Mój kolega, który mieszkał w Nowym Jorku dopiero kilka miesięcy, opowiedział mi, śmiejąc się z siebie, taką historię: gdy siedział sobie na sedesie w publicznej toalecie i ktoś spróbował otworzyć drzwi kabiny, odruchowo wykrzyknął, po polsku: –Zajęte!

Gdy wróciłem do Polski, zdarzało mi się w scenach nieco analogicznych do tej ubikacyjnej, mówić odruchowo: –Excuse me! – gdy na kogoś wpadłem na ulicy albo: –No problem – gdy ktoś podziękował mi za przytrzymanie drzwi.
Nie tyle myślałem wtedy po angielsku, co raczej wypowiadałem odruchowe zwroty w sytuacjach typowych raczej dla Ameryki niż Polski (owe przytrzymywanie drzwi, uśmiech, rutynowe Thank you! albo Sorry! w wielu sytuacjach społecznych).

Gdy byłem ostatnio w Nowym Jorku zauważyłem, że wróciły mi automatyzmy językowe. Nie chodzi o samo przejście na angielski – raczej o odruch mózgu w rozpoznawanej sytuacji. Te wyrzucane bez namysłu: –Coffee regular, please. –Egg and bacon on roll, no cheese. Tak jak w Polsce automatycznie mówiłem: –Excuse me! gdy się z kimś zderzyłem, w Ameryce automatycznie reagowałem na standardowe pytania i sytuacje.

Trochę jak rozumiejący komendy pies.

Na ile dźwięki, a spośród nich – język, wryły nam się w pamięć? To zależy od człowieka, bywają bowiem wśród nas typowi wzrokowcy.

Moje wrażenia językowe po powrocie do Polski były specyficzne. Oczywiście rozumiałem wszystko. Jest to przecież – i zawsze będzie – mój pierwszy język. Tak więc gdy grało radio albo ktoś coś mówił na ulicy, nie musiałem wkładać żadnego wysiłku umysłowego. Bariera językowa nie istniała, była przezroczysta.

Miałem poczucie, że rozumiem każde słowo lecz komunikaty które mi przekazywano, polityczne ataki dziennikarzy, nachalne reklamy jakichś nieznanych mi produktów – wywoływały wrażenie obcości. Mój kraj, mój język, nie moje opowieści.

Gdy ostatnio w Stanach włączałem sobie radio lub telewizor słyszałem gardłowy, idiomatyczny angielski-amerykański, który na początku emigracji rozumiałem z trudem. Teraz jednak nie. Co ważniejsze jednak, automatycznie rozpoznawałem nie tyle język, co charakterystyczną jego melodykę, slangowe zwroty, nazwy reklamowanych produktów. Rozpoznawałem – uszami – Amerykę.

Najwięcej jednak zapamiętujemy oczami. Miejsce, w którym się urodziliśmy, długo mieszkaliśmy, gdzie chodziliśmy do szkoły, gdzie mieszkaliśmy długo za granicą. Zapamiętujemy nie tylko nasz pokój z czasów dzieciństwa, ale też jak wstawaliśmy z łóżka, w którą stronę szło się w nocy do kibla, po której stronie ulicy zwykle szliśmy do szkoły. Kolejne zwierzęce analogie: tak jak psy, koty i inne stworzenia, zapamiętujemy miejsca, szlaki, rutynę dnia.

Obudziłem się w kwietniu nad ranem w mieszkaniu na Queensie. Niczym robot poszedłem do łazienki. Trudno się temu dziwić: mało że znalazłem się znowu w Nowym Jorku, gdzie mieszkałem 27 lat, to jeszcze w tej samej dzielnicy, i w tym samym budynku! Nie było to co prawda moje mieszkanie – udostępnili mi swoje przebywający na wakacjach przyjaciele – ale było podobne. Jego właściciele, podobnie jak ja, nigdy nie zmienili, przez 20 lat, oryginalnych parkietów, kafelków i podłóg w łazienkach, szafek w kuchni. Miałem więc uczucie déja vu. Czułem się jak w swoim mieszkaniu; jakbym zatoczył jakąś pętlę, cofnął się w czasie.

Gdy jeszcze mieszkałem w Stanach i przyjeżdżałem do Warszawy z wizytami do rodziców, lądowałem w pokoju, w którym mieszkałem od urodzenia przez ponad 20 lat. Spałem na tej samej wersalce, więc wstawałem zawsze prawą nogą i szedłem w nocy do łazienki prosto, w prawo, znowu w prawo i w lewo.

Nawet gdy już mieszkałem w Nowym Jorku w nowym apartamencie, łapałem się na tym, że gdy budzę się w nocy przez moment mi się wydaje, że jestem w warszawskim mieszkaniu.

Co zostało wyryte w mózgu, zostaje już na zawsze. Kolejnym rytem w moim mózgu był rozkład nowojorskiego mieszkania. W końcu mieszkałem w nim 20 lat.

Te wrażenia trwają tylko chwilę. Są potęgowane, gdy nie jestem do końca racjonalny, gdyż w biały dzień, przy pełnej świadomości, oczywiście wiem, gdzie jestem, gdzie mieszkam, gdzie jest kuchnia, gdzie przystanek metra, a gdzie dworzec. Czasem jednak mózg nie jest w pełni sprawny albo jeszcze nierozbudzony. Gdy budzę się w środku nocy, albo gdy się napiję, albo gdy mam gorączkę. Myśli się wtedy inaczej, skojarzeniami, bardziej zmysłowo.

Już 20 miesiecy śpię w moim dawnym warszawskim mieszkaniu ale jednak nie w moim dawnym pokoju, lecz w tym drugim. Automatyzm wstawania rano z wersalki nie jest więc pełny (wstaję teraz lewą nogą, co moi czytelnicy boleśnie zauważają). Albo też wracam w nocy z baru i mam poczucie, że idę automatycznie, jak to pijak, nie zastanawiając się. Z równą łatwością i bez namysłu nawigowałem jednak ostatnio nocami po Nowym Jorku.

Moją pracą marzeń – nie tylko moją – był steward czy jak się dziś mówi: flight attendant. Już za późno na taką karierę, niemniej czytam pomiętniki stewardes. Lubią swoją pracę ale piszą też, jak to mieszkały np. w Nowym Jorku ale po kilku dniach musiały zrywać się o świcie aby polecieć gdzieś do innej strefy czasowej. Jet lag, popijawy z pilotami, zmęczenie, potem budzenie o świcie w kolejnym hotelu. Stewardesa też na pewno przez pierwsze sekundy po obudzeniu zastanawia się: gdzie ja jestem? Czy to hotel czy dom, i jakie to państwo?

Ciągle tak mam, choć może nie tak często. Ostatnio byłem w Monachium i Wilnie. Budziłem się w hotelach i nie wiedziałem na początku, gdzie jestem. Czy mam iść do łazienki prosto, w prawo prawo i lewo, jak w Warszawie, czy w lewo i w lewo, jak w Nowym Jorku?

Ludzki mózg to wielka zagadka.

 

Jan Latus