Jestem w stanie wojny z hipokryzją, hucpą i blagą. Fałszywe nuty wyczuwam od razu. Lubię przebijać nadęte balony ego. Ściągać maski. Podstawiać lustra. Bywam niewygodna. Uwieram. Bo za dużo eksperymentuję z prawdą. W bliskich relacjach oczekuję szczerości. Niełatwo mnie nabrać na autopromocję, którą uprawia coraz więcej ludzi. Nic nie mierzi mnie bardziej niż chodzące wizytówki. Foldery reklamowe. Machanie tytułami przed nosem. Epatowanie zawodowym sukcesem. Karierą, która – gdy przyjrzeć się z bliska – często jest tworem wirtualnym. Dzięki mediom społecznościowym największą porażkę można przekuć w sukces. Wystarczy konsekwentnie dąć w facebook’ową trąbę. Ludzie raczej słabi są, ja to słabo znoszę. Czarne dziury się podają za polarne zorze*. Bo trzeba umieć się sprzedać. Zdobywać lajki. I followersów. I koniecznie mieć jakiś projekt. Bez projektu życie nie ma sensu.

Kiedy w Nowym Jorku ktoś wyciąga do mnie rękę, zastanawiam się czego będzie chciał w zamian – mówi znajomy. I opowiada, jakie zasady obowiązują w świecie dużych pieniędzy i wielkiej sztuki. To smutne, ale nie całkiem odległe od tego, co zżera współczesne relacje międzyludzkie. Dzisiaj zamiast koleżeństwa czy przyjaźni, uprawia się networking. Spotkania przy drinku przypominają rozmowy kwalifikacyjne. Najpierw trzeba poznać długą listę osiągnięć interlokutora, a potem samemu przedstawić najatrakcyjniejszą wersję własnego życiorysu, ze szczególnym uwzględnieniem sukcesów zawodowych. Warto też mimochodem podkreślić status materialny, a gdy wspominamy o pracy, użyć obcojęzycznej terminologii. Nie od dziś wiadomo, że „menedżer biura” brzmi lepiej niż „sekretarka”, a „praca z dziećmi” stoi wyżej niż, nacechowana pejoratywnie – „niania”. Nikt nie chce przeciętności. Skromność jest passé. Dzisiaj każdy jest gwiazdą. Wymaga podziwu. Poklasku. Gromadzi wokół siebie wianuszek wyznawców, od których nie oczekuje wzajemności, szczerości, pogłębiania więzi, tylko aplauzu. Masz być kibicem. Wznosić okrzyki zachwytu. I trzymać kciuk skierowany w górę. Zawsze.

I jeszcze ten agresywny entuzjazm. To nachalne afiszowanie się z własnym szczęściem. Które – jak podają złote myśli na torebkach po herbacie – można i trzeba osiągnąć. Chcesz być szczęśliwa, to bądź! Nic prostszego. Nie jesteś? Widocznie nie umiesz. Albo nie chcesz się nauczyć. A wystarczy pójść na kilkugodzinne warsztaty. Zrobić dwudniowy kurs. Przeczytać poradnik. Ćwiczyć oddech. Pić sok z jarmużu. Nosić w kieszeni energetyczny kamień. Powtarzać przed lustrem. Uwierzyć. „Irytuje mnie przymus bycia szczęśliwym, ten nieustępliwy pragmatyzm i optymizm. Szczęście stało się dziś obowiązkiem, ludzie smutni czy melancholijni postrzegani są jak nieudacznicy. Tymczasem w życiu jednostki i w życiu zbiorowości dzieją się rzeczy bolesne, przerażające, okropne. I może warto się z nimi zmierzyć inaczej niż przez optymistyczne machnięcie ręką. […] ta nieustanna afirmacja wyklucza coś, co sobie cenię i w sobie, i w innych – niezgodę na świat, niezgodę na niesprawiedliwość. Ja nie chcę z uśmiechem na ustach wygrywać kolejnych etapów wyścigu, ja się chcę konfrontować z tym, że wokół dzieją się dobre i złe rzeczy. […] więc ja chcę zareklamować rozpacz, ten stan ducha, kiedy wiemy, że jest beznadziejnie, a będzie gorzej. Mamy prawo do rozpaczy. Optymizm małych kroków, przekonanie, że nawet jeśli jest źle, to będzie dobrze, a jeśli nie, to i tak lepiej o tym nie myśleć, ma fatalny wpływ na osoby, które naprawdę są w złej sytuacji. Bezpłodna kobieta bezustannie słyszy, że na pewno w końcu jej się uda – to jest dodatkowe źródło cierpienia i alienacji. Także człowiek, który umiera na raka, nie chce słyszeć, że wszystko będzie dobrze. Dajmy ludziom prawo do pożegnania się z nadzieją. Rozpacz bywa sensowna. Jest przyznaniem, że życie nie jest sprawiedliwe i czasem musimy przegrać. A wtedy potrzebujemy innych ludzi, którzy z nami tę rozpacz podzielą”. Agnieszka Graff.

*

Nie ufaj ludziom, którzy koszą trawniki – brzmiały słowa jednej z piosenek punkowego zespołu, w którym śpiewał mój ówczesny chłopak. Był piękny i mroczny. Nocami włóczył się pustymi ulicami i opowiadał o martwych ptakach na śniegu. Cały trawnik ma być równo! – krzyczał w refrenie. I była w tym niezgoda na przycięcie do oczekiwań społeczeństwa, dostosowanie się do tzw. normy, pozbawienie dziko rosnącej duszy miejsca, by zakwitła. Dzisiaj wszyscy muszą być „spełnieni”. Zawodowo i prywatnie. Szczęśliwi na zawołanie. Uśmiechnięci i zadowoleni. Żeby nie psuć innym dobrego samopoczucia. Nie obciążać własnym frustracjami. Nie zarażać melanchujnią. A ja lubię się w niej czasem potaplać. Gardzę płytką euforią. Brzydzę natrętnym pompowaniem własnego sukcesu, którego poczucie znika, gdy tylko odłączymy się od sieci. Z internetowych jamek wypełzając na świat. Patrząc sobie w oczy. W których niepewność. Samotność. Pustka. Strach.

* Taco Hemingway, 6 zer.

 

Weronika Kwiatkowska