnych czasów po współczesność „statek szaleńców” stanowił metaforę społeczno-politycznych wynaturzeń: przywódcy wpędzają społeczeństwa w katastrofę; sami ludzie na ślepo sterują ku zagładzie. Opętanie, szaleństwo namiętności – władzy, pieniędzy, chęci panowania nad innymi, zawiści – wszystkie grzechy, wady i przywary człowieka biorą górę, zaślepiają rozsądek, umiar i poczucie tego, co dobre, a co złe.
Hieronim Bosch podjął ów temat w tryptyku przedstawiającym wybrane grzechy główne. Wkrótce po powstaniu rozpiłowano dzieło na części i dziś fragmenty te znajdują się w różnych miejscach. „Statek głupców” z 1491 roku stanowi ozdobę Luwru.
Jest to obraz utrzymany całkowicie w stylu tego holenderskiego malarza. Groteskowy, surrealistyczny, anegdotyczny. Mnóstwo się na nim dzieje. Nie tak, jak większość dzieł malarskich, do obejrzenia jednym rzutem oka. Bezmiar niezwykłych detali, osobliwych szczegółów sprawia, iż prace Boscha oglądamy powoli, centymetr po centymetrze, co trochę natykając się na niespodzianką malarską.
W przypadku „Statku głupców” mamy do czynienia z tym samym problemem, co z wszystkimi innymi obrazami tego artysty, a nie dochowało się ich wiele, choć Bosch był za życia niezmiernie popularnym, „wziętym”, powiedziałbym, twórcą. Jego obrazy były w wielkiej cenie, przechowywano je pieczołowicie.
Bardzo trudno opisać ten obraz. Każda narracja to już daleko idąca interpretacja. Ale próbujmy: oto statek, którego pasażerowie zajęci są wszystkim, tylko nie nawigacją. Jedzą, piją, kłócą się, śpiewają. Czy błazen w charakterystycznym stroju z kaduceuszem trefnisia w ręku jest ich kapitanem? Siedzi na konarze wyrastającym z łodzi, popija, nie dba o kierunek żeglugi. Pod nim człowiek wychylony za burtę wymiotuje – wyraźnie z opilstwa.
Po drugiej stronie, także widzimy pijaka, leżącego w łodzi, kobieta budzi go z dzbanem wina w ręku. A może chce mu tym garncem przyłożyć?
Pasażerowie, w tym dwie osoby duchowne, oraz wioślarze – śpiewają. Na sznurku między nimi wisi „coś” – bochenek chleba, gomuła sera, kawał mięsa? Czy próbują ugryźć to bez pomocy rąk? Być może, jak twierdzą badacze wskazując, iż towarzystwo siedzi przy zaimprowizowanym stole z talerzem z owocami i kubkiem. Ich otwarte usta jednak sugerują śpiew. Weselą się, nie myślą wcale o podróży.
Jeden z pasażerów, żądny jadła, wspina się na maszt, do którego przywiązana jest pieczona kura/gęś. Wyżej przymocowano liściastą gałąź, a w niej siedzi ptak? Sowa?
W wodzie przy łodzi dwaj pływacy: jeden, w czapce na głowie, podstawia miskę. Chce coś dostać do jedzenia, choć na owym zaimprowizowanym stole niczego przecież nie ma. Drugi, wychylony wysoko ponad powierzchnię wody, wydaje się rękami popychać statek, który chyba utknął na mieliźnie. Nie znajduje się na morzu, oceanie, ale pośrodku lądu.
Pasażerowie jedzą, piją, śpiewają, weselą się, albo kłócą, los statku ani im w głowie. To ogólny sens obrazu. Ale co oznacza w szczegółach. Dlaczego gałąź przyczepiono do masztu? Dlaczego z głębi łodzi przy maszcie rośnie gęsty krzak. Co robi ta sowa (?) na szczycie? Dlaczego jeden ze śpiewaków ma szklanicę na głowie? Kim są pływacy?
Pytania można by mnożyć. Odpowiedzi nie znajdziemy, bo świadomość ludzi późnego średniowiecza jest już dla nas niezrozumiała. Karmiona legendami, opowieściami, przysłowiami, obiegowymi sentencjami i zwięzłymi powiedzonkami oraz potoczną, codzienną zdroworozsądkową mądrością, była tworem swych czasów. Jak świadomość każdej innej epoki. Ale Bosch, jak i późniejszy jego naśladowca, Peter Breughel Starszy, te obiegowe sformułowania malował, czyli tworzył coś w rodzaju dzisiejszych rebusów. Ówczesnych bawiły. Cieszyło rozpoznanie znanych powiedzonek w wizualnej formie, nam dzisiaj pozostaje tylko wrażenie dziwności, absurdu sąsiedztwa elementów zupełnie do siebie nie pasujących. Przedstawienie świata w całkowitym rozpadzie, w którym tradycyjny porządek przestał obowiązywać.
Nieco ponad sto lat po śmierci Hieronima Boscha o popularnym malarzu zapomniano. Jego obrazy wydały się potomnym kompletnie bez sensu. Z powodu nagromadzenia dziwactw, ponurej groteski bez konkretnego odniesienia, malarskiego gabinetu tortur, albo erotycznych obsesji. Jego obrazy znikły z Holandii. Wywiezione głównie do Hiszpanii znalazły siedzibę w Eskurialu.
Czesław Karkowski