Piękne dni w Warszawie i na jej przedmieściach. Słoneczne, ciepłe i zielone. Pachnące jaśminem, różami i lipami. Długie, bo ciemność zapada dopiero o dziesiątej wieczorem. Z miesięcy zawsze najbardziej lubiłem czerwiec, właśnie ze względu na długie dni, intensywność zieleni i wszelkich zapachów. W czerwcu miałem też najwięcej nadziei na wszystko, począwszy od promocji do następnej klasy lub przejścia na kolejny rok studiów. Dziś, kiedy już nie muszę zdawać egzaminów, pisać artykułów lub wystawiać sztuk, uczę się żyć dla samej przyjemności życia. Trudno mi to wychodzi, bo poganiany dotychczas koniecznościami i obowiązkami, tak do nich przywykłem, że ciągle wydaje mi się, że – zamiast odpoczywać – powinienem robić coś pożytecznego w pozytywistystycznym rozumieniu tego pojęcia i coś istotniejszego niż sprawianie sobie mniejszych lub większych przyjemności.

$

Moje polskie tygodnie w każdym roku wypełnione są w dużej mierze spotkaniami z przyjaciółmi. Indywidualnymi i grupowymi. Miałem w życiu szczęście do wiernych i oddanych przyjaciół i mam je nadal, mimo że oddaliłem się od nich, pozostając w Nowym Jorku. Minęło już 29 lat, a te przyjaźnie trwają. Serdeczne, wielopłaszczyznowe i rodzinne. Każde spotkanie to wzajemne opowieści o tym, co się wydarzyło od czasu, kiedyśmy się ostatni raz widzieli, wzajemne podczytywanie lub podglądanie, kto co z nas napisał, dokonał w nauce, wyreżyserował, zatańczył, wyrzeźbił, namalował lub zwiedził. Bywa, że nad ranem dochodzi do sporów ideowych i politycznych, wyostrzanych kolejnym kieliszkiem świetnych zazwyczaj wódek lub samogonów. Bywa, że do szewskiej pasji doprowadza bliskich moja nieprzystawalność i wolnomyślicielstwo. Prawicowcy widzą we mnie lewaka, lewicowcy – prawicowca. Mimo tych sporów przyjaźnie nasze nadal trwają, co bardzo sobie cenię. Snadź są czymś ważniejszym niż obecne podziały. Zresztą po owych kieliszkach dochodzi również do aktów strzelistych i wyznań dozgonnej miłości. Od wczesnej młodości byłem świadom wielkiej wartości, jaką stanowi przyjaźń i dbałem, żeby wnosić weń odpowiednie parytety. Niestety los zabrał mi na zawsze trzech pierwszych przyjaciół a ci, którzy mi pozostali tenże los nęka najcięższymi chorobami. Przyloty do Polski to także lęki o ich zdrowie. Nigdy nie starcza mi czasu, by się wszystkimi nasycić, nigdy nie starcza mi czasu, by dać siebie w stopniu wystarczającym. Często odlatuję z wyrzutami sumienia z tegoż powodu. Później próbuję dokonać dopełnień telefonami i listami e-mailowymi, ale to już jednak nie to samo, co kontakt oczy w oczy.

$

W Świdrze odwiedzam znajome miejsca i zapamiętane drzewa. One przywołują mnie w snach i na jawie. Niekiedy tak silnie, że chcę do nich jechać prosto z samolotu. Silnie wołają mnie drzewa sadzone przez mojego ojca przy mojej pomocy oraz nasz dawny ogród warzywny i sad wiśniowy. Potrzeba powrotu do nich okazuje się silniejsza niż się spodziewałem. Wszystko jest tam teraz tak inne i tak nie moje, że za każdym razem postanawiam już nie wracać. A jednak co ileś lat muszę. I odżywają minione sytuacje i dialogi. Po raz kolejny budzi się radość, że te sadzone razem z ojcem drzewa dalej rosną. Czeremchy, jabłonie, wiśnie, czereśnie, śliwy… Że część tych sosen i akacji, pod którymi upływało moje dzieciństwo nadal trwa. Ale oczywiście większości już nie ma. Co ciekawe, ostał się malinowy chruśniak posadzony przez ojca 55 lat temu. Coraz głębiej rozumiem „Wiśniowy sad” Antoniego Czechowa. Wszystkie sztuki tego dramatopisarza zawsze silnie do mnie przemawiały, ale ta najmocniej.

$

Z dawnych sosnowych zagajników w Świdrze wyrosły gęste lasy. Niektórze drzewa sięgają dziś 50 metrów! I pomysleć, że kiedy byłem mały wystawałem ponad te zagajniki. Pierwsze papierosy trzeba było palić w kucki (kucając), żeby przechodnie nie widzieli i nie donieśli rodzicom lub nauczycielom. Niebieski dymek, jaki się unosił nad tymiż zagajnikami z miejsca mi mówił, gdzie są moi koledzy z podwórka. Idąc nadrzecznymi lasami w kierunku Mlądza dochodzę do polany, na której spotkałem niegdyś Konrada Swinarskiego, wielkiego reżysera teatralnego. Naśmiewał się ze mnie, że podczas reżyserskich prób widzę człowieka tylko od pasa w górę i daję się uwodzić słowom, które są jedynie parawanami. Prawdy trzeba szukać w tym, co niewypowiedziane i podtekstach – przypominał mi po raz któryś. A ja dalej swoje – idealizowałem i wierzyłem w werbalne deklaracje. Trzeba było dopiero lat, żebym zobaczył, że miał rację. Jednak prawdę mówiąc, do dziś się nie zmieniłem. Cholera!

$

W tymże Świdrze powstała nowa biblioteka i czytelnia dla dorosłych i młodzieży. Bardzo ładna. Z filmami na krążkach dvd. Ruchu żadnego nie było. Natomiast spory ruch zaobserwowałem w Komorowie, w bibliotece i czytelni urządzonej w dawnym domu Marii Dąbrowskiej, wielkiej pisarki. Tu zaglądali co kilka minut dorośli, nastolatki i dzieci. Część z nich przyjechała na rowerach. W dawnej kuchni pani Marii jest teraz wypożyczalnia dla dzieci, w piwnicach – czytelnia, sala komputerowa, pokój spotkań i pracownia plastyczna. W pokoju Anny Kowalskiej, również pisarki i towarzyszki ostatnich lat życia Marii Dąbrowskiej, są książki dla dorosłych, zaś w pokoju Tuli Kowalskiej, córki Anny, widziałem najnowsze bestsellery. W ogrodzie urządzono letnie czytelnie pod namiotami oraz ustronne miejsca na odpoczynek. Drzewa, które zapamiętałem przed laty wyogromniały. Brzozy, tuje, lipy i świerki stały się wręcz pomnikami tych drzew. W pokoju pani Maryjki, jak nazywali pisarkę najbliżsi, zostały jej proste meble, piękny sekretarzyk i maszyna do pisania. Na skromnym regale radio z gramofonem i zagraniczne wydania „Nocy i dni”. Na wieszakach płaszcze, kapelusze i kurtki, na ścianach cztery jej akwarele. W gablocie za szkłem odręczny list pani Marii, jej okulary, laska i drobiazgi osobiste, a wśród nich kartka ze ściennego kalendarza z datą 19 maja 1965 roku. Tego dnia pani Maria przepłynęła na drugą stronę Styksu, zapisując ten właśnie dom i księgozbiór miastu Komorów. 19 maja 1912 zmarł Bolesław Prus, prozaik, do którego bywała porównywana, co czasem ją złościło.

$

Maria Dąbrowska – „Historia ma rzadko coś wspólnego z elegancją”.

$

Przy wejściu do biblioteki jest ławeczka z realistycznym pomnikiem pani Marii, głaszczącej jej ulubionego psa Dyla. Przysiadają tu dzieci z lodami, zanim wejdą do środka, by oddać albo wypożyczyć książkę lub film. W dawnej jadalni mogą poczytać bieżącą prasę lub poukładać puzzle. Po przekątnej, po drugiej stronie ulicy Słowackiego, znajduje się rodzinny dom-dworek, w którym spędził dzieciństwo Wojciech Młynarski. Rzecz jasna udam się i tam…

Andrzej Józef Dąbrowski