Donald Trump jako pierwszy w historii prezydent USA spotkał się z dyktatorem Korei Północnej. Szczyt ten daje nadzieję na nuklearne rozbrojenie komunistycznej Korei i trwały pokój w regionie.

 

Jeszcze klika miesięcy temu wydawało się, że Korea Północna nieuchronnie zmierza do konfliktu zbrojnego z USA. Prowokacyjne próby rakiet zdolnych do przenoszenia ładunków atomowych jak i same próby nuklearne przeprowadzane przez reżym Kim Dzong Una, wywoływały ostre reakcje ze strony prezydenta Trumpa, który między innymi na forum ONZ zapowiadał, że jeśli Korea Północna nie zmieni swojego postępowania zostanie zmieciona z powierzchni ziemi. Un i Trump obrzucali się też wzajemnie inwektywami. „Mały Rocket Man” – tak o koreańskim dyktatorze wypowiadał się Trump. „Sklerotyczny ramol” – tak o Trumpie mówił Kim. Naprawdę mało kto spodziewał się, że w takiej atmosferze może dojść do historycznego przełomu i spotkania w cztery oczy obu adwersarzy.

Przełom jednak nastąpił. Kim Dzong Un za pośrednictwem delegacji Korei Południowej, która odwiedzała Biały Dom niespodziewanie przekazał prezydentowi USA informację, że gotów byłby do zaprzestania prac nad bronią atomową i pozbycia się zgromadzonego dotąd arsenału nuklearnego, w zamian za zniesienie sankcji gospodarczych i gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA. Kim zaproponował również amerykańskiemu przywódcy osobiste spotkanie w tej sprawie.

Donald Trump w charakterystyczny dla siebie sposób, bez oglądania się na opinie doradców, bez organizowania narad z udziałem specjalistów od bezpieczeństwa narodowego, z miejsca zaproszenie zaakceptował.

 

Już samo to było przełomem w dotychczasowym postępowaniu prezydentów USA, którzy na rozmowy na szczeblu prezydenckim nie godzili się nigdy.

 

Trump postawił jednocześnie warunki. Do spotkania dojdzie, jeśli Korea Północna wyrazi gotowość do całkowitej denuklearyzacji. Dalej wypadki potoczyły się już bardzo szybko. Szczyt, do którego doszło ostatecznie w miniony wtorek w Singapurze, przygotowywał m.in. sekretarz stanu Mike Pompeo, dwukrotnie spotykając się z Kim Dzong Unem.
Biorąc pod uwagę historyczne zaszłości i wzajemną nieufność atmosfera spotkania była bardzo dobra. Kim, zgodnie z koreańską tradycją, która nakazuje szacunek dla starszych, przybył na rozmowy wcześniej niż Trump. Prezydent USA zdobył się zaś na gesty sympatii, serdeczne uściski dłoni i poklepywanie o ramieniu. „Nasze wzajemne relacje będą doskonałe” – zapowiedział Trump.

Choć samo spotkanie jest już przełomem, najważniejsze będzie oczywiście to co konkretnie z niego wyniknie. Czy Korea Północna rzeczywiście zdecyduje się pozbyć broni nuklearnej i czy dojdzie do podpisania traktatu pokojowego z Koreą Południową (oba kraje formalnie pozostają w stanie wojny przerwanej na mocy rozejmu), tego na razie nie wiemy. Deklaracja podpisana po szczycie przez Una i Trumpa daje jednak spore nadzieje na sukces. Napisano w niej m.in., że USA zagwarantują Korei Północnej bezpieczeństwo, a kraj ten zdecyduje się na całkowitą denuklearyzację

.
W 1994 i w 2005 roku komunistyczna Korea i Stany Zjednoczone na niższym szczeblu podpisywały już podobne oświadczenia. Do ich realizacji nigdy jednak nie doszło na skutek różnic zdań odnośnie tego co tak naprawdę oznacza pełna denuklearyzacja i w jaki sposób będzie ona weryfikowana. Tym razem jednak może być inaczej, tym bardziej, że Donald Trump zdobył się na posunięcie, które jak zwykle zaskoczyło jego najbliższych doradców i Pentagon. Zapowiedział, że USA na czas rozmów dotyczących realizacji porozumienia, zaprzestaną manewrów wojskowych w pobliżu granic Korei Północnej. To naprawdę bardzo dużo. Manewry te były przecież kością niezgody i uzasadnieniem (przynajmniej formalnie) zbrojenia się przez reżym Kim Dzong Una.

Komentując szczyt w Singapurze trudno nie wspomnieć o raczej chodnym przyjęciu z jakim koreańskie poczynania Donalda Trumpa spotykają się w części niechętnych mu mediów. „New York Times”, czy tocząca nieustaną wojnę z prezydentem USA telewizja CNN, piętrzą trudności. Sugerują, że „oddał Kimowi za dużo” i wietrzą porażkę. Ostrożności jest jak najbardziej wskazana, Donaldowi Trumpowi należy się jednak wielkie uznanie za doprowadzenie do rozmów, zmniejszenie napięcia grożącego wybuchem konfliktu zbrojnego i stworzenie nadziei na pokój w regionie. Samo to stanowi już ogromny sukces. Nie trzeba być miłośnikiem obecnego prezydenta by to zauważyć.

 

Tomasz Bagnowski