Oczy mam w głębokich dołach. Jest ze mną utrudniony kontakt.* Stuka. Coś w słuchawkach. I wagony metra. Jadę. Po dziesięciu godzinach pracy. Na baczność. W pełnej gotowości. Do interakcji. To jest trudne. Tak się uśmiechać. Na zawołanie. Tak sobą rozporządzać. Hojnie. Tak się rozmieniać. Na drobne. Bolą mięśnie twarzy. Opadają kąciku ust. Wracam postarzona o dwanaście godzin. Czuję dotkliwie. Brak. Czasu. Który mogłabym jakoś inaczej. Mądrzej i pełniej wykorzystać. Zamiast odpowiadać na pytania retoryczne. Powstrzymując się od sarkazmu. Złośliwości. I wulgaryzmów.

Jadę. Mam „Innych ludzi” na pociechę. Inni ludzie mają jeszcze gorzej. „Inni ludzie” Masłowskiej mają gorzej niż inni inni. Bo ich nędza intelektualna, moralna i finansowa się rymuje. Można ją zaśpiewać. Można powtórzyć. Jak refren. Autorka tarza się w ohydzie. Przygląda wąsatej Polsce. Pustce. Samotności. Cywilizacji braku. Który nigdy nie może być zaspokojony.

 

Szare twarze, szare twarze, ludzie bez marzeń,
święta, święta i po świętach wyprzedaże,
tyle mają marzeń, ile na ekranie się rozmaże
im zarazków. Święta i po świętach wyprzedaże. […]
W dali Warszawa się świeci jak psu jajca. On się bez końca patrzyć
mógłby, jak plazmy w oknach wieżowców rzucają rytmiczne blaski.
Na ludzie sprawki poupychane jedne pod drugim jak do szafki.
Słychać na klatce wrzaski, odgłosy twardej rywalizacji, laski
jakiejś orgazm kontra facet, co umiera na raka. Życia panorama.
XXI wiek, technologie, 3D gogle, a ciągle tylko karton – gips ściana
dzieli pranie od umierania […]**

Odgradzam się. Odłączam. Artysta Wojciech Bąkowski usta wkłada mi do ucha. I mówi. Łaskoczące rzeczy. Wszystko się dobrze składa. Piętrowe piosenki. W ojczystym języku. Przepoczwarzonym. Gdzie nadużywa się słów obcych. I używa wyrazów, które zatraciły pierwotne znaczenie. Których sensu nikt nie rozumie. Bo nie musi. W wagonie inni ludzie. Wracający do domu. Do ciasnych przestrzeni, o których śpiewa Nosowska. Jak gęsi, jak gęsi, w boksach mieszkań, tuczeni lękiem.***

*

Myślę o tym nazajutrz, spacerując po ogrodzie. Zoologicznym. Barwne ptaki z podciętymi skrzydłami, stłoczone na niewielkim skrawku betonu. Majestatyczne kormorany z poszarzałymi piórami. Apatyczne pingwiny drepczące w kółko. Puste, smutne spojrzenie lwa wylegującego się w plamie słońca. Krzyk pawia.

Zapomniałam już, jaki to – w gruncie rzeczy – smutny widok. I jak bardzo metaforyczny. Im większa świadomość, tym bardziej dojmujące poczucie bezcelowości i tragizmu. Więzimy zwierzęta, sami pozwalając się spętać. Kredytem. Obowiązkiem pracy. Rozmnażania się. Pomnażania. Odnoszenia sukcesów. Większość z nas wiedzie życie na kilkunastu metrach kwadratowych. Szczęśliwcy mają większe wybiegi. Codziennie wychodzimy by upolować obiad. Biegamy w kółko. Praca. Dom. Praca. Niewielu potrafi rozewrzeć pręty krat na tyle szeroko, by naprawdę uciec. Wyskoczyć z pędzącego kołowrotka. Zerwać z łańcucha.

W ptaszarni, pod metalową kopułą, rwetes. Czarne, ze śmiesznym białym wąsem, latają w kółko. Ludzie się przyglądają. Robią zdjęcia. Pokazują palcem. A ptaki srają na wszystko. Z góry. Biała lepka maź wypala mi dziurę w nowej bluzce. Mam za swoje. Nie powinnam była tu przychodzić. ZOO to zło. Męczenie zwierząt ku uciesze bezmyślnej gawiedzi. Ale też – jak czytam w artykule napisanym przez ekolożkę – edukacja, nauka, ochrona ginących gatunków. Jesteśmy hipokrytami. Żal nam tygrysa na wybiegu, a nie widzimy niczego złego w więzieniu kotów i psów w ciasnych mieszkaniach, udomawianiu kolejnych gatunków, czynienia ze zwierząt żywych maskotek. Jemy mięso. Nosimy skórzane buty. Wdzięczni nowoczesnej medycynie, której adepci ćwiczą operacje neurologiczne bądź kardiologiczne na inteligentnych i czujących świniach. Zaśmiecamy planetę. Produkujemy hałdy odpadów, które zalegają w akwenach wodnych. Jesteśmy jak plastykowa torebka, w którą zaplątał się żółw. Od stuleci podcinamy gałąź, na której siedzimy. Razem z szympansem. Misiem koala. Sroką. Wiewiórką.

Krótkowzroczni. Egocentryczni. Okrutni. Kupujemy bilety, by oglądać zwierzęta w klatkach. A potem wracamy do swoich. Nieco wygodniejszych. W których sami się zamknęliśmy.

 

* Niwea, Łaskoczące rzeczy.

** Dorota Masłowska, Inne rzeczy.

*** Hey, Gdzie jesteś? Gdzie jestem?

 

Weronika Kwiatkowska