George Stubbs – malarz, którego lubię i cenię.

Jego obrazy – z gatunku rodzajowych, przez wieki pogardzanej tematyki. Podrzędnej, nie cenionej, zgoła lekceważonej. Przez stulecie najwyżej szacowano tematykę religijną, historyczną, mitologiczną; później portrety i sceny batalistyczne; wreszcie pejzaże i właśnie malarstwo rodzajowe, czyli dzieła przedstawiające codzienność.

Stubbs dzielił tę poślednią pozycję wśród malarzy razem z francuskim artystą. Jean Simeonem Chardinem. Nie znali się osobiście, ale zapewne o swej sztuce myśleli podobnie. Ten drugi malował rondle, patelnie, garnki, Stubbs – konie zwłaszcza, ale i krowy, psy, kury. Obaj świetni, dziś zaliczani do najlepszych. Do nieco innej kategorii należał włoski malarz kurzu (na instrumentach muzycznych), Evaristo Baschenis.

Chardin przeszedł normalną w tamtych czasach edukację malarską, ale Stubbs był zasadniczo samoukiem. Wywodził się z prostej rzemieślniczej rodziny. Uczył się anatomii zwierząt przede wszystkim, ale też i ludzi, w praktyce – w szpitalach, czy w końskich jatkach. Opanował tę sztukę tak dobrze, iż jego „The Anatomy of the Horse” wydana w 1766 roku, spotkała się z wielkim uznaniem specjalistów. Książka stała się niezbędnym podręcznikiem ludzi rozmaitych zawodów. Posypały się zamówienia na obrazy, artysta stawał się osobą coraz bardziej znaną, przede wszystkim jako „koński malarz” (co go zresztą bardzo irytowało) i szanowaną.

„Haymakers” – żeńcy, konie, wiejski krajobraz. Od razu widzimy, że obraz nie przedstawia prawdziwych farmerów, ludzi ciężkiej pracy, rzeczywistego wysiłku sianokosów. To ludzie arystokratycznego pochodzenia, właściciele ziemscy „bawią się” w sianokosy. Ubrani zbyt elegancko próbują swych sił, ale też – w przeciwieństwie do arystokracji kontynentalnej – czasami faktycznie wychodzili do pracy, gdy brakło najemnej siły roboczej i trzeba było się samemu wziąć do pilnej roboty, by zdążyć przed załamaniem się pogody. Mężczyźni pochłonięci są pracą, ale kobiety bardziej zajęte są pozowaniem, dbaniem o dobry wygląd, a zwłaszcza tym, żeby się zbytnio nie zmęczyć.

Konie też nie wyglądają na zwierzęta robocze, pociągowe. Jeden z nich, wypucowany, wyczesany, prezentuje się w całej krasie. Drugiego widać tylko kawałek, ale sądząc po eleganckiej uprzęży, jest równie zadbany.

Obraz „Sianokosy” należy do cyklu tematycznego „wsi spokojna, wsi wesoła…” W różnych krajach, rozmaici malarze podejmowali ten temat, wychwalając zalety wiejskiego życia, cnót nabywanych dzięki bezpośredniemu kontaktowi z przyrodą, dobroczynnych skutków pracy na roli, zdrowia, urody i tężyzny naturalnego bytowania. Tradycyjnie, w domyśle, a czasami zgoła wprost, życie na wsi przeciwstawiano miastu, siedlisku występków, demoralizacji i wszelkiej etycznej oraz fizycznej degrengolady.

Im szybciej i głębiej w życie społeczeństw wdzierał się postęp cywilizacji przemysłowej, tym bardziej wieś wydawała się oazą spokoju, tradycyjnych wartości, synonimem dobrego ze wszech miar życia. Pochwała egzystencji zgodnej z naturą, z cyklem przyrodniczym, pracy na roli dla własnego utrzymania, wywodzi się z okresu starożytnego Rzymu i od tego czasu po dzień dzisiejszym mit wsi trwa nieustannie, jako etycznego prawodawcy („dobre jest to, co zgodne z naturą”), zdrowego, przyzwoitego życia (ponieważ „miasto deprawuje”).

Stary temat, znany wątek, w uroczy sposób przedstawiony przez Stubbsa. Ale lubię tego artystę nie tyle może za „Sianokosy” i inne jego doskonałe obrazy, ale za jego ogólną postawę wobec własnej sztuki: podejmował się prac „małych”. Malował głównie konie, ale też gdy trzeba było – krowę, albo psy czy kury. Oczywiście konie malowano i wcześniej, ale były to rumaki, ogniste, bojowe wierzchowce. Angielski artysta malował konie – ozdoby majątków ziemskich: do bryczki, pod zaprzęg, czasem dosiadane na polowanie na lisa; nie heroiczne, ale domowe, zadbane, spokojne, w sam raz na wiejskie drogi i pola. Nie bohaterskie, ale jako znamiona majątku, dostatku, statusu społecznego. Właściciel ziemski, zachwycony swoją krową, która zdobyła medal na lokalnym konkursie trzody domowej, zamówił jej portret i zapewne powiesił dzieło Stubbsa na ścianie. Inny był dumny ze swoich kur, także wyróżnionych pośród ras drobiowych. Wzywa malarza, aby uwiecznił ich podobiznę. Kolejny uwielbiał psy… I tak dalej. Stubbs nie wynosił się ponad innych, nie traktował siebie jako natchnionego artystę, przeznaczonego do „wyższych” celów.

Nie było dlań tematów „małych”. Wzniosła problematyka, władcy, królowie, bitwy, dworskie towarzystwo – to były wątki odpowiednie dla cenionego w tamtych czasach twórcy. Tylko mistrzowie malarstwa holenderskiego i flamandzkiego przedstawiali jak najzwyczajniejsze życie i prostackie zajęcia – mleczarkę, szewca, szynkarza. Stubbs jakby podzielał ich stanowisko – nie temat czyni malarza, ale jego kunszt, sztuka przedstawiania. Dobry artysta potrafi wszystko i żadnej tematyki nie uważa za niegodną swego pędzla. Jest przede wszystkim rzemieślnikiem, człowiekiem sumiennie wykonującym swój zawód. Właśnie „zawód”, bo przecież nie działa na zew powołania, misji, natchnienia. Wytwarza przedmioty pożyteczne, potrzebne ludziom, tak jak inni robią krzesła, buty czy koszyki. Jest to duma człowieka pracy solidnie wykonującego to, co do niego należy.

Czesław Karkowski