Czy młodzi Polacy, w ogóle – młodzi ludzie są ode mnie – od nas – mądrzejsi, bardziej błyskotliwi, pomysłowi? Czy są od nas bardziej dowcipni, otwarci na świat i nowinki?
Zawsze dawałem na te pytania odpowiedź twierdzącą.
Zwykle jest odwrotnie: starsze pokolenie nieodmiennie uważa, że młodzież jest źle wychowana, wulgarna, nie ma żadnych aspiracji i w ogóle jest wyjątkowo głupia. Za naszych czasów natomiast…
Były to opinie powtarzane bezmyślnie i na ogół krzywdzące. Ja ich nie podzielałem, a dowodem na to było, że zawsze poszukiwałem do współpracy – pisania artykułów, robienia zdjęć i grafiki – ludzi młodych. Zwykle dobrze się sprawdzali.
Między pokoleniami zawsze istnieją animozje i poczucie przewagi nad starszą lub młodszą generacją. Tak więc młodzi w Polsce, ale i w Stanach, patrzą na starszych z wyższością na pograniczu politowania.
Przede wszystkim, powodem pogardy jest już sam wiek. Mój dla nich jest już matuzalemowy, skoro np. dla dziewczyny 22-letniej 28-latek jest kimś starym, który w seksie szybko opadnie z sił, popołudniami zamiast iść na rower siedzi na kanapie oraz – co najgorsze – nie będzie w pełni akceptowany przez koleżanki.
Dla szesnastolatka ktoś, kto jest już na studiach, to przepaść mentalna i obyczajowa. Z kolei student, gdy pozna dziewczynę młodszą od niego ledwie o parę lat, niebezpiecznie zbliża się do oskarżeń o pedofilię i związanych z tym surowych wyroków.
W Europie sposobem na podkreślanie różnic pokoleniowych jest mówienie sobie per „ty” albo per „pan/pani”. Te formy grzecznościowe obowiązują nadal w języku niemieckim i francuskim, choć już nie są tak rygorystyczne, jak niegdyś. W Szwecji natomiast zadekretowano (dosłownie – był to dekret z mocą prawa), że wszyscy są z soba na „ty”, czyniąc sympatyczny wyjątek gdy ktoś zwraca się do króla.
Czy oznacza to, że w Szwecji 20-latkowie rozmawiają z emerytem jakby był ich rówieśnikiem? Oczywiście nie, niemniej sam fakt „tykania” się przez wszystkich – podobny do tego w Ameryce, choć tam nikt nie musiał tego dekretować – czyni relacje między ludźmi bardziej egalitarnymi i naturalnymi. Wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi, równie dobrze możemy mówić do siebie zastępując nazwiska, imiona i tytuły zawodowe np. numerem.
Pisałem już o tym, z jaką desperacją starałem sie przechodzić z młodymi bufetowymi i barmanami w Polsce na „ty”. Czasem muszę pokonywać opory; u innych barmanów, tych nadających się do tej pracy, przejście jest całkiem naturalne.
Czy to coś naprawdę zmienia? Owszem, zmienia. Sam fakt, że jesteśmy ze sobą po imieniu, czyni rozmowy bardziej naturalnymi, a człowiek wydaje się nam od razu bliższy. Coś przecież było w PRL-owskich ceremoniałach bruderszaftu, certolenia się przez spoufaleniem się z kimś. Potem jednak te relacje naprawdę stawały się bliższe, bardziej bezpośrednie.
Tak więc załóżmy, że młodzież mówi do nas per „ty”. Czy oznacza to, że nas ceni i szanuje? Niekoniecznie. Cechą młodości jest przecież arogancja i poczucie wyjątkowości (które czasem pokrywa kompleksy niższości, lecz to inny temat). Tak więc młodzi zawsze patrzyli na starszych z politowaniem i to z błahych powodów. Oni na przykład mówili gwarą, używali wszystkich słów uważanych obecnie za jedynie właściwe, czyli cool. Starsi są tu skazani na porażkę – nie uda się mówić jak młodzi choćby dlatego, że język młodzieżowy ewoluuje, nawet więc jeśli nauczymy się języka 22-latków stracimy z pola widzenia 16-latków, którzy mówią już inaczej.
Młodzi mają tatuaże, dużo tatuaży, ja nie mam żadnego. Oni mają kolczyk w nosie, ja nie widzę powodów by eksponować mój nochal kawałkiem wbitego weń żelaza. Oni jeżdżą codziennie na rowerze, ja nie. Oni palą, ja nie zamierzam. Oni piją piwo, ja raczej za nim nie przepadam. Oni przeklinają jak szewcy, właściwie to rozmawiają za sobą w formie wulgaryzmów, ja do tego się nie zmuszę.
Nie ma co udawać, upodobniać się na siłę do nich. Tylko się ośmieszamy. Jest to problem szukających szerszego oddźwięku pisarzy, postaci telewizyjnych, wykładowców akademickich. Jakim mówić językiem, jak się zachowywać, żeby dotrzeć do młodych? Wiemy już, że za bardzo starać się nie warto – wyjdzie to żałośnie.
Jak więc zdobyć uznanie młodzieży?
A może nie należy tak przed nią klęczeć? Fantazja fantazją, ich poczucie humoru i sarkazm warto docenić, ale może za tą warstwą obowiązkowych tatuaży i tych samych dosadnych słów, którymi opisują rzeczywistośc, nie ma już nic? Nie ma zróżnicowania, odwagi do bycia innym od rówieśników? Może sprowadza się to do takich samych dla wszystkich strojów, takich samych – rzekomo określających ich indywidualność – tatuaży i gwoździ w ciele?
Pokazywane są na internecie filmiki w serii „Matura to bzdura”, ośmieszające koszmarną ignorancję polskiej młodzieży (istnieją zresztą podobne programy amerykańskie). Ci ludzie nic nie wiedzą i nie chcą wiedzieć. Nie uczą się francuskiego, nie czytają książek, nigdy nie byli w teatrze i filharmonii. Może za bardzo stawiałem ich na piedestale, uważając się za gorszego od nich, cieniasa, nudziarza, zgreda, choć tak naprawdę jestem od nich mądrzejszy, zabawniejszy i ciekawszy w rozmowie?
Ciekawe, jak dziś czuliby się w młodzieżowym barze w Warszawie Janusz Głowacki, Roman Polański, Michał Urbaniak, Krystian Zimerman.
Czy w ogóle ktokolwiek wiedziałby kim są i na czym polega ich wielkość? Czy coś mówiłyby im nazwy teatrów, wydawnictw, firm płytowych, sal koncertowych, autorów muzyki filmowej?
Jak by prowadzili zajęcia na uczelni z polską młodzieżą, skoro ta nie miałaby pojęcia – ani ciekawości i uznania – co to znaczy być zauważonym przez Joe Pappa, zaangażować do swojego filmu Jacka Nicholsona, zagrać recital w Carnegie Hall i nagrać płytę z Milesem Davisem?
Jan Latus